czwartek, 13 kwietnia 2017

Germańska bogini, czarownice i Wielkanoc

Przeglądając wielkanocne pocztówki vintage, można natrafić na naprawdę dziwne rzeczy. Uroczy, nostalgiczny kiczyk to zajączki, jajeczk, kurczaczki i kwiatuszki. Czasami w fantazyjnym wydaniu: w automobilach, w kostiumach z różnych epok, w scenkach rodzajowych, w występach niemalże cyrkowych i dziś już zupełnie niezrozumiałych "metaforach" pomyślności. Pisałam o tym w poprzednich latach. W tym roku chciałabym jednak napisać Wam o pozostałościach pogańskich w Wielkanocy. Obiecuję, że nie będzie typowej nudy na temat tego, jak to źli chrześcijanie zabrali poganom tradycje i opakowali w krucyfiksy. Zabawimy się za to w szalonych etymologów i łowców czarownic, posiłkując się przykładami starych kartek świątecznych (po więcej zapraszam na Fb Absyntowej Wróżki), gdzie znajdziecie nie tylko poczciwe pisanki, ale i czarownice. Nie dlatego, że sama nie obchodzę Wielkanocy i jestem pogańską propagandzistką (nie obchodzę w tym okresie czasu żadnych świąt, chociaż obchodzi mnie ten okres czasu i można powiedzieć, że od pierwszego kwitnienia drzew w okolicy do pierwszego upalnego wieczoru mam swoje Święto Wiosny), ale dlatego, że to po prostu bardzo interesujące. Pamiętajmy, że dla pogańskiej, a w większości rolniczej Europy przywitanie wiosny było czymś bardzo, ale to bardzo ważnym. Należało zrobić to odpowiednio. 




Easter, czyli Wielkanoc jest... kobietą

Wielkanoc to po angielsku Easter. W wielu językach europejskich pojawia się odniesienie do Paschy (hebrajskie Pesah), co jest dość łatwo zrozumieć. Polska nazwa święta też jest oczywista, również wiąże się bezpośrednio z chrześcijańską opowieścią o zmartwychwstaniu syna Boga. W przypadku nazwy anglosaskiej sprawa wydaje się na pierwszy rzut oka tajemnicza, a na drugi, no cóż... Angielskie Easter nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Skąd więc się wzięło? Niektórzy z moich czytelników być może świadomi są tego, że w jednym z odłamów współczesnego neopogaństwa, w wicca, obchodzi się marcowe święto Ostary. Jest to typowe święto powitania wiosny, symboliczny moment zrównania się nocy z dniem, gdy światło zaczyna przeważać i życie rozpoczyna swój wielki triumf płodności i radowania się światem. W wiccańskiej nazwie święta zachowane jest odniesienie do dawnej tradycji germańskiej, z której właśnie pochodzi nazwa anglosaskiej Easter. Właśnie, zatrzymajmy się na chwilę przy Anglosasach.

Samuel Schmucker, 1910


Historia podboju Brytanii jest fascynującą opowieścią kolejnych historycznych przetasowań, które dały wyspom kulturową różnorodność. Oczywiście, zanim trafili tu Celtowie, tereny te zamieszkiwał już inny lud, w Irlandii, na przykład, posługujący się językiem azjanickim, można jednak uznać, że to żywioł celtycki stał się na długie stulecia najbardziej stabilnym elementem kulturalnym. Nawet ekspansywni Rzymianie mieli tu ogromne problemy nie tylko z dominacją polityczną, ale i kulturową. Dopiero przybyli z europejskich wybrzeży Germanie zepchnęli ludność celtycką na północ i stali się kulturowo drugim dominującym wyznacznikiem "brytyjskości". Na długo zanim wyspy brytyjskie stały się łupem normańskich najazdów, migracja germańska zmieniła oblicze kulturowe tego regionu. Anglowie, Sasi i Jutowie przybyli tu jako poganie, przywieźli swoje wierzenia i dopiero na wyspach poddali się chrystianizacji (z różnym powodzeniem, trzeba dodać). 

