sobota, 31 października 2015

Halloween i Wszystkich Świętych - Celtowie, Rzym, chrześcijaństwo

Od jakiegoś czasu miałam ochotę na taki wpis nieco może encyklopedyczny, na swój sposób "ekumeniczny", a dla szerokich mas społecznych, utożsamiających ze sobą (niesłusznie) Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, nawet erudycyjny ;) Pod koniec października i na początku listopada mamy w Polsce niezły bałagan. Stare zwyczaje mieszają się z nowymi, te świeckie z chrześcijańskimi, przebija przez to jeszcze pradawna pogańskość, a nawet przyzwyczajenia przeniesione z czasów komunistycznych, do tego wszystko okraszone wzajemnym hejtem. Chciałabym zaprosić Was dziś w pojednawczą podróż daleko w głąb dziejów, do czasów, zanim Halloween jakie znamy (a niektórzy hejtują) dotarło na ziemie słowiańskie, ba, zanim Halloween jako takie się w ogóle pojawiło. Nie będziemy grzebać w słowiańskiej pradawności, ale zajmiemy się celtyckością. Tą dziką i tą oswojoną.


wtorek, 27 października 2015

Barry Moser - drzeworyty grozy (artysta tygodnia)

Szukałam artysty, który dobrze wpisałby się w klimat przełomu października i listopada. Przypomniałam sobie o istnieniu pana Mosera, pisząc zeszłotygodniową notkę o artystce miesiąca ;) Po pierwsze, drzeworyt. Trudny kawałek sztuki. Zwłaszcza taki "surowy", jak w tym przypadku. Ciężko tu o gładkie piękno, urok, więcej miejsca za to na siłę, ekspresję i mrok. Dużo mroku (a więc jest i "po drugie"). Tu ciemność żyje i oddycha. Wcale nie jest łatwo tak zagrać płaszczyznami czerni i szarości, żeby wydobyć z tych cieni odpowiednią dynamikę i przykuć uwagę. Widziałam wiele prac, gdzie, niestety, pojawia się przy takiej okazji chaos. Oszczędność wyrazu to, niestety, czasami konieczność wyrzeczenia się groteskowych efektów, które uwielbiają towarzystwo nadmiaru i malowniczej brzydoty - panu Moserowi jednak się udaje bez takich ucieczek. Zapraszam na małą przechadzkę po światku, gdzie nawet Biblię da się nasycić apokaliptycznym czarem i melancholią.

Dracula


niedziela, 25 października 2015

Jesienny kiczyk

Zgodnie z zapowiedzią, w październiku czas na sezonową galerię sentymentalnego kiczyku. Co my tu mamy? Liście, wiadomo. Spacery. Deszcze. Stwory leśne (rym?). No i halołiny. Cokolwiek myślicie o tym, coraz powszechniej przyjmującym się u nas, zwyczaju, musicie przyznać, że pocztówki i obrazki okolicznościowe z przeszłości mają swój czar.


czwartek, 22 października 2015

Czarci Ostrów. Wielki zbiór podań ludowych z Mazur

Moi rodzice mieszkają na pięknych Mazurach, więc raz na jakiś goszczę tam i ja. Głównie w celach towarzysko-wypoczynkowych. Tym razem, we wrześniu, przywiozłam ze sobą pamiątkę - w połowie narzędzie relaksu (czytelniczego), a w połowie przydaś do  zupełnie poważnej pracy. Jest to pierwsza (na mojej folklorystycznej półce), książka z serii Moja Biblioteka Mazurska. Czarna, dość stylowo wydana księga kryje ponad trzysta stronic zapisanych diabłami, kłobukami, olbrzymami, marami, topnikami, wiedźmami i tajemniczymi skarbami. Chciałabym Wam nieco przybliżyć ten zbiór i stąd osobny wpis. Sądzę, że do folkloru mazurskiego jeszcze tu z wielką radością wrócę tak, jak przyjeżdżam od czasu do czasu na Mazury.



wtorek, 20 października 2015

Kwiatki Mary Moser (artystka miesiąca)

