wtorek, 11 lipca 2017

Seriale kostiumowe - wiosna 2017

Od marca do połowy czerwca mogłam oderwać się od rzeczywistości, wędrując na surową Północ doby wikingów, ogrzewając się w cieplejszej Francji (zresztą, w końcu to czasy Króla Słońce), zaliczając krótki pobyt w osiemnastowiecznej, malowniczej Kornwalii, pozostając na dłużej w Anglii w sielskiej posiadłości lorda Granthama, robiąc sobie w przerwach epokowo eklektyczne wycieczki po Szkocji, by na koniec trafić do powojennych Stanów Zjednoczonych. Było zacnie.
źródło
 
Wikingowie, sezon 4
za obcięcie takich pięknych kłaków należałaby się jakaś sroga, wikińska kara...
Od śmierci grzesznego mnicha Athelstana, zresztą chyba mojej ulubionej postaci (zwłaszcza dla mnie jako antropologa kultury, co to lubi się babrać w strukturach opowieści, może kiedyś zdradzę dlaczego), serial zaczął się rozpadać na nieciekawie ze sobą powiązane epizody. Nie to, że nuda, ale niebezpieczny dryf w stronę najgorszych cech Gry o tron stał się już ustalonym kierunkiem. Sezon czwarty kończy się zwykłym chędożeniem, a po drodze mamy mnożenie intryg, konfliktów i ukrytych zamiarów, cycki, cycki i krew. Nie lubię, kiedy oceniający serial zwracają uwagę przede wszystkim na postaci, bo to zawsze kwestia osobistych sympatii/antypatii, rzecz wysoce subiektywna, ale jednak muszę tu zrobić to samo, bo Wikingowie to przede wszystkim świetnie skonstruowani bohaterowie. Począwszy od fenomenalnie zagranych w pierwszym sezonie Ragnara i jego przyjaciela mnicha, przez nieszablonowe postaci kobiece, po prostego w obsłudze, ale malowniczo się wściekającego Rollo i etatowego szajbusa Flokiego. W trzecim i czwartym sezonie dawni bohaterowie zaczęli jakoś tak smutno dziadzieć, nie bardzo już wiem czego chcą, a nowi z kolei od początku zdają się nie wiedzieć, czego właściwie chcą. Wiodące prym postaci właściwie nie mają już żadnej innej motywacji poza zemstą, niektórzy znikają z serialu w zupełnie głupawy sposób, jakby scenarzyści po prostu musieli się ich pozbyć (Kalf, Torvi, Sigurd). Przepaść jaka dzieli niektóre ze śmierci od śmierci chociażby Torsteina, też przecież mało znaczącej postaci, jest ogromna. W ogóle cała malownicza intensywność z początku serialu jakby się wypaliła i zamieniła w zwykłe wybebeszanie. Gdzie są takie mocne sceny, jak ofiarowanie w Uppsali? Zemsta niby zawsze się sprawdza jako motor opowieści, a jednak mam wrażenie, że ze świetnego serialu przygodowego, któremu zbywało na historyczności, zrobił się serial, który zamiast o historii opowiada już o zupełnie alternatywnym świecie, gdzie dziejami rządzą ludzkie pragnienia, a nie dynamika zjawisk społecznych. Naprawdę, historia, nawet ta w połowie zmyślona, tak nie wygląda, nie włada nią stado rozwydrzonych nastolatków z naostrzonymi toporami i mściwa jarlanka. To, co pozornie wygląda w historii na chaos i przypadek, zazwyczaj uruchamia wcześniej już istniejące mechanizmy i procesy, które zazębiają się ze sobą i tworzą spójną narrację. Osobiste dążenia bądź zgadzają się bądź wchodzą w konflikty z procesami ogólnymi i tak się to toczy. Dopóki żył Ragnar, jego odyniczny pęd do wiedzy i eksploracji miał ogólny wymiar, długo poruszał pionki na planszy, budził ambicje innych i spotykał się lub kłócił z cudzymi pragnieniami lub potrzebami. I to było naprawdę dobre! Tak powinno się opowiadać o dziejach, przywołując mniej lub bardziej historyczne postaci. Potem to, co można było wziąć za "specyficzny sposób bycia" zamieniło się u Ragnara w regularny nałóg i stany depresyjne, co było już męczące. I tak nawet najbardziej spójna, chociaż przy tym i rozbudowana, postać rozmieniła się na drobne, co serialowi wróży chybotliwość głównych wątków. Śmierć* miał piękną, ale co z tego, skoro w serialu staje się ona po prostu pretekstem dla jego synów, żeby coś zrobić ze swoim nudnym życiem. Lagertha nagle staje się tak żądna władzy i krwi, że wręcz demoniczna. Aslaug źle się prowadzi i wiadomo do czego to wszystko zmierza. Flokiego dręczą egzystencjalne lęki. Bracia Harald i Halfdan zdają się spełniać zły sen każdego historyka zajmującego się dziejami Skandynawii, czyli są "tymi tępawymi, bezceremonialnie agresywnymi osiłkami zwanymi wikingami". Z czwartego sezonu wieje, niestety, weltschmerzem i nijakością. Widoczki nadal piękne, warstwa wizualna urodziwa, wojownicy przystojni, wojowniczki też fajne. Mam tylko małą nadzieję, że Rollo, któremu na chwilę powrócił dawny wigor, porzuci te swoje frankijskie kiecki i znów będzie można go zobaczyć w wersji bez cukru. To może być powrót do dawnej formuły serialu.
*Nie spojleruję (tak, w pewnym internetowym przybytku oskarżono mnie o spojler, gdy wspomniałam o jego śmierci), ludzie, do książek! Są nawet takie z obrazkami.
Wersal. Prawo krwi, sezon 1 i 2
na następny sezon będę czekać z niecierpliwością
Ludwik i Filip, czyli dwóch bladych chłopaczków w loczkach skradło mi serce. Trzymają je w ozdobnym, złotym, a jakże, puzderku. Puzderko to zwie się Wersal. Zaprojektowane jest z wielką maestrią, skomponowane z nut krystalicznej racjonalności i gorących akordów nie byle jakich emocji. Od połowy drugiego sezonu, serial stracił rozpęd i oryginalność, ale nadal będzie dla mnie najbardziej wyczekiwaną serialową premierą. Rzadko przy oglądaniu serialu pojawiają się u mnie galopujące refleksje kulturoznawcze, a tu prawie każdy odcinek je we mnie budził. Pokochałam Wersal przede wszystkim za oswojenie okresu historycznego, który nie ma zbyt dobrej reklamy w czasach popkultury. Wielka szkoda, bo ja go osobiście kocham. W dziedzinach estetycznych (sztuka, literatura) styl epoki zwany barokiem ma bardzo spójną ideologiczną bazę (marzenia o potędze - monarchie absolutne, kontrreformacja i wojująca reformacja, kolonializm), ale rozdrabnia się na stylowe odnogi, które oplatają już nie tylko Europę, ale i resztę podbijanego przez nią świata. Ta stylowa niejednolitość daje zdumiewająco różne efekty. I tak, gdy we Francji miłość do Rozumu i szykowne, klasycyzujące elementy łatwo przeradzają się w jasną, apollińską formę klasycyzmu, w Hiszpanii wykwita bujny ogród dionizyjskich form. Popkultura lubi jasne sytuacje i dlatego następna epoka, XVIII wiek klasycyzujący i rokoko, uważane przez niektórych za ostatnie tchnienie baroku, estetycznie przejrzyste, łatwiej daje się zamknąć w popkulturowej kliszy. Drugi problem pojawia się tam, gdzie autentyczny barok nie pasuje do współczesnej wizji tego, co atrakcyjne, mam tu na myśli zwłaszcza ideały urody i kanony mody. To zazwyczaj następne stulecie posądza się o szalone zamiłowanie do teatralizacji wyglądu (słynne XVIII-wieczne karykatury) i bezwstydu bogactwa, ogromnych peruk i rozdętych sukien, jednak to czysta barokowość jest ciężkostrawna dla współczesnego odbiorcy. Klasycyzm i rokoko skrzętnie zakrywają prawdę wyidealizowaniem, pudrują twarz, wysmuklają kończyny do kształtu subtelnych gałązek. Są zalotne i nadają XVIII wiekowi, który już z barokowych form się uwalnia, czy raczej je przekształca, łatwostrawny wdzięk. Barok nie bał się pokazać, że świat jest naprawdę teatrem, a nie tylko teatr udaje, żeby było ładniej. Człowiek przywdziewa kostium i wychodzi na scenę, aby być podziwianym za swą wspaniałość. Nie wstydzi się czerwonej twarzy pod przytłaczającą peruką, a modne rozdęcie zamienia na świadome