niedziela, 31 stycznia 2016

Idź za swoim przeznaczeniem - "Gwiezdne Wojny" okiem baśniologa

Dawno, dawno temu, ale jednak w tej, a nie innej galaktyce, obiecałam komuś, że w końcu odważę się opublikować tego rodzaju wpis (to samo obiecałam w temacie mojej grafomanii, ale to sobie jeszcze poczekacie). Nie będzie to jednak typowe dla mnie wymądrzanie się, bo Gwiezdne Wojny to dla mnie sprawa wybitnie osobista. Moją wzruszającą historię poznacie w ostatnim rozdziale tej opowieści, ale mogę Wam już teraz zdradzić na uszko, że bez Gwiezdnych Wojen nie zostałabym baśniologiem. Dzieci czytają baśnie, rzecz (dość jeszcze) oczywista. Niektórzy jednak z nich nie wyrastają i "robią coś dalej" w tym temacie. To właśnie spotkało mnie. Brzmi jak opis zaburzenia, ale w gruncie rzeczy to bardzo fajne uczucie być nieco zagubionym w codzienności, podążać własnym ścieżkami na granicy światów, a każdy baśniolog wcześniej czy później tak właśnie kończy (prawdopodobnie ja tak również zaczynałam). Gotowi do skoku w nadprzestrzeń? Zapraszam!





Opowieść o baśni

Nie spodziewajcie się recenzji nowego filmu i nie bójcie się, że zdradzę jakieś wątki z Przebudzenia mocy. Dziś wrócimy do najstarszych filmów, głównie do Nowej Nadziei, bo to tu się wszystko zaczęło. Dawno, dawno temu... Znacie to? Pewnie, że tak! Nikogo więc nie zdziwi, że teraz przyjrzymy się baśniowości Gwiezdnych Wojen. Sprawa wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje, ale to i lepiej. Czeka nas przygoda w kosmosie!


Zdarza się niektórym zaliczać Gwiezdne Wojny do science fiction, ale sądzę, że to gruby nietakt. Kosmos, statki i blastery pełnią w obu zrealizowanych trylogiach (nieco inaczej akcenty rozkładają się, gdy zajrzymy do uniwersum powstałego na bazie filmów) rolę atrakcyjnego tła, kolorytu i dekoracji. Być może ja teraz też popełniam gruby nietakt, bo sprowadzenie X-wingów i Gwiezdnych Niszczycieli Imperium do roli rekwizytu fana boli. Mnie też. Uwielbiam tę całą kosmiczną oprawę, a będąc w kinie na Przebudzeniu mocy w wersji 3D miałam dziecięcy uśmiech na twarzy, gdy niszczyciel, niczym ciasteczko, był na wyciągnięcie ręki. Istnieje też pojęcie space opera, które nieco lepiej oddaje specyfikę Gwiezdnych Wojen. Skąd ten termin? Kosmiczne fajerwerki działają faktycznie podobnie, jak fajerwerki w klasycznych wielkich widowiskach operowych, a bohaterami targają poważne konflikty i srogie namiętności (przynajmniej częścią). Ogółem jednak w terminie space opera o operę nie chodzi, a dziś ten termin też ma, zdaje się, inne znaczenie niż jeszcze w czasach, gdy tak określono po raz pierwszy właśnie Gwiezdne Wojny*. Space operę definiowano wtedy jako podgatunek science fiction, gdzie czas umilają nam podróże międzygwiezdne, romantyczne przygody, międzyplanetarne bitwy i przystojni awanturnicy. Tak robi się kosmiczną mieszankę eposu bohaterskiego z opowieściami przygodowymi. Co ciekawe, epicki rozmach, nieco patosu i jeszcze parę innych elementów faktycznie jednak łączą Gwiezdne Wojny z prawdziwą, nie filmową, operą. Po co o tym wszystkim tu piszę? Nie dlatego, że jestem po prostu gadułą (a jestem, wiecie o tym). Chciałabym, żebyśmy na początku coś sobie wyjaśnili. Nowa Nadzieja to w zasadzie klasyczna baśń opakowana w kosmos i miecze świetlne, a Gwiezdne Wojny jako seria filmów przynależą do typów kinowego widowiska, które zawierają w większym lub mniejszym stopniu wątki baśniowe i mitopodobne. Fantastyka filmowa, podobnie, jak i literacka, zawdzięcza swoją urodę i siłę przyciągania baśniom i pradawnym mitom, zwłaszcza heroicznym, z których czerpie i do których się odwołuje. Może nie chcemy o sobie tego wiedzieć w dobie smartfonów, ale nie jesteśmy wcale mniej podatni na magię tych opowieści niż nasi przodkowie snujący je sobie przy małym ognisku, być może jeszcze w paleolicie.