Wspominałam już kilka razy, że artystki miały pod górkę, jeśli chodzi o wybór tematyki swoich dzieł. Jednym z najpopularniejszych "kobiecych" tematów są kwiaty - zarówno jeśli chodzi o rysunki botaniczne (gościły u mnie Maria Sibylla Merian i Beatrix Potter), jak i martwą naturę. Wiele artystek specjalizowało się w tego typu malarstwie. Jedną z najbardziej znanych była Mary Moser, której kariera przebiegała tak pomyślnie, że nie tylko stała się jednym z najbardziej docenionych angielskich artystów swego czasu, ale również została żeńskim członkiem (sic!) założycielem Akademii Królewskiej. 


niedziela, 18 października 2015

Dziewczyna przemieniona w kruka (1)

Nie mam pojęcia jak to się stało, ale napisałam właśnie (a może raczej pisze mi się) pierwszą w życiu baśń. Możliwe, że każdego baśniologa wcześniej czy później dopada taka potrzeba. Zupełnie przypadkiem, w ramach instagramowania, zrobiłam zdjęcie. Jego jakość jest godna pożałowania, ale robiąc je, myślałam o baśni* Kruk braci Grimm i po prostu wena mnie połaskotała. Fabuła jest oparta o ten właśnie utwór. W mojej głowie wyświetliły się też obrazy przedstawiające mit o Demeter i Korze i tak powstały zarysy mojej wersji baśni o kruczej dziewczynie. Jest w niej wiele wątków z innych opowieści, mitów, na pewno je rozpoznacie i mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić, czytając. Baśń będzie w odcinkach, bo po pierwsze, długa, po drugie, właśnie siedzę i piszę, a chciałabym fragmentem podzielić się od razu. Po trzecie, dziś poleci w świat jako twór żula polonistycznego i bezprzecinkowca, potem trzeba będzie sypać głowę popiołem, więc wolę nagrzeszyć w pośpiechu jak najmniej. Moja baśń mocno odróżnia się od tych klasycznych i jest naprawdę mroczna (nie żeby te klasyczne nie były, tylko ta moja bardziej idzie w stronę surowej nordyckiej sagi, jak sądzę, niż gore w stylu Grimmów). Zaczynamy? 



Radość w królestwie! Królowa urodziła dawno oczekiwane dziecko. Dziewczynka była śliczna i zdawało się, że zdrowa, bez wad, a nawet więcej: była dzieckiem tak żywotnym, że w duszy pięknej matki, kryjącej swe uczucia od dawna, zrodziła się jawna niechęć wobec córki. Wiele razy musiała wstawać w nocy, by karmić dziecko i zajmować się nim za dnia, bo tylko przy niej się uspokajało i tylko jej pokarm piło chciwie. Dusza matki z każdym dniem coraz bardziej stygła, a razem z nią kurczyło się i zamierało serce dziewczynki. Było już tak drobne i kruche, jak różyczka, którą zabije pierwszy pocałunek zimy, gdy późną jesienią północny wiatr wyje między wieżami zamku.

W jesiennym lesie (galeria miesiąca)

Malarska galeria październikowa to podróż do lasu pachnącego igliwiem, grzybami, wilgocią. Tu muchomor, tu ruda kita śmigająca po gałęzi, tam spadające szyszki i szelest liści pod nogami. Pod koniec miesiąca las będzie już zapadać w sen. Konary ogołocone z czerwieni i złota, mgła snująca się w dolinkach, szepty listopadowe.

Thomas Moran (1837 - 1926), The Autumnal Woods/Under the Trees, 1865

czwartek, 15 października 2015

Gołe tyłki, poważni trefnisie i tajemnica, czyli Velázquez w "Walce kotów" (imaginarium)

Wpis miał się pojawić jeszcze w sierpniu, ale cóż, nie wyszło... Dawni mistrzowie są jednak bardzo cierpliwi, więc Velázquez mi wybaczy. Pomyślcie o tym całym rytuale pigmentów i pędzli. O wielogodzinnym wykańczaniu płótna. W dzisiejszym świecie pełnym pośpiechu i natłoku bodźców aż dziwnie się o tym myśli, a wciąż są ludzie, którzy malują wedle prawideł starej szkoły. O Velázquezie wspomniałam przy okazji ostatniego wpisu literackiego - TU. Cała afera w Walce kotów krąży wokół bliźniaka sławnego obrazu, na którym widