sobota, 26 grudnia 2015

Japońskie Madonny (galeria miesiąca)

W tym roku nietypowo, bo zamiast (przed)świątecznego kiczyku goszczę u siebie japońskie przedstawienia Marii z dzieciątkiem. Może Was to zdziwić, bo nie będąc chrześcijanką, nie przykładam w tym okresie, mającym wiele nie tylko chrześcijańskich konotacji, większej wagi do tych właśnie związanych z katolickimi obchodami (obchodzę przesilenie i Gwiazdkę, a nie Boże Narodzenie). Poza tym, z pewnością mam jeszcze wiele do powiedzenia na temat japońskiej kultury, więc czemu Madonny? Po prostu mnie urzekają. Ideał subtelnego kobiecego piękna obecny w japońskiej sztuce nabiera w tych wizerunkach szczególnego znaczenia. Czasami jest tak, że coś, co doskonale znamy z kultury, która nas otacza nabiera nowego wyrazu w innej kulturze. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi doświadczycie takiego właśnie przeżycia.



czwartek, 17 grudnia 2015

Zimowe widoczki Sophusa Jacobsena

Czas na klasyka miesiąca wśród artystów tygodnia. Dziś klasyk niezbyt klasyczny, bo mogę się założyć, że niewielu z Was, drodzy czytacze, kojarzy jego norweskie nazwisko. Jacobsen jest jednak dobrym reprezentantem (i dość przeciętnym twórcą, nie żadnym tam geniuszem) romantyczno-realistycznego malarstwa pejzażowego, które utrzymało się przez cały wiek dziewiętnasty aż do początku wieku dwudziestego. Kiedy z nieco ponurego pejzażu usuniemy majestatyczną grozę, pozostawiając jednak gotycyzujące ramiona nagich drzew, a dodamy sporą dawkę śniegu, otrzymamy takie właśnie zimowe zmierzchy w stylu Jacobsena. Czemu on? Kojarzy mi się z zimą na wsi i ze starymi obrazami z domu Babci. Bardzo brakuje mi też tego niesamowitego nastroju, gdy szybko kończący się zimowy dzień zapada się miękko w chrupiące nocne szelesty śnieżne. Nie da się tej atmosfery podrobić w żaden sposób. Żadne pierniczki, żadne choineczki nie dadzą rady. Niestety, możliwe, że w tym roku świąteczny okres znów nie będzie biały...

sobota, 12 grudnia 2015

Lizzie Siddal - modelka, muza, malarka

Właśnie w takiej kolejności o niej zazwyczaj pamiętamy. Bardzo długo zastanawiałam się czy umieścić Lizzie Siddal wśród artystek miesiąca. Jej twórczość jest dość tajemnicza (nawet zdobycie niezłych zdjęć jej ilustracji do wpisu nie jest tak łatwe, jak w przypadku innych artystów). Przede wszystkim jednak jej artystyczne osiągnięcia zawsze pozostaną w cieniu biografii. Pomyślałam jednak, że jej życie odsłania przed nami również istotną prawdę na temat sztuki kobiet w przeszłości. Co prawda, Lizzie bardziej jest legendą niż reprezentantką ówczesnych twórczyń, niemniej jej biografia odsłania wiele wątków, które pokazują, że rola kobiet w sztuce, gdy ich twórczość była marginalizowana, miała wiele ciekawych odcieni. Bycie modelką, a już zwłaszcza bycie muzą mogło nie być wcale dużo mniej znaczące w takich warunkach niż malowanie samemu i taki jest punkt wyjścia mojego wpisu. Sądzę, że bez Lizzie nie powstałyby tak piękne i fascynujące dzieła, jak Ofelia Millaisa czy Beata Beatrix Rossettiego, bez względu na to, jak bardzo utalentowani byli ich twórcy. Z drugiej strony, możemy też przyjrzeć się ciemnej stronie pochłonięcia kobiety przez sztukę, bo mam wrażenie, że w przypadku Siddal właśnie do tego doszło. W paru ostatnich postach o sztuce pojawił się wątek małżeństw artystów. Dzisiejszy wpis będzie z nimi wyraźnie kontrastował. Taka forma współpracy i kreowania twórczej atmosfery bardzo pomagała artystkom w czasach, gdy sztuka kobiet była o wiele rzadszym zjawiskiem niż dziś. Czasami jednak zwodziła na manowce...





niedziela, 6 grudnia 2015

Co tam słychać u krasnoludków?

Serio pytam. Widział się ktoś z nimi ostatnio? Nie? Ale jak to! Od tak dawna mieszkają w pobliżu siedzib ludzkich, pomagają nam, zwłaszcza zimą, a my zwyczajnie o nich zapominamy? Nie godzi się. Będę altruistką i dziś w mikołajkowym nastroju oprowadzę Was po świecie krasnoludków. Serio, serio.



zapomniane krasnoludki niech też mają coś z życia :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Sztuka sielskiego życia według małżeństwa Larssonów (artyści tygodnia)

W grudniu wybieram ilustratora vintage, który będzie nastrajał mnie przytulnie, świątecznie, domowo. W zeszłym roku była to Tasha Tudor. W tym roku początkowo chciałam poświęcić wpis jedynie Carlowi Larssonowi, ale doszłam do wniosku, że to naprawdę nietakt z mojej strony, który zraniłby Karin do żywego. W twórczości Carla, jakkolwiek dość oryginalnej, urzeka przede wszystkim błogi nastrój rodzinnego życia oraz domowe pielesze, których twórczynią jest właśnie jego żona. Przyznajcie - bez tych uroczych wnętrz ilustracje nie przyciągałyby aż tak bardzo uwagi.

Carl Larsson, Blomsterfönstret, 1894