niedziela, 22 listopada 2015

Rozpraszając listopadowe ciemności...

Najbardziej paskudny miesiąc w roku. W listopadzie zawsze choruję na listopad. Jakoś muszę przetrwać ten czas. Przywołuję dzieciństwo i nastolęctwo zdjęciami z teraźniejszości. Po pierwsze, las. Zapach szyszek. Żywica - lepkie, słodkie krople stygnącego słońca, białe na brzegach. Szelest liści, gdy mocniej wiało. Jesienią las wydawał wtedy z siebie pomruk, jakby był zły, że wiatr budzi go ze snu. 





Las. Królestwo grzybów. Śliskie, brązowe kapelusze z przyczepionymi igiełkami. Małe pajączki i ślimaki. Rozmowy ptaków, tropy zwierząt, drobne roślinki między starymi pniami drzew. Łąki. Pajęczyny. Zwłaszcza po deszczu. Płowiejąca z dnia na dzień zieleń. Kamyki o różnych kształtach. Najpiękniejsze, gdy są rozłupane. Skamielinki. Gnijące liście i blade niebo między gołymi konarami. Stada wron. Wilgotne zimno ciągnące od wody. Na większości zdjęć z mojego dzieciństwa jest las, łąka, jeziora. Przyroda była towarzyszką moich zabaw. 


3 albo 4 latka


Winogrona. Cierpkie kuleczki z łatwo odchodzącą, ciemnofioletową skórką. W środku przezroczyste, jakby były zrobione z gąbczastego szkła. Legiony mrówek kroczące po łuszczących się łodygach. Duże liście, przez które słońce prześwieca na idealnie absyntowo. Do dziś, gdziekolwiek spotkam się z pnącą winoroślą, czy to u mnie, w Piernikowie, czy nadal w domu rodzinnym...




Secesja i kamieniczki z początku XX wieku. Jeszcze w liceum zdarzało mi się siadać samotnie na ławce w pobliżu ogólniaka, zwłaszcza w porze lekcji religii, na którą nie chodziłam i wyświetlać w głowie obrazy miasta sprzed pierwszej wojny światowej, bo niedaleko był cmentarz i stare budynki. To była taka moja miła obsesyjka.



Kolor żółty i głęboka morska zieleń. W sumie nie wiem czemu, ale to połączenie barw wydaje mi jednocześnie przytulne i uroczyste. Ma w sobie coś odświętnego. To kolor świętych obrazów, złoto i błękit, gdy mają już swoje lata. Nie chodziłam na religię, uwielbiałam stare kościoły i cmentarze. Ich ciszę, gdy nikogo nie było w środku. Półmrok. Zapach kadzidła.



Gitara. Był taki czas, gdy leżąc na trawie, patrząc w nocne niebo, słuchając koncertu w amfiteatrze nad jeziorem (nieważne co, ważne było samo to, że dźwięk się niósł wodą przez noc, że gwiazdy, ciepłe, letnie powietrze...), chciałam związać swoją przyszłość z muzyką, na co zapowiadało się od bardzo dawna. Zupełna ulotność, czyste, lekkie jak puch marzenie. Mimo jakiś tam zdolności, mimo miłości do muzyki nigdy nie miałam w sobie motywacji do tego, żeby zabrać się za to poważnie. Nie żałuję, bo byłabym w tym naprawdę kiepska.



Dzwonki i wrzosy, a właściwie ich barwy. Kolory, które kojarzą mi się z późną jesienią. Lubiłam po lekcjach posiedzieć trochę na drewnianej huśtawce w ogrodzie rodzinnego domu zanim weszłam do środka. Nawet, gdy siąpił deszcz. Myślę, że dziś życie już mnie aż tak nie zachwyca. Zbyt jestem zajęta wszystkim i niczym.





Liście. Rzecz oczywista jesienią. Mam takie przyzwyczajenie, ciągnące się za mną właśnie od dzieciństwa - zasuszam listki między kartkami czytanych książek. Częściej niż kwiaty.





Dzieciństwo to taki czas, gdy wszystko było prostsze. Świat był, wbrew pozorom, większy, bardziej tajemniczy. Nie skurczył się jeszcze do rozmiarów serwisu informacyjnego. Ciężko było wierzyć w zło i śmierć. Wystarczyło trochę wyobraźni, żeby oswoić każdy temat. Ciałko może drobniejsze, ale jakby mniej zużyte i przed nim przyszłość, nie przeszłość za nim, a gdy się pochorowało, to Mama przynosiła ciepłą herbatę, leżało się w pachnącej świeżością pościeli i czytało. Miałam ogromną pierzynę i uwielbiałam robić z niej góry, doliny, tajemnicze jaskinie, po których przemykały hordy wyimaginowanych bohaterów.

Chciałabym wrócić. Nawet na jedną, malutką chwilkę.


Nie będę Was (tym razem) męczyć swoją twarzą. Jeśli ktoś reflektuje na więcej Absyntu w w wersji prywatnej (i z twarzą), zapraszam tu: https://www.instagram.com/absyntowa/

2 komentarze:

  1. Jaki piękny post, wspaniale było poznać fragment Twoich wspomnień z dzieciństwa :) Ja moje dzieciństwo w dużej mierze kojarzę z jednym parkiem, który był niedaleko naszego mieszkania, a do którego codziennie zabierała mnie babcia - kiedy chodziłam do liceum, zawsze specjalnie nadrabiałam drogę, byle tylko przejść przez ten park i móc znów poczuć tę beztroską atmosferę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy ma taki skrawek dzieciństwa związany z jakąś "zieloną" przestrzenią. Podejrzewam, że nawet mieszkańcy naprawdę dużych miast znajdują gdzieś zdziczały, pełen tajemnic teren ;)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.