poniedziałek, 17 grudnia 2018

Na tropie wilkołaka 1 - hipertrichoza i trochę o tym, czemu nie boję się potworów

Moja pasja baśniologiczna, a potem antropologiczna, wzięła się, jak być może pamiętacie, z dziecięcego jeszcze zachwytu nad Gwiezdnymi Wojnami. Rosła sobie ze mną i z zainteresowaniem literaturą, kinem, historią i religiami świata. Myślę jednak, że u jej podłoża leży coś, co wyprzedziło te wszystkie już dość świadomie celebrowane nałogi. Należę do dziwnego pokolenia, które spędziło dzieciństwo w erze przedinternetowej, a dorosłe życie prowadzi równolegle w sieci i realu. Prawdopodobnie mieliśmy lepszy kontakt z książkami dla dzieci niż większość współczesnych dzieci. Nie chcę tu moralizować ani bawić się w pretensjonalną nostalgię, bo i dziś rodzice dbają czytelnictwo dzieci, ale po prostu, gdy ja byłam dzieckiem było to dość oczywiste ze względu na brak dostępu do Internetu czy skromny wybór programów dla dzieci w telewizji. Samo czytanie baśni nie sprawiło jednak, że wyrosłam na baśniologa i być może późniejsze katalizatory nie zadziałałyby tak dobrze, gdyby nie inny wątek z mojego dzieciństwa.



Barbara van Beck (Urslein/Ursler), autorstwo nieznane, XVII wiek


Otóż, w baśniach roiło się od dziwadeł, niesamowitych stworów, bestii. Odkąd pamiętam tego typu postaci zawsze przyciągały moją uwagę. Współczułam im nawet, jeśli były to istoty obsadzone w roli tego "złego". Zastanawiałam się skąd się wzięły, czy miały jakąś rodzinę, przyjaciół podobnych do siebie. I będąc dzieckiem często wpadającym w miękką, przytulną samotność, jakoś tam się z nimi identyfikowałam. Potem, gdy byłam już starsza, ciągnęło mnie do różnej maści odmieńców. Pozwoliło może nawet wykształcić jakiś dodatkowy nerw, którym potrafię ich wyłowić z tłumu ludzi, gdzie każdy chce być oryginalny, kolorowy, wyjątkowy. Żyjemy w czasach, w których bycie nieco ekscentrycznym, ozdabianie i modyfikacja swojego ciała nie są już niczym niezwykłym. Być może ludzie nie korzystają z tej swobody masowo, ale jej efekty są już tak powszechne, że raczej nie wymagają specjalnej odwagi w byciu innym. Prawdziwa odmienność, taka nie na pokaz, prawie zawsze związana z jakimś rodzajem długoletniego cierpienia. Czasami jej nie widać na pierwszy rzut oka. Można ją poznać po wyostrzonej wrażliwości, która czasami sama jest powodem tej inności, a na pewno zawsze jest jej skutkiem. Być może czasami zamienia się we wrogość i dystans wobec świata, dokładnie tak, jak to często widać w baśniach.

Wybaczcie ten przydługi wstęp, ale refleksja, na którą sobie tu pozwalam dopadła mnie właśnie teraz, gdy pochylam się nad tematem wilkołactwa. Jest to kolejny ciekawy wątek w historii kultury, a same wilki interesują mnie również od dzieciństwa, gdy miałam okazję słyszeć ich wycie podczas jednej z naprawdę mroźnych mazurskich zim. Chcę Wam dziś opowiedzieć o hipertrichozie. Będziecie mogli przeczytać o chorobie, która wpływała na życie realnych osób i do dziś wiąże się z naznaczeniem niezwykłym wyglądem.


O hipertrichozie już kiedyś wspominałam przy okazji wpisu o Lavinii Fontanie, o TU. Rodzina Gonzalesów dotknięta tą mutacją jest często podawana jako przykład obecności syndromu wilkołaka w kulturze. Jak jednak możecie się domyślać, sama przypadłość wielokrotnie była wykorzystywana w rozrywce opartej na pokazach "dziwaków", a niektóre osoby nią dotknięte zyskały dzięki niej sławę. Niemniej, rola hipertrichozy w kulturze może być znacznie bardziej doniosła i mogła wpływać na to, że poza oczywistym strachem wilkołactwo często też budziło duże zaciekawienie ze względu na silny wątek człowieczeństwa. Oczywiście, źródeł zjawiska motywu wilkołactwa w kulturze należy poszukiwać też poza obszarem realnie istniejących chorób. Dziś sięgniemy jednak po to, co nazywa się "kroplą prawdy" w wierzeniach.