Ôstara to zrekonstruowane imię germańskiej bogini. W staroangielskim Ēastre, w dialekcie jednego z królestw anglosaskiej hepatarchii, poprzedzającej zjednoczone królestwo angielskie, nortumbryjskim Ēostre. Oczywiście, te językowe angielskie wygibasy to zaledwie domysły, chociaż podstaw dostarcza sam Beda Czcigodny (chociaż tylko on). Beda był autorem najważniejszego źródła historiograficznego do dziejów podboju wysp przez Anglosasów, a w De temporum ratione wspomina, że pogańscy Anglosasi obchodzili święto na cześć wspomnianej bogini w miesiącu kwietniu, nazywanym Ēosturmōnaþ. Za jego czasów obchodzono już w miejsce dawnego pogańskiego festiwalu Wielkanoc. Od dziewiętnastego stulecia, gdy badacze języka i folkloru z obszarów niemieckojęzycznych wzięli się za "pradawne germańskości", poszukuje się bogini Austrō (rekonstrukcja językowa w protogermańskim). Uczeni powiązali imię bogini z germańskimi imionami, nazwami miejsc w Anglii i odkrytymi w 1958 roku inskrypcjami zawierającymi imię matronae Austriahenae (Matrona - synkretyczne bóstwo rzymsko-galo-germańskie z I-V wieku naszej ery, zazwyczaj Matres występowały w trójcach). Natrafiając na ten ostatni wątek, kult matron, możemy wywnioskować, że germańska bogini mogła mieć coś wspólnego z pozostałościami tradycji i wierzeń kultu Wielkiej Bogini, ale do tego jeszcze wrócimy. Idąc dalej wgłąb dziejów natrafimy na język protoindoeuropejski i boginię Hausos (H₂ewsṓs). Zajmijmy się więc najpierw nią. Hausos jest boginią domyślnego panteonu bóstw protoindoerupejskich (jak zwykle, w przypadku proto- jesteśmy tylko domyślni, a nie pewni ;)). Uważa się, że jest przodkinią całego zastępu późniejszych bóstw związanych z personifikacją świtu, od indyjskiej Uṣas po grecką Eos. Jej związki ze świtem wynikają z tego, że imię bogini ma etymologię opartą na trzonie h₂wes / *au̯es, co znaczy świecić. Ta bogini protoindoeuropejska miałaby, według uczonych, być również bóstwem związanym z sezonem wiosennym (przybywającego światła) i kojarzy się z nią mit uwięzienia obecny w mitologiach ludów indoeuropejskich. Bogini ta miała też swoje przydomki, które wskazują na jej aspekty jako bóstwa miłości, w późniejszych przeobrażeniach odseparowane do postaci osobnego bóstwa (Wenus, Uṣas z Rigwedy z sanskryckiego członu vanas, czyli pożądliwość, starsza dynastia płodności i urodzaju w mitologii nordyckiej, czyli Wanowie/Vanir  itp.). Jak więc widzimy jesteśmy znów po stronie bogów płodności, rodzącego się życia i pomyślności urodzaju. Powróćmy jednak do German. Protogermańskie *austrōn oznacza właśnie świt. 

Oczywiście, istniały wątpliwość co do dawnej germańskiej bogini. Uważano nawet, że Beda mógł ją sobie zmyślić, że była przypadkiem etymologicznej dea ex machina. Jakub Grimm, badacz języka i kultury, nie tylko baśniopisarz, jak zapewne wiecie, posiłkował się studiami lingwistycznymi, żeby Beda nie był jedynym punktem odniesienia. Obecnie nadal istnieją wątpliwości, ale uważa się raczej, że wspomniana bogini faktycznie istniała w wierzeniach German. Powstaje jednak pytanie czy była to bogini związana z wiosną (płodnością, urodzajem) czy ze świtem. O ile wcześniejsze jej przodkinie mogły przecież łączyć ze sobą te aspekty, wyjściowe wydaje się światło, to istotne jaka właściwie była germańska, anglosaksońska bogini zanim użyczyła swego imienia Wielkanocy. Dlaczego? Z powodów, których w tym wpisie nie będę poruszać: istotne jaki ma związek język z przypisywanym pochodzeniem zwyczajów i symboli wielkanocnych. 

Szwedzkie czarownice wielkanocne

Wśród zwyczajów wielkanocnych w różnych krajach najbardziej zdumiewającym na pierwszy rzut oka, zachęcającym do poznania źródeł, jest szwedzki zwyczaj "czarownicowania". Dzieci, przebrane za czarownice chodzą od domu do domu i zbierają łakocie. Łatwo pomyśleć, że to Halloween, a nie Wielkanoc. Szwedzi ewidentnie nie mieli takich problemów, jakie obecnie przeżywa polska tradycja, w której starcie święta o pogańskim rodowodzie z chrześcijańskim przypomina światopoglądową bitwę. Potomkowie pogańskich Skandynawów oddają czwartek tradycji, która ma pogańskie korzenie. Ludowe wierzenia związane z czarownicami i przybywaniem złych mocy mają związki z przedchrześcijańską wiarą w siły demoniczne. W tym okresie czasu próbuje się też odstraszać złe moce za pomocą ognia i hałasu, co jest znanym sposobem na tego typu ochronę w ludowych wierzeniach na całym świecie. W dzisiejszej Szwecji zresztą święta zyskały bardziej świecki charakter, co tym mocniej wpływa na mieszanie się różnych tradycji.



W szwedzkich wierzeniach ludowych odnajdziemy sabat czarownic, który ma miejsce w Wielki Czwartek/Wielką Sobotę. Zwyczaj przebierania się i chodzenia po domach nazywany jest Påskkärring (w szwedzkojęzycznej Finlandii påskhäxa). Nie mamy pewności od kiedy istnieje ta tradycja, ale była powszechną praktyką w dziewiętnastowiecznych miastach zachodniej Szwecji. Odmiany dzisiejszego zwyczaju są oczywiście różne dla różnych regionów. Łączy je składanie życzeń (Glad Påsk) i motyw czarownicy. Najczęściej narodziny tego zwyczaju łączy się z wielkim polowaniem na czarownice, jakie miało miejsce w Szwecji w XVII wieku. Wierzono wtedy, że stracone czarownice urządziły sobie biesiadę z diabłem i oczywiście własne łowy. Tak wygląda próba odreagowania społecznej traumy, bo mamy tu do czynienia, nie bójmy się tego powiedzieć wprost, z ludobójstwem. Strach rodzi strach. Bano się zemsty. Odrodziła się więc wiara w magiczne działania obronne, która ma korzenie w wierzeniach pogańskich. Między innymi, zaczęto powszechnie rozpalać ogniska i rzucać petardy. Wielkanocne ognie nazywa się påskbrasa/påskfyr. Ich obecność na ziemiach szwedzkich jest potwierdzona od XVIII wieku, a przybył ten zwyczaj prawdopodobnie z Holandii razem z kupcami, jednak zasilił wierzenia rodzime.

Jak jednak czarownice trafiły w okolice Wielkanocy? Po pierwsze, ludowa wyobraźnia jest bardzo praktyczna. Lubi umieścić swoje strachy w konkretnych miejscach i w konkretnym okresie czasu. Stąd wiara w sabaty na górach czarownic i w końcu w to, że Wielki Sabat ma miejsce w okresie wielkanocnym. W ludowych wierzeniach znajdziemy między innymi Blåkullę, legendarne miejsce sabatów. Nazwę można przetłumaczyć jako niebieską/czarną górę. W starszych przekazach nazwą tą określa się miejsce zamieszkiwane przez trolle. Sama Blåkulla pojawia się po raz pierwszy w w historii statku z 1410 roku, który uratował się z opresji właśnie w pobliżu tego miejsca (dziś utożsamianego z wyspą Blå Jungfrun-Niebieską Dziewczyną). W późniejszych okresach czasu mityczną górę czarownic umieszczano w odległej krainie na północnym wschodzie. Warto tu wspomnieć o tym, że informatorami w temacie Blåkulli były najczęściej w procesach o czary dzieci, rzekomo porywane. Opisy najczęściej zawierały wizje typowe dla chrześcijańskich wyobrażeń piekła, ale sama wiara w porywanie dzieci ma pogańskie korzenie (mieszkające w górach trolle miały podmieniać ludzkie dzieci na swoje). Po drugie, lęk przed czarownicą, spowodowany paniką społeczną, jaką wywołało tsunami procesów o czary, sprawił, że wizerunek tej damy poślubionej diabłu wyrył się na stałe w szeregu demonicznych postaci. Oczywiście, w ciągu lat się zmieniał. Siedemnastowieczna czarownica nie miała ani czarnego kota ani dzbanka z kawą, które to atrybuty są przypisywanie współczesnemu wyobrażeniu, do którego nawiązują często stroje dzieci.

Źródła:
J. i C. Matthews, Mitologia Wysp Brytyjskich, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1997
Rudolf Simek, Lexikon der germanischen Mythologie, Stuttgart, 1984
J.M. Sallmann: Czarownice. Oblubienice szatana. Wrocław: 1994
Jeffrey B. Russell: Krótka historia czarownictwa. Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2003
http://gutenberg.spiegel.de/buch/deutsche-mythologie-756/1
Georges Dumézil – Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, przeł. Anna Gronowska, Oficyna Naukowa, Warszawa 2006
Loren Auerbach – Wikingowie i Germanie. Sagi ludów północy, wyd. Amber, Warszawa 1998
Adam Kersten: Historia Szwecji. Wrocław: Ossolineum, 1973
Henryk Zins: Historia Anglii. Ossolineum, 2001
Przemysław Mroczkowski, Historia literatury angielskiej. Zarys, Wrocław 1981

4 komentarze:

  1. Czarownice z kartek dobrze się kojarzą... myślę, że gdybym żyła w siedemnastym wieku, też byłabym czarownicą :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy wystarczyło mieć niemiłych sąsiadów albo być w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu ;)

      Usuń
  2. Interesujący wpis. Pamiętam, że ten zwyczaj przebierania się za czarownice w Wielkanoc opisywała Astrid Lindgren w "Dzieciach z Bullerbyn".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas chyba sobie odświeżyć "Dzieci", bo zupełnie o tym nie pamiętam.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.