W przypadku Gwiezdnych Wojen nakładają się na siebie różne klisze gatunkowe. Lucas chciał stworzyć przede wszystkim fajny film dla młodzieży, ale wymyślił coś świeżego, chociaż utkał to z elementów, które doskonale znamy i lubimy. Jeśli dalej zastanowimy się właśnie nad gatunkiem, do którego należałoby przypisać Gwiezdne Wojny, to wyskoczy nam też fantastyka nienaukowa. Taki podział, jaki przyjął się w literaturze, na science fiction i fantasy (magia, miecz i księżniczki) dość zgrabnie da się zastosować do filmów, ale okazuje się, że nie zawsze. W Gwiezdnych Wojnach mamy wszystko to, co powinno się znaleźć w opowieści fantasy, łącznie z mieczami, jakimś rodzajem magii i... księżniczką. Polane kosmicznym sosem fantastyczne motywy stały się bardziej egzotyczne, świeże, atrakcyjne chociaż tak naprawdę Lucas niczego nie musiał odświeżać - moda na fantasy w kinie właśnie się zaczynała i nikomu zwykłe miecze by nie przeszkadzały. Dając nam te świetlne, Lucas osiągnął jednak większy sukces niż, na przykład, twórcy w gruncie rzeczy też kultowego Conana - film  Lucasa osiągnął wyższy stopień "odrealnienia", co dało podstawy do stworzenia niezależnego od filmowych mód wszechświata, alternatywnej rzeczywistości. Niektórzy uważają, że to odrealnienie sprawiło też, że opowieść wydaje się bardziej uniwersalna na tle innych fantastycznych historii (trzeba było kropli geniuszu Tolkiena, żeby przełamać regres w filmowym skansenie miecza i magii, który nastąpił po tym, gdy minęła moda na rycerzy i barbarzyńców...). Inni jeszcze zrzucają winę za popularność Gwiezdnych Wojen na nostalgię, ale ja będę dziś bronić zdania, że to coś ukrytego znacznie głębiej niż wspomnienia z dzieciństwa i jeszcze głębiej niż magia kinowego widowiska sprawia, że Gwiezdne Wojny stały się zjawiskiem kulturowym/kultowym o takiej sile rażenia. 

W przypadku filmów kategoria fantasy jest właściwie specyficzną odmianą kina przygodowego - czynniki nadprzyrodzone grają tu kluczową rolę, ale reszta bardzo pasuje do definicji gatunku. W polskich realiach filmoznawczych funkcjonuje termin kino nowej przygody, który został powołany do życia właśnie krótko po premierze Gwiezdnych Wojen (Jerzy Płażewski) i miał określać ożywiający kino przygodowe prąd w kinematografii lat 70. i 80. XX wieku. Tu natrafiamy na ciekawy wątek, jak sądzę, kiedyś do głębszej eksploracji również i na tym blogu - kino nowej przygody to wysokobudżetowy filmowy vintage, który czerpał z kultury masowej pierwszej połowy XX wieku. Nie odbiegajmy jednak od tematu. Gwiezdne Wojny to przygoda osadzona w niezwykłym świecie. Taki jest punkt wyjścia. Kiedy myślimy o Gwiezdnych Wojnach i baśniologii, pierwszymi przychodzącymi do głowy odniesieniami są właśnie cudowność oraz podróż inicjacyjna jakich w baśniach i mitach wieleCudowność w Gwiezdnych Wojnach nie wyczerpuje się w tym, co sprawia, że niektórzy uważają te filmy za science fiction, chociaż rozwinięta technologia i "ufoludki" mają mitotwórczy potencjał, o czym pisał chociażby Jung. Lucas pozwolił sobie na rajd po egzotyce, począwszy od odwołań do wschodnich filozofii, a skończywszy na malowniczym stadku licznych ras przewijającym się zwłaszcza przez podejrzane spelunki. Ta powierzchowna, połyskliwa warstwa nie jest jednak odpowiedzialna jeszcze za to, że Gwiezdne Wojny odbieramy jako baśń. To tylko jarmarczna sztuczka, kolorowy targ dziwności. Zresztą, ta część uniwersum trochę nuży, a po latach sprawia wrażenie urokliwej ramotki i zdecydowanie nie wystarczyła, w przypadku drugiej trylogii, żeby wykreować magię opowieści.


Za cudowność w sadze odpowiada przede wszystkim świeży, na tle wcześniejszych przypadków, sposób potraktowania kosmosu. Pustka międzygwiezdna staje się odpowiednikiem baśniowego "szerokiego świata", w który wyrusza bohater w poszukiwaniu swojej tożsamości. Nie jest ona czymś tak niesamowitym, że aż obcym, jak wydaje się z naszego punktu widzenia i to właśnie ten jej aspekt, w jakimś sensie "udomowienie" kosmosu sprawiają, że staje się on baśniowy. Wydaje się, że powinno być odwrotnie, prawda? Po kosmos i te sprawy przecież powinno się sięgać, żeby było odpowiednio eskapistycznie. Czary-mary wymienione na Moc - to wydaje się być tylko zabiegiem kosmetycznym. Niestety, to wcale nie takie proste. Często można spotkać się z nieudaną próbą konstrukcji atrakcyjnego, baśniowego tła dla opowieści, gdy twórcy szukają przede wszystkim tego, co w jakiś sposób niesamowite. To naprawdę nie wystarczy. Istotą baśniowej cudowności jest to, że jest zamieszkana. Dla bohaterów baśni wielki, tajemniczy świat pełen dziwnych stworów i magii bywa czymś pociągającym i odległym (taki myk wprowadzający bohatera w baśniową opowieść stworzył, na przykład, Tolkien w Hobbicie), ale nie do końca obcym. Nawet postaci przeniesione w jakimś sensie z "naszego" świata odnajdują się w baśniowej rzeczywistości tak samo, jak bohaterowie klasycznych baśni (np. dzieci w Narnii, Harry Potter). Labirynty baśniowych krain zamiast głównie przeszkadzać bohaterom w znalezieniu drogi do domu, pomagają im odkryć kim są. Motyw odnalezienia swojego miejsca w świecie jest wręcz dla baśniowej narracji kluczowy. To dzięki niemu buduje się i rozładowuje napięcie, kształtuje konflikty i dopełnia historii.

Lucas opowiedział nam historię, w której postaci, wyglądając "za okno", widzą przestrzeń kosmiczną tak, jak my widzimy drzewa i domy. Co prawda, myślę tu przede wszystkim o luksusowych apartamentach na szczycie wszechświata, na przykład o mrocznym kąciku Imperatora albo o obserwowaniu bitew z pokładów statków kosmicznych, ale wiecie, o co mi chodzi. Kiedy traktujemy kosmos poważnie, myślimy o nim w kategoriach twardego science fiction, czyli naszych cywilizacyjnych doświadczeń i przewidywań, widzimy fascynujący start statku kosmicznego, astronautów fikających po kosmosie w swoich śmiesznych kombinezonikach, Matkę Ziemię świetliście błękitną zawieszoną w porażającej ogromem pustce. Może wydawać nam się cudownie niedorzeczne to, że człowiek wysadza się sam w powietrze, żeby pofruwać, znów z narażeniem życia, w kosmicznej pustce. Może nas rozczulić jakiś mistyczny powiew niesamowitości tych widoczków. Stąd jednak daleko jeszcze do cudowności oswojonej, jaka obecna jest w baśniach. W Gwiezdnych Wojnach bohaterowie traktują przestrzeń kosmiczną jako coś zwyczajnego i codziennego, a w okolicznościach nieco nadzwyczajnych - jako pole bitwy albo drogę pościgu. Podobnie jest ze wszystkimi szklanymi górami, wielkimi lasami i opuszczonymi zamkami w narracji baśniowej (dotyczy to nawet takich cudowności jak dno morza). Tym różni się groza baśniowa od opowieści grozy, gdzie siły nadprzyrodzone albo inne tajemnicze zjawiska przenikają do naszego świata jako intruzi, a nie są jego elementem. W baśni potwory żyją na takich samych prawach jak dobre wróżki, a oba typy stworów są jednocześnie niesamowite i zupełnie "na miejscu" nawet dla uwikłanego w historię bohatera. To dlatego Gwiezdne Wojny z zabawnym Yodą są baśniowe, a Obcemu bliżej do horroru.

____
*Oczywiście, space opera to termin anglosaski, początkowo pejoratywny, mający coś wspólnego z soap opera, bo Wilson Tucker powołując to pojęcie do życia nadał mu właśnie taki prześmiewczy charakter. Tasiemcowe seriale też nie mają nazwy znikąd. Soap opera powstała jako określenie podwójnie ironiczne. Mydło w nazwie, jest, mam nadzieję, oczywiste. Serialowe wyciskacze łez już w epoce radiodramatów (tak to się zaczęło) były faktycznie parodią opery - te same wielkie namiętności, tylko oprawa uboga, a napięcie budowane reklamami. Skąd to się wzięło? Już wcześniej inne zjawisko w kulturze masowej, westerny, a jeszcze wcześniej "przedstawienia konne" określano jako horse operas. Widowiska "do robienia pieniędzy" istniały zawsze i często się z nich naigrawano w prasie, ironizując na temat ich mających wywołać dreszcze ekstazy elementów (udźwiękowienie, światła, efekty specjalne). Podobnie było z filmami określanymi jako space operas, chociaż termin ten odnosił się najpierw do fikcji literackiej i komiksów.

Opowieść o baśni w baśni

Każdy fan najstarszej trylogii doskonale kojarzy ten moment, gdy Luke Skywalker w kulminacyjnej scenie Nowej Nadziei odrzuca technologię i słysząc głos zmarłego Obi Wana, postanawia zaufać Mocy. Lucas do prostej przygodowej historii w baśniowych realiach dorzucił równie nieskomplikowaną otoczkę mistyczną*, posiłkując się przy tym przede wszystkim duchowością Wschodu. Co prawda, trzeba trochę wysiłku intelektualnego i być może wiedzy, żeby w pełni docenić kunszt "mitologizacji" opowieści, jakiej dzięki temu dokonał (dziś o Gwiezdnych Wojnach mówi się nawet, jako o "nowej mitologii Ameryki"), a powstawały nawet książki o filozofii, dharmie i innych, raczej mało przyziemnych sprawach w Gwiezdnych Wojnach, ale nie zapominajmy czym jest ten pierwszy film od którego wszystko się zaczęło. To prosta historia, z prostym przesłaniem, gdzie nawet tragiczne konflikty nadal są rozgrywane w świecie wyraźnie podzielonym na dobro i zło. Jedynym realnym odstępstwem od tego są takie postacie jak Han Solo, których nie da się jednak wcisnąć w odcienie szarości, są raczej kolorowe i wprowadzają do baśni awanturnicze wątki. Niewątpliwie idą za tym dwie cechy filmu - jego atrakcyjność oraz łatwostrawność, ale trudno się tu doszukać przepisu na ten przyjemny magnetyzm, który sprawia, że wiele osób tak bardzo kocha tego typu opowieści.

Wbrew pozorom, sama cudowność nie jest esencją baśni. Za baśniowe uchodzą piękne, tajemnicze krajobrazy, zamki, ciemne lasy, straszne bestie, nadobne księżniczki, dzielni rycerze, niezwykłe stworzenia. Kolorowy, czasami mroczny, zapierający dech w piersiach świat. I owszem, to właśnie dostajemy w Gwiezdnych Wojnach, ale to wspomniany przeze mnie motyw odnalezienia swojego miejsca (przeznaczenia) jest w baśniowej narracji siłą napędową, czyniącą z tego typu opowieści uniwersalną historię. Nie jest tajemnicą, że Lucas sięgał po Bohatera o tysiącu twarzy Josepha Campbella. Ta publikacja, swego czasu bardzo sławna, dziś już nieco przykurzona (ale zachęcam, warto się zapoznać) dotyczy mitologii. Campbell słusznie uchodzi za jednego z najbardziej wpływowych przedstawicieli fascynujących badań nad mitami, ale znaczenie jego pracy, w tym Bohatera, nie ogranicza się tylko do środowisk naukowych. W drugiej połowie ubiegłego wieku nie tylko zmieniło się postrzeganie mitu, ale również wyciągnięto z tego praktyczne wnioski w literaturze, sztuce i w końcu, w filmie. Lucas i jego Gwiezdne Wojny są tylko punktem na liście tych, na których wpłynął Campbell. Naukowiec korzystał z teorii poprzedników, filozofów, psychoanalityków, etnografów, ale stworzył koncepcję, która doskonale broni się poza środowiskiem akademickim i stąd jej siła oddziaływania. Badacz skomponował swoją wpływową księgę na bazie wykładów w Sarah Lawrence College, gdzie podjął się trudu wprowadzenia studentów w świat mitologii. Dzięki temu otrzymaliśmy pracę, która starała się przedstawić esencję mitu i nadaje się do przeczytania dla każdego, kogo interesuje ten temat, a niekoniecznie posiada wykształcony "aparat badawczy". Campbell przedstawia w niej swoją koncepcję monomitu, opartą na wzorcu bohaterskiej wyprawy (tu ciekawostka: punktem wyjścia do stworzenia terminu była lektura Finnegans Wake). Najważniejszym jednak wnioskiem płynącym za jego rozważaniami jest przekonanie, że w mitach odnajdujemy to, co uniwersalne, co nigdy się nie przeterminuje, dlatego, mimo różnych wdzianek (historycznych, regionalnych, kulturowych) prezentują one najbardziej podstawowe historie (struktura monomitu), które nigdy nam się nie znudzą i których potrzebę opowiadania mamy tak długo, jak istnieje kultura jako taka.

Opisując strukturę monomitu, Campbell przedstawia nam koncepcję faz podróży bohatera mitu:
Wyprawa zaczyna się w znanym dla bohatera, dla niego zwyczajnym świecie, który opuszcza (1). Na tym etapie pojawia się przygoda jako słowo-klucz. Zazwyczaj bohatera ciągnie w świat, który jawi się jako pełen tajemnic i obietnic (inaczej by go nie ciągnęło). Często odkrywa wtedy miejsca cudowne, niezwykłe, związane z magią, bóstwami. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taki stan ekscytacji zazwyczaj osiągają ludzie młodzi, którzy jeszcze nie zdążyli poznać życia (chociaż późniejsze warianty, oczywiście, zakładają różne modyfikacje to pragnienie przygody, wyrwania się, jest najważniejsze). Wchodząc w świat, bohater napotyka na przeszkody, zlecane są mu zadania, nieraz wydające się przekraczać jego możliwości lub budzące potrzebę magicznej pomocy (2). Opisana wyżej cudowność jako stały, ale nie najważniejszy element świata baśni pełni rolę takiego mechanizmu, który ułatwia stworzenie w narracji "drogi prób" - tym sposobem narracja typowa dla mitu przenika do baśni, gdzie możnaby powiedzieć, istnieje większa swoboda, gra wyobraźni i zabawa obudzonymi znaczeniami (temat na inny wpis). Wróćmy jednak do wyprawy bohaterskiej w micie. Na jakimś etapie zmagań ze światem, bohater przechodzi najcięższą z prób (3). Co ważne, poprzednie wykonane zadania i zdobyte doświadczenie skutkują tym, że teraz może wyjść zwycięsko z tej sytuacji. Nagrodą bywa coś bardzo cennego, ale czasami jest to jedynie świadomość tego, kim się jest. Zdobycie/potwierdzenie tożsamości zawsze jednak towarzyszy temu etapowi wyprawy (4). Czasami bohater decyduje się na powrót i wykorzystanie swojego zwycięstwa dla dobra innych (5). 
Oczywiście, nie wszystkie wyróżnione fazy znajdują się w każdym micie. Jedne koncentrują się bardziej na powrocie i działaniu dla wspólnego dobra, inne podkreślają zmagania bohatera ze słabością i przeciwnościami. Fazy mogą mieć również różny układ. Najistotniejszym, zawsze obecnym składnikiem jest jednak odnalezienie samego siebie (swojego powołania, przeznaczenia, odkrycie zdolności, prawdziwej tożsamości, wiedzy o sobie).

W Nowej nadziej znajdziecie, moi drodzy czytelnicy, opowieść o młodym farmerze, która przebiega w przepisowy sposób: 
1. Luke pragnie poznać świat poza domem swojego wujostwa na pustynnej planecie i zostać pilotem, aby walczyć w słusznej sprawie. 2. Przypadkowo zostaje wciągnięty w sam środek zmagań siła dobra i zła i ratowanie księżniczki. 3. Uczestnicząc w wielkim przedsięwzięciu ratowania galaktyki przed Imperium, posługuje się zdobytymi umiejętnościami, by dokonać niemożliwego. 4. Odkrywa w sobie rycerza Jedi, swoje prawdziwe powołanie. 5. Zostaje bohaterem Rebelii. Dalsze dwie części są wariacją na temat powrotu bohatera i jego walki dla dobra wszystkich.
Oglądając Przebudzenie mocy powinniście również wyhaczyć tę strukturę, na którą wiele osób narzeka. Musicie przyznać, że jest ona Wam doskonale znana. Od lat już korzysta się ze wskazówek, które na bazie Bohatera napisali dla twórców inni autorzy (m.in. przewodnik pisania scenariuszy do filmów produkcji Disneya). Tym razem, mamy jednak do czynienia z sytuacją, gdy w nowym filmie nawiązuje się również do kultowej Nowej nadziei i myślę, że pamiętając o tym, można przymrużyć oko na to, co przez widzów odbierane jest jako wtórność i kalka. Zakończmy jednak już ten cały wywód, wiem, że czekacie na zwierzenia.



____
*Nie znaczy to, że realne głębie Gwiezdnych Wojen są tylko radosnym konceptem badaczy. Analizuje się, interpretuje, powołuje na Gwiezdne Wojny, niekoniecznie w pozytywnym aspekcie (krytyka ruchów New Age). Istnieją grupy, które zupełnie na serio uważają się za wyznawców wyłożonej w nich mistyki. W ten sposób popkulturowe zjawisko doczekało się realnego przedłużenia w obrębie innej części kultury (a może to nadal jest jednak popkultura?), mianowicie w religii i jej krytyce.

Opowieść o baśniologu

Podobno Campbell zasiadł do Bohatera myśląc o słowach jednego z bohaterów powieści Sinclaira Lewisa Babbitt. Brzmiały one: "Follow your bliss". Z grubsza można to przetłumaczyć jako "Podążaj za tym, co daje ci szczęście". Pozwólcie, że odbiegnę od tematu. O czym jest Babbitt? Dzisiaj słówko zawarte w tytule, będące nazwiskiem bohatera oznacza osobę, która bezmyślnie stara się wpasować w obowiązujące standardy. Sinclair Lewis opublikował ją w latach 20. XX wieku, odnosząc swoją karykaturę do amerykańskiej klasy średniej, której przedstawiciele mieli ambicje przede wszystkim stać się idealnym konformistą w świecie konsumpcji. Tytułowy bohater to przedstawiciel amerykańskiego drobnomieszczaństwa, który z czasem odkrywa, że jego pełne pozornych sukcesów życie jest puste i bezsensowne. Na Noblu się nie skończyło, bo powieść szczególnego znaczenia nabrała w latach 50. i 60., epoce dobrobytu i buntu młodych i do dziś jest przywoływana, gdy pada temat konformizmu i egzystencjalnego wyjałowienia. Słowa "Follow your bliss" padają w niej jako przestroga, żeby nie stracić z oczu tego, co ważne i żeby iść za tym, co jest naszym przeznaczeniem. Z taką myślą przewodnią Campbell zabierał się za swoje analizy struktury mitu, a Lucas wymyślał historię młodego chłopaka, który stał się rycerzem Jedi. Ja również pewnego dnia odkryłam czym dla mnie są słowa "Follow your bliss". Stało się to wiele, wiele lat temu, zanim zrozumiałam czym jest monomit i zanim w ogóle dotarło do mnie, że życie musi mieć jakiś cel.

O swoje baśniologiczne wynaturzenie posądzam w takim samym stopniu dwóch przebiegłych staruszków, Andersena i Tolkiena, jak i Gwiezdne Wojny. Obraz przemówił do mnie wcześniej i wyrył się w mojej pamięci. Tak naprawdę Gwiezdne Wojny pukały do mnie kilka razy zanim stały się w pełni częścią mojej historii. Gdy byłam dzieckiem, Gwiezdne Wojny często emitowano z okazji świąt, pamiętam przede wszystkim, że to musiało być jakoś w sylwestrową noc, kiedy dzieci zostawały w domu i wyjątkowo oglądały filmy późną nocą (przynajmniej u mnie tak było). Kiedy byłam naprawdę małym człowiekiem i rozumiałam naprawdę niewiele, Nowa nadzieja mignęła mi sceną, gdy X-wingi ustawiają się w swoim szyku bojowym przed finalnym atakiem. Ten obraz, kompletnie dla mnie niezrozumiały, wyrwany z kontekstu zapamiętałam na całe życie. Po raz drugi mignęły mi Gwiezdne Wojny scenami ratowania Lei z Gwiazdy Śmierci. Byłam już trochę starsza, rozumiałam więcej, ale nie obejrzałam całego filmu. Ta sekwencja scen skojarzyła mi się z czymś dziwnym i przyciągającym jakąś tajemnicą, istnieniem świata poza mi znaną rzeczywistością, który wydaje się tak realny, że nie potrzeba zbyt dużego wysiłku wyobraźni. Przez kilka lat powracałam do tych scen w swojej pamięci, chociaż nie wiedziałam z jakiego filmu pochodzą. Lubiłam historię starożytną już w podstawówce i byłam fanką mitologii greckiej. Było to w czasie, gdy oglądałam serial animowany Ulisses 31 i w mojej głowie wymieszały się ze sobą Gwiezdne Wojny z Atlantydą, starożytni Grecy latali sobie w kosmosie i dokonywali heroicznych czynów i wszystko było w porządku. Tak się zdarzyło, że uczestniczyłam w olimpiadzie matematycznej na szczeblu wojewódzkim i w ramach przerw, w stołówce jednej ze szkół, serwowano nam posiłek. Ogromy hałas, bo dzieciaki potrafią, stos drożdżówek i rozlany owocowy kompot. W stołówce był też duży telewizor. Nowoczesny. Były to czasy, gdy raczej nie kupowano takich do prywatnych domów, podejrzewam, że szkoła kupiła go w celach edukacyjnych. W tym całym wrzasku i pisku nie było słychać dźwięku albo może był wyciszony - C3PO i R2-D2 przemierzali właśnie pustynię jak śmieszny tandem z niemego kina. Nie wiem, co mnie wtedy tak oczarowało. Może surrealistyczna sytuacja, gdzie futurystyczne robociki na ekranie telewizora wydawały się aniołami spokoju - wokół fruwały słodkie bułki, wszystko się kleiło, młodociani geniusze matematyczni, spuszczeni ze smyczy, zachowywali się jak żarłoczne zwierzaki. Do dziś oglądając sceny z Tatooine czuję smak wyschniętej drożdżówki. Tego dnia zawaliłam olimpiadę. Za oknem rozciągał się cały świat, którego nie znałam. Pełen błękitnego nieba, świeżo skoszonej trawy, piaszczystych dróżek w lesie. A mnie tam nie było. Pełne zainteresowanie naukami ścisłymi nigdy nie wróciło, bo przyciągało mnie, mimo pewnych zdolności, coś zupełnie innego.

W szóstej klasie podstawówki zaczęłam znosić nałogowo do domu kasety VHS. Miałam tak, jak nieco wcześniej (i chyba z tego nie wyrosłam, chociaż to już nałóg kontrolowany) z książkami. Kaseta za kasetą. Pewnego dnia odkryłam, że moje enigmatyczne X-wingi, kosmiczna Atlantyda i surrealistyczne roboty na pustyni (co roboty robią na pustyni?) mają jedno imię i odtąd mój świat się zmienił. Pamiętam tylko brodatego Obi Wana na okładce kasety z tego pierwszego pełnego seansu. Pamiętam, że poczułam jakby ktoś nakręcił film specjalnie dla mnie. Tego lata, w moje urodziny pojawiła się Inwazja Mocy, taka objazdowa impreza RMF FM i ja uznałam to za znak z nieba przeznaczony specjalnie dla mnie. Chciałam być Hanem Solo. W mojej głowie zaroiło się od scenariuszy opartych o poboczne wątki trylogii, wymyślałam ciągi dalsze i części poprzedzające oraz alternatywne wersje, czyli robiłam po cichu to, co dziś młodzi ludzie robią publicznie nazywając to fanfikami. Byłam typowym fangirlem tego uniwersum. Jakiś niewielki, heretycki odłam, margines nawet wśród tych, którzy fanfikują, przenosi takie młodociane fascynacje w poważniejsze rejony. Niektórzy kręcą filmy, niektórzy piszą (jeszcze jest nadzieja!), a niektórzy grzebią u samych korzeni zjawiska. Ja wybrałam to ostatnie, bo nie mogłam być Indianą Jonesem (to druga moja dziecięca fascynacja), a bycie badaczem kultury przypomina nieco poszukiwanie skarbów.





***

Do poczytania:
  • Remigiusz T. Ciesielski, Metamorfozy maski: koncepcja Josepha Campbella, Poznań 2006
  • W. Żurek, Od struktur mitologicznych w filmie do fenomenów religijnych w rzeczywistości społecznej na przykładzie Gwiezdnych Wojen George'a Lucasa, Ex Nihilo, 2009, nr 1 
  • Dawno temu w Galaktyce Popkultury, red. Albert Jawłowski, WAiP, W-wa, 2010 (zwłaszcza ciekawy tekst Jerzego Prokopiuka Gnostycki świat Gwiezdnych Wojen)
Źródła zdjęć niewymienione w podpisach:
http://www.axn.pl
themetapicture.com  
http://star-wars.pl

8 komentarzy:

  1. Cudowny wpis! Przez moment znów poczułam się jak dzieciak oglądający Star Wars z wypiekami na twarzy. Tak bardzo potrzebujemy takich opowieści, a kino zatapia je obecnie w ogromnej ilości efektów. Najnowszych Gwiezdnych to co prawda nie dotyczy, ale i tak czegoś mi zabrakło albo to po prostu starość (albobwiem już brak Hana, fanką tego czarnego nowego charakteru nie jestem).
    Pozdrawiam, Megg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ale Han Solo przecież jest :D Rozumiem, chodzi o chemię między widzem i postacią. Możliwe, że mi wystarczy chemia między bohaterami. Relacje trochę zbyt szybkie, ale warunki ekstremalne, można wybaczyć. I obyło się bez wymuszonego romansidła.

      Efekty, moim zdaniem, też są "przezroczyste" w Przebudzeniu. Nie zabiły historii. No i znów mamy to zakurzone, zdezelowane uniwersum pełne rupieci przeszłości - tak mi tego brakowało!

      Usuń
  2. O rozkadaniu SW na czynniki pierwsze i analizowaniu historii pod względem tych najbardziej podstawowych, baśniowych wątków czytałam juz nie raz, ale i tak cudownie się Twój wpis czytało. Dużo w nim ciepła i zapału:)

    Mimo to SW space opera bym nie nazwała, rezerwuję ten temrin dla seriali - Star Trek jest klasyczną space opera, SW to głównie seria filmów. Co więcej, ostatnio ciągle jestem poprawiana przez mojego lubego, że SW to wcale nie jest science fiction! A dlaczego? Bo sf to świat przyszłości, a filmy Lucasa zaczynają się od słów "dawno temu w odległej galaktyce". To nie jest przyszłość, a co za tym idzie, to stare dobre fantasy. Dla mnie to ciągnięcie za słówka, bo statki kosmiczne równa się sf, jednak te księżniczki i zacni rycerze to też bardzo wyraźny znak nakierowujący na fantasy, jak wspomniałaś.

    Co do Hana Solo. To taka postać jak książę złodziei, zbój o kryształowym sercu, których też pełno w podaniach i baśniach:)

    Przebudzenie mocy mnie zachwyciło swoim powrotem do korzeni i wcale mnie nie razi powielanie podobnej fabuły. Byłam trzy razy w kinie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dotąd dwa razy, ale myślę, że pójdę i trzeci raz. Powrót do dzieciństwa, taki całkowity, nie tylko sentyment, bo to jest taki sam film, jaki zaserwował mi Lucas, gdy byłam spragnionym cudowności dzieciakiem :D Wybaczam wszystkie niedociągnięcia i tak dalej. Naprawdę nie jest już łatwo sprawić, że "zawieszę niewiarę" :D

      Kiedy znajomi prosili mnie o taki wpis, broniłam się tym, że jak chcą to sobie poszukają dobrych i złych tekstów na ten temat, bo ja naprawdę mam już niewiele do dodania skoro, jak wspomniałam, są i książki o filozofii w Gwiezdnych Wojnach. To jest taki fenomen w popkulturze, że naprawdę niewiele poza podobało/nie podobało da się od siebie napisać, więc poza absolutnymi podstawami raczej uruchomiłam własne emocje. Naprawdę wiele zawdzięczam właśnie temu filmowi. To nie było tylko dziecięce zauroczenie. Zdałam sobie sprawę z tego, gdy w kinie, zupełnie niespodziewanie dla mnie oczko mi się załzawiło, gdy do góry poszły kosmiczne napisy wprowadzające :D

      Usuń
    2. Też się popłakałam na napisach, nie jesteś sama, tulę :D
      A jeśli chodzi o space opera, to nie było właśnie tak, że najpierw rezerwowano to dla "widowiskowych" filmów o kosmosie, analogicznie do tradycyjnej opery, a dopiero my kojarzymy to z kwestią odcinków - soap opera?

      Dobrze mi zrobiłaś tym wpisem, chyba potrzebowałam tego w zalewie recek.
      Emi

      Usuń
    3. Emi, ale mnie nie trzeba tulić, wręcz przeciwnie, to było bardzo radosne doświadczenie :)

      Jeśli chodzi o space operę to było tak (nie chciałam już rozwijać dygresji we wpisie, wiadomo :D ) - kiedy termin przyjmował się w użyciu, czyli w latach 40. odnosił się on do współczesnych oraz produkowanych dekadę wcześniej zjawisk. Nie chodziło przy tym głównie o kino, ale o literaturę i komiks. Takim typowym przykładem z tego czasu jest Flash Gordon czy cykl Fundacja Asimowa (na której Lucas się również wzorował).

      Jako termin amerykański zazwyczaj space opera definiowana jest jako "adventure science fiction story". Odnosił się ten pojęciowy wygibas nie bezpośrednio do muzyki, ale do wcześniejszych ironicznych określeń westernów "horse opera", które to z kolei pojęcie wprowadzono jeszcze wcześniej, zanim w ogóle kino się pojawiło, na określenie widowisk, gdzie występowały, hym, konie :D Tu już pojawia się odniesienie do opery (ironiczne), wiadomo. Podobnie, zresztą, jak w soap opera. W obu wypadkach (space/soap opera) chodzi o wywoływanie u widza emocji, spore stężenie melodramatyzmu lub widowiskowość jako główne środki. Tak ten termin rozumiano prześmiewczo, ale podana Fundacja jest przykładem, że można odnosić ten termin do tworów z czasu, gdy zaczęto się tym terminem posługiwać, zupełnie poważnie i bez złych intencji. Odcinkowość, to, że chodziło tu o pewną serię (do czego Tucker się odniósł, odwołując się do radiowych wtedy soap operas), cykl mają na początku mniejsze znaczenie, ważniejszy jest, jakby to ująć sam "klimat". To dlatego zanim Gwiezdne Wojny stały się trylogią już zaczęto określać je soap opera. Chodziło głównie o to samo, co w przypadku nazwania ich Kinem Nowej Przygody - redefinicję gatunku z przeszłości i nostalgiczne odniesienie się do przedwojennej popkultury amerykańskiej. Jak napisałam, być może kiedyś skuszę się na wpis o tym właśnie zjawisku ;)

      Terminy związane z popkulturą mają to do siebie, że się zmieniają razem z nią. Podobnie jak Hadynka, uważam, że dziś określanie Gwiezdnych Wojen space opera jest nieco nieodpowiednie, bo nam kojarzy się ten termin głównie z serialami/trybem odcinkowym, np. ze Star Trekiem. To też się zmieniło. Dzisiaj też inaczej patrzymy na Gwiezdne Wojny, bo to już jest dla nas nostalgia, tak, samo, jak dla Lucasa były nim komiksy z dzieciństwa itp.

      Usuń
  3. To ja jestem jednym z tych namawiaczy. Tak marudziłaś, a wpis znakomity. Przypomniała mi się jakaś rozmowa o filmie Burtona, myślałem że nie lubię, ale uświadomiłaś mi, że chyba oglądałem z nieodpowiednimi ludźmi, trzeba było z Absyntem. Tak samo teraz, słuchaj, uwielbiam Star Wars, to jest taka legenda mojego dzieciństwa, ale tak mnie zadziwiają nadinterpretacje i doszukuwanie się głębi w czymś co jest przygodą w kosmosie po prostu (ta książka o filozofii, powiesz?) Muszę jednak zmienić podejście, bo w tym co napisałaś cos jest, w Star Wars jest coś takiego, to nie jest taki zwykły film, coś w człowieku budzi. Pomijam tę syfiastą trylogię Anakina.
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Syfiastą bym tej trylogii nie nazwała, ale miała ewidentne braki, to prawda ;)

      Miałam na myśli tę poczytną księgę: http://www.amazon.com/Star-Wars-Philosophy-Powerful-Possibly/dp/0812695836
      Są oczywiście inne prace (zajrzyj do malutkiej bibliografki na końcu wpisu), w 2013 roku była konferencja we wrześniu organizowana przez Koło Trickster na Uniwersytecie Wrocławskim, Kultura Gwiezdnych Wojen. Moim zdaniem to jest raczej medium (konfy, artykuły itd.), żeby powiedzieć jeszcze coś inspirującego pod kątem mitu w tej sprawie, a nie blog. Stąd moje obiekcje ;) Za to pozwoliłam sobie poczuć to coś właśnie co się budzi w człowieku ;)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.