nadęcie. Przemawia w przemyślany, skomponowany, żeby zrobić określone wrażenie, sposób, ale z pełną powagą. Żadna tam sztuka dla sztuki. Człowiek baroku nie boi się prawdy, ale pokazuje, że jest panem swego losu. Liczy się potęga, władza, siła. Namiętność jest dozwolona, jeśli ktoś ma w sobie moc, żeby nią zarządzać. Niestety, nam, współczesnym świadomie przerysowane formy barokowe wydają się nie tylko obce, ale i niezrozumiałe. Barok jest skomplikowany. Można więc go podawać na upartego z tym autentycznym sosem, który spływa z barokowych portretów, ale niestety, większość z nas będzie miało problem, żeby nie widzieć w spływających kaskadach peruk śmieszności, w nadmiarze dekoracji dążeń do kiczu, w teatralizacji ekspresji egzaltowanej przesady. Można barok odchudzić, poddać paru zabiegom kosmetycznym. Niestety, bardzo często kończy się to nieznośnie "udawaną" wersją historycznych realiów, gdzie każda dekada (od)twórców ma sobie współczesne trendy, chociażby w makijażu. Po latach historyczność charakteryzacji przyćmiewa historyczność odtwarzanej epoki. Sos z niebieskich cieni do powiek czy nienaturalnych odcieni blondu z czasem również pleśnieje... Oczywiście, chłodna analiza pokazałaby pewne niedostatki, bo Wersal. Prawo krwi jest dokładnie taki sam jak prawdziwy Wersal - z zewnątrz lśni blaskiem chwały i majestatu, kryje jednak kilka brzydkich tajemnic, a wąskie, poskręcane, ukryte przed okiem gości wnętrzności budynku pachną niepięknie. Nie psuje to jednak ogólnego wrażenia.. Miejmy to już za sobą, wymienię dwa grzechy, które przy odrobinie złej woli można śmiało podciągnąć do głównych wad tej wspaniałej serialowej konstrukcji. Po pierwsze, od połowy drugiego sezonu serial robi się przewidywalny. Niebezpiecznie skręca z idealnie wyważonej opowieści o tym, jak polityka i niuanse życia prywatnego władców co jakiś czas wpadają na siebie z impetem, na ścieżyny, gdzie zagmatwane życie prywatne bierze górę. Nie znoszę tego typu narracji o historii, a ma ona przewagę w serialach kostiumowych. Dawni władcy, owszem, byli właścicielami państw i owszem, tocząc wielkie wojny, toczyli tak naprawdę prywatne boje o sukcesję czy inne tego typu sprawy, ale nie tylko to wpływało na dzieje. Nie tylko oni, ich humory, ich kochanki i ich błędy decydowali o tym, którędy popłynął nurt zdarzeń. W miejsce przemyślanego ogrodu, wchodzi nagromadzenie szczegółów układające się w przewidywalny ciąg zdarzeń, a to niszczy ciekawość widza. Z pięknej, zgrabnej kompozycji awanturnictwa, w końcu to nadal czasy płaszcza i szpady, i wielkiej polityki robi się coraz bardziej schematyczna rabatka, a im więcej sezonów, tym słabiej pamięta się porządne początki. Pierwszym grzechem Wersalu, jest więc pogłębiająca się tendencja do ukazywania sensacji w postaci prywatnych zdrad i spisków, zamiast historii (z historią to seriale kostiumowe w ogóle są na bakier, ale Wersal do pewnego momentu trzyma się naprawdę nieźle w tym temacie) i mam nadzieję, że następny sezon zawróci z tej drogi. Drugim grzechem jest również powielanie pewnych schematów, które w pierwszym sezonie było zaledwie zasygnalizowane - otóż, kiepski koniec światłych, sprytnych kobiet, które próbują dorwać się do władzy. Nie odpowiada mi taka narracja na temat historii, gdzie demonizuje się kobiety, które uczestniczą w politycznych rozgrywkach czy próbują zawalczyć o swoje, a przy okazji jeszcze podkreśla się szlachetność i poczciwość tych "porządnych" i potulnych. Czarna dama pierwszego sezonu, Beatrice, przynajmniej skończyła pięknie, nie zamieniła się neurotyczną kupkę nieszczęścia, jak Markiza de Montespan. Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na świetne role Kawalera Lotaryńskiego i wyśmienity wątek jego związku z bratem króla oraz na Tygha Runyana w roli Fabiena Marchala. Ta ostatnia drugoplanowa postać jest tym, co sprawia, że odróżniam naprawdę dobry serial od byle jakiego. W dobrym drugi plan jest na tyle zajmujący, a nie tylko zarysowany na zasadzie anegdotki czy komediowej scenki, że gdy akcja chwilowo zbacza w tę stronę, żebyśmy odpoczęli od problemów głównych postaci, nie czujemy, że dostaliśmy jakiś marny wypełniacz czasu.
 
Poldark, sezon 1 i 2
kornwalijskie widoczki są warte uwagi (źródło)
Już kiedyś zaczynałam i nie dałam rady, zresztą, moja przygoda z adaptowaną powieścią też była smutna. Teraz, przyznam się bez bicia, znów nie dałam rady obejrzeć całości. Przykro mi. Aidan jest, obiektywnie rzecz biorąc, bardzo, ale to bardzo przystojny, ale sam fakt patrzenia na niego mi nie wystarczy (niech się jednak chłopak stara, nie bronię mu, może jeszcze go kiedyś docenię, chociaż nie jest w moim typie, miło się na niego patrzy). Sam Poldark jako postać jest dla mnie dość odstręczający. Tak, dobrze czytacie. To taki typ faceta, który sprawia, że mam ochotę mu przywalić. Cała reszta jest bardzo malownicza i chociaż nieraz zdąża, łącznie z arcyromantyczną czołówką, w ciężkostrawne dla mnie rejony melodramatu, żeby nie powiedzieć romansidła, da się lubić. Niestety, jest tyle naprawdę dobrych rzeczy do oglądania, że obejrzałam dwa sezony, ale nie wszystkie odcinki. Widoczki, muzyczka, stroje, klata Aidana i nieco autentycznego osiemnastowiecznego brudu to trochę za mało, żeby mnie zatrzymać na dłużej.
Downton Abbey sezony 3, 4 i 5
i dlatego należy zawsze liczyć na to, że następny sezon nie będzie zły... i tak do ósmego albo dziesiątego
Nie pamiętam czemu przerwałam oglądanie trzeciego sezonu, ale wróciłam do Downton Abbey z dużą przyjemnością. Oczywiście, nie jest to taki sam zachwyt, jak na samym początku. Musiałam też sobie na szybko odświeżyć nieco szczegóły poprzednich sezonów, wątki, które mi się gdzieś zawieruszyły w pamięci. Uważam, że to jeden z nielicznych seriali, który trzyma podobny poziom w każdym z sezonów. Pierwszy jest wyjątkowy, wiadomo, ale każdy ma do zaoferowania przede wszystkim tę samą, bardzo dobrą receptę na przyciągnięcie widza. Piękne stroje i interesująco, bardzo dokładnie odtworzone realia to pierwsze dobre wrażenie. Przy bliższym poznaniu doceniamy aktorstwo, dialogi, sposób poprowadzenia narracji. Oglądając ten serial nie miałam ani razu nieznośnego poczucia, że oglądam współczesnych ludzi w przebraniu, a to bardzo, ale to bardzo częsta wada seriali i filmów kostiumowych (to samo dotyczy też powieści historycznej) Przede wszystkim nie sposób jednak przecenić cechy, która, moim zdaniem, Downton naprawdę wyróżnia, a o której pisałam też przy okazji Wersalu - drugi plan jest na swój sposób równie interesujący jak pierwszy i gdy uwaga przenosi się na wątki związane ze służącymi, nie odczuwa się znużenia ciągnącymi się w nieskończoność problemami matrymonialno-finansowymi szacownego rodu. Czasami nudzi zbyt wiele komplikacji, czasami bawią dziwne kłopoty bohaterów z odnalezieniem się we współczesności i to zupełnie egzotyczne, w porównaniu do innych seriali, poczucie przyzwoitości, które charakteryzuje bohaterów. Nie brakuje też łopatologicznych zagrywek dramatycznych, które, gdy akcja się zatrzymuje na zbyt długo, popychają ją do przodu. Podoba mi się, że wiodący problem, z jakim zmagają się wszyscy w Downton Abbey, dostosowanie się do współczesności, nadaje dziejom rodziny uniwersalny wymiar i jest nadal obecny, wpływa na relacje, konflikty oraz wybory bohaterów.
 
Outlander, sezon 1 i 2
całuśnych Szkotów w Outlanderze nigdy nie brakuje
Ten serial jest dla mnie tajemnicą jako spiętrzenie bzdur, które sprawia wrażenie przemyślanej całości i co gorsza, podobał mi się! Tak, miejscami groteskowa, ocierająca się o soft porno, niedorzeczna harlekinada podobała mi się bardziej niż Poldark. Te przaśne scenki łóżkowe wymieszane z arcymalowniczym szkockim folklorem, genialnie zagrani Szkoci, każdy co do jednego, teatralne miny, fabuła, w której każdy chce kogoś zgwałcić albo zabić, a najlepiej jedno i drugie naraz, błoto, kilty, gaelickie wersy, dziwaczny francuski dwór i przebitki w postaci scen osadzonych w realiach XX wieku, to wszystko mi się naprawdę podobało. Początki były trudne, bo już kiedyś porzuciłam ten serial po kilku odcinkach. Myślę, że w tym szaleństwie jest metoda, bo serial mnie wciągnął po takim kiepskim wstępie. Miałam jedynie problem z obejrzeniem scen z Jackiem Randallem i Jamiem w więzieniu. Mam wrażenie, że twórcy serialu przekroczyli tu granicę dobrego smaku i poszli za podszeptem taniej sensacji.
 
Agentka Carter, sezon 1 i 2
to, czego mi w tym serialu brakuje, to naprawdę interesujący bohater męski, który byłby prawdziwą przeciwwagą dla panny Carter
Przyjemny to chyba najlepszy przymiotnik opisujący przymioty tego serialu. Zdecydowanie są lepsze, dziwię się jednak, że nie zaplanowano trzeciego sezonu. Agentka Carter to urocza mieszanka bezproblemowej rozrywki opartej na komiksowej fabule w wersji retro (i nie chodzi tylko o realia i wdzianka bohaterów, ale też narrację, która przypomina komiksy z epoki). Nie jest to ambitne dzieło, nie wciąga specjalnie, ale bohaterowie są na tyle sympatyczni, żeby ich los nas obchodził, a obrazki na tyle ładne, żeby nie odczuwać dotkliwości braku w fabule bodźców intelektualnych.

2 komentarze:

  1. Bardzo mi się podobają te recenzje. Mogłaby pani Absynt prowadzić osobnego bloga o kinie i serialach, też czytałbym z przyjemnością. Z tych tu wymienionych nie znam tylko ostatniego, ale to już chyba nie mój klimat. Fenomenu Poldarka też nie rozumiem. Dotąd myślałem, że po prostu nie działa na mnie, jako na mężczyznę, charyzma Aidana, ale to chyba coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie planuję zakładać osobnego bloga. I tak miałam już drugiego, na którym pojawiły się problemy oraz brałam udział w blogowym projekcie, który nie wypalił.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.