Człowiek w wilczej skórze, czyli czemu wilkołaki niechętnie pływają

Hipertrichoza, syndrom wilkołaka, zespół Ambras to występująca wśród ludzi wada wrodzona wywołana przez mutację genu SOX3. Aktualnie na świecie żyje  nie więcej niż około 100 osób dotkniętych tą rzadką chorobą genetyczną. Objawia się ona obecnością obfitego owłosienia na ciele, w tym również i na twarzy. W przypadku hipertrichozy miejscowej nadmiar włosów pojawia się tylko na niektórych obszarach, w przypadku hipertrichozy uogólnionej człowiek faktycznie wygląda, jakby porastała go zwierzęca sierść. W tzw. hipertrichozie terminalnej poza bujnym owłosieniem pojawiają się inne cechy, które upodobniają człowieka do hybrydy zwierzęcej. Występuje powiększona w stosunku do ciała głowa, szerszy i bardziej płaski niż u większości ludzi nos, przerost dziąseł, czasami podwójny rząd zębów. Do dziś nie wynaleziono skutecznej metody leczenia tego schorzenia. Można jedynie dbać o mniejszą widoczność objawów, na przykład, poprzez depilację. Poza oczywistymi konsekwencjami psychologicznymi bycia odmieńcem, osoby dotknięte syndromem wilkołaka cierpią tak, jak inne osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnością. To, co dla nas wydaje się łatwe i oczywiste, dla nich może być znacznie trudniejsze. Nawet tak przyjemna i nieskomplikowana czynność, jak pływanie, przy pełnej sprawności fizycznej jest ze względu na nadmierne owłosienie trudniejsza dla osób z hipertrichozą. Istnieje też odmiana hipertrichozy, która nie jest wadą wrodzoną, ale wynikiem istnienia innych chorób (porfirii, nowotworów) i tą da się skutecznie leczyć.

Portret człowieka-wilka

Człowiek-wilk, człowiek-niedźwiedź, człowiek-lew. To przezwiska, ale też pseudonimy osób występujących na różnej maści pokazach wybryków natury. Do dziś hipertrichoza wywołuje spore zainteresowanie, jest sensacją, a występy w cyrku zastąpiły filmy dokumentalne i programy telewizyjne. Hipertrichozę po raz pierwszy porządnie opisano w XVII wieku. Interesowała ona środowisko uczonych, o czym pisałam w poście o Lavinii Fontanie, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że Altrovandi pisząc swoje dzieło Monstrorum Historia cum Paralipomenis historiae omnium animalium, nadał rodzinie Gonzalesów przydomek Ambras od zamku, gdzie wisiał ich rodzinny portret. Możemy jednak być pewni, że samo zjawisko istniało wcześniej i na pewno miało wpływ na istnienie wyobrażeń o wilkołactwie. O ludowych wierzeniach, legendarnych bestiach i ogólnie o innych źródłach tych fantazji będę pisać w innych wpisach. Dziś chciałam się zająć tym, co nazywamy "prawdziwą historią".




Poza rodziną Gonzalesów najlepiej udokumentowanym przypadkiem hipertrichozy wczesnej nowożytności jest Barbara Urslein/Ursler, "owłosiona pokojówka". Urodziła się w 1629 roku w okolicach Kempten w Niemczech. Według danych, inaczej niż w przypadku Gonzalesów, była jedynym znanym członkiem rodziny dotkniętym tą mutacją. Jej "kariera" polegała na uczestnictwie w pokazach, podczas których grała na klawesynie, podobno całkiem nieźle. Pierwsze wzmianki pojawiają się już w 1639 roku za sprawą Thomasa Bartholina, który widział ją w Kopenhadze. Bartholin zbadał dziewczynę i pozostawił świadectwo, że jej "całe ciało było pokryte miękkimi, jasnymi włosami i bujną brodą". W 1657 roku angielski pisarz John Evelyn miał okazję zobaczyć Barbarę w Londynie. Napisał, że jest żoną Johanna Van Becka i ma jedno dziecko, które nie odziedziczyło wady. Jej mąż działał trochę, jak agent gwiazdy, co odnotowano w okolicach 1660 roku, gdy podróżowała po Francji. Po ponownym pojawieniu się w Londynie, w 1668 roku, Barbara została przebadana przez obecnego tam duńskiego medyka, Holgera Jacobsena. Postawił on tezę, że była dzieckiem narodzonym w wyniku obcowania kobiety z małpą. Warto tu zaznaczyć, że już w czasach wygłoszenia tego poglądu uchodził on za przestarzały. Po tej wizycie w Anglii Barbara znika z kart historii, co jest dość niezwykłe, ale w tej chwili nie wiemy, jak potoczyło się jej dalsze życie.




Myślę, że jesteśmy już przyzwyczajeni do wizerunku osób z hipertrichozą dzięki powieściom, filmom czy grom, ponieważ kultura oswoiła się z nimi przez długie lata pokazów osobliwości. Oczywiście, znajdziemy też przykłady postaci fantastycznych, których wygląd opiera się w całości lub częściowo na takich wzorcach, jak chociażby Chewie ze wspomnianych przeze mnie na początku wpisu Gwiezdnych Wojen. W historii poprzedzającej okres popularności pokazów wybryków natury znajdziemy niewiele śladów obecności osób dotkniętych hipertrichozą. Dodatkowo występują one raczej w kontekście nauk przyrodoznawczych lub sensacyjnych pokazów. Pewnych "inspiracji" na upartego możemy szukać w wizerunku gęsto owłosionej Marii Magdaleny, ale sztuka średniowieczna jest bardzo specyficzna. Realizm miesza się w niej z symboliką oraz erudycją, która bywa nieco kulawa. Wątek włochatej Marii Magdaleny bardzo fajnie tłumaczy to TEN ARTYKUŁ.

Ciekawym przykładem ze sztuki nowożytnej jest obraz barokowego malarza Agostino Carracciego wykonany w latach 1598-1600 i zatytułowany Arrigo peloso, Pietro matto e Amon nano, co można przetłumaczyć, jako Owłosiony Arrigo, Szalony Piotr i Malutki Amon. O co tu chodzi? Znowu wracamy do rodziny Gonzales. Fundatorzy portretu należeli do słynnej familii Farnese. Kardynał Odoardo Farnese otrzymał od swojego brata, księcia Parmy, w podarunku "tubylców" z Wysp Kanaryjskich, czyli Arrigo i Tonginę Gonzalesów. Oboje trafili na dwór kardynała jako element rozrywkowy, podobnie jak sportretowany tu błazen, Szalony Piotr i karzeł Amon. 



W ten sposób przechodzimy do najbardziej wyrazistego wątku związanego z obecnością wątku hipertrichozy w nowożytnej kulturze. Znamy kilka spektakularnych "sukcesów" osób dotkniętych tą dolegliwością, ale najczęściej okupione są one mniejszym lub większym ubezwłasnowolnieniem i upokorzeniem. W XIX i na początku XX wieku swój rozkwit przeżywały pokazy osobliwości, można nawet nazwać to zjawisko przemysłem osobliwości (co najmniej równie często opierano go na prawdziwych "wybrykach natury", co fabrykowano różne cuda). Przyglądając się temu złotemu biznesowi z bliska można dostrzec, niestety, ogrom nadużyć i żerowania na ludzkim nieszczęściu. Poza samym cierpieniem, związanym z chorobą, osoby dotknięte hipertrichozą były również narażone na wykorzystanie i uprzedmiotowienie. Jednym z najsłynniejszych przypadków tego rodzaju jest Meksykanka, Julia Pastrana (1838-1860). Była sierotą, być może celowo porzuconą przez matkę, "wykupioną" przez Theodora Lenta. Mężczyzna poślubił ją i przez lata zarabiał na niej, jeżdżąc z pokazami po Ameryce Północnej i Europie. W wieku 26 lat kobieta urodziła syna, który również dotknięty był syndromem. Oboje zmarli w wyniku powikłań poporodowych. Dla męża nie był to jednak powód, żeby przestać na niej dorabiać się majątku. Ciało jej i syna poddano zabiegom, jakie stosuje się w przypadku wypychania zwierząt i z powodzeniem nadal pokazywano jako atrakcję. Byli po śmierci eksponatem wielu muzeów. Po raz ostatni w Szpitalu Narodowym w Oslo. Ich ciała pochowano dopiero w 2012 roku dzięki apelom gubernatora Mario Lopeza Valdeza, nowojorskiej artystki Laury Anderson Barbaty oraz działaniom norweskich władz. 



Losy innych osób dotkniętych syndromem nie były tak dramatyczne, ale też nie brakowało w nich tragicznych i melodramatycznych wątków. Jo-Jo the Dog_Faced Boy, czyli Fiodor Adrianowicz Jefticzew (1868-1904) był jedną z atrakcji cyrku Barnuma. Pochodził z Rosji. Chłopiec błąkał się ze swoim ojcem, również dotkniętym syndromem, po francuskich pokazach. Po jego śmierci robił to sam aż do czasu zawarcia umowy z Barnumem, który sprowadził szesnastolatka w 1884 roku do Stanów, gdzie jego kariera rozkwitła. To Barnum wymyślił historię, wedle której ojciec i syn żyli jak zwierzęta i zostali pojmani przez myśliwych. Mężczyzny nie dało się ucywilizować, dziecko poddano socjalizacji, ale zachowało swoje "dzikie" cechy. Barnum wpadł na pomysł, żeby prezentować Fiodora jako chłopca-psa, który szczeka, warczy i wyje. Z tego, co się  wiem, aby ten efekt osiągnąć Barnum po prostu zmusił do tego rodzaju występów chłopca, który znał trzy języki i na pewno nie był dzikusem. Fiodor występował przez całe swoje życie (zmarł na zapalenie płuc).




Stefan (Szczepan) Bibrowski, Lionel (The Lion-Face Man), który występował również dla Barnuma wydaje mi się najciekawszym przykładem. Nie tylko dlatego, że był Polakiem. Był artystą cyrkowym (urodzonym w 1890 roku w Bielsku k.Płocka, zmarłym we Włoszech w 1932 roku). On również został kupiony, gdy miał cztery lata. Niemiecki organizator pokazów osobliwości uczynił z niego atrakcję. W 1901 roku Lionel trafił do cyrku Barnum&Bailey i rozpoczął karierę w Stanach Zjednoczonych. Jego występy, poza prezentowaniem gimnastycznych sztuczek, bazowały na kontrastowym ukazaniu twarzy bestii i ujmującej osobowości. Podobno był człowiekiem bardzo łagodnym i dobrze wychowanym. Rozmawiał z publicznością, prezentując znajomość pięciu języków obcych. Był bardzo elegancki, nosił dobrze skrojone ubrania i wykazywał się wybitnym gustem estetycznym. Można powiedzieć, że był owłosionym dandysem. Pod koniec życia wrócił do Europy, gdzie zmarł prawdopodobnie w wyniku zawału serca. Na fotografiach można go zobaczyć w wyszukanych strojach. 








Przykładem kobiety dotkniętej hipertrichozą o znacznie mniejszym natężeniu niż poprzednie przypadki była Annie Jones Elliot (1865-1902). Podejrzewa się, że mogła cierpieć na hirsutyzm (ma podłoże hormonalne, nie genetyczne). Różnice widoczne są również w jej biografii. Była Amerykanką, występowała w cyrku Barnuma. Do pokazów dołączyła już jako dziewięciomiesięczne dziecko. Jej rodzice otrzymywali tygodniową pensję 150 dolarów. Była atrakcją nazywaną Niemowlęciem Ezawa. W wieku pięciu lat zaczęła robić karierę jako Brodata Dziewczyna. Jej nadmierne owłosienie często fantazyjnie układano, nadając jej postaci charakter wytwornej damy z brodą. Gdy jej sława sięgnęła szczytu, wystąpiła przeciwko biznesowi opartemu na wykorzystaniu "dziwaków". W 1881 roku wyszła za Richarda Elliota, w 1895 roku rozwiodła się z nim, aby poślubić swojego ukochanego z dzieciństwa, Williama Donovana, który z kolei szybko zmarł. Ona dożyła 1902 roku, kiedy zmarła po zmaganiach z gruźlicą. 




Inną znaną Amerykanką występującą jako wybryk natury na pokazach One-Man Band profesora Wellera była Alice Elizabeth Doherty (1887-1933). Z tego, co wiem, jest jedyną osobą z jednoznaczną hipertrichozą urodzoną na terenie USA. Wycofała się z biznesu osobliwości w 1915 roku i zmarła z nieznanych przyczyn w 1933 roku.




Artykuły, z których korzystałam:

4 komentarze:

  1. Niesamowity wpis - choć ja, w chwili obecnej , Chewbaccę interpretuję jako przedstawiciela gatunku znanego jako sasquatch, ałmas lub nasz polski dzie oraz dziwożona ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowity temat ;) Wątpię w to, żeby twórcy Gwiezdnych Wojen sięgali aż do postsłowiańskich wierzeń ludowych, ale na postać Chewiego składa się kilka dobrze zadomowionych w kulturze wątków. Wszelkiej maści zaginione ogniwa ewolucji z kryptozoologii jak najbardziej ;)

      Usuń
  2. Ostatnio tak sobie siedziałam na historii sztuki i naszła mnie tęsknota za Absyntem, a parę dni później - proszę, nowy post :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, co dalej zrobić z tym blogiem. Generuje za dużo problemów. Może jakaś wyprowadzka?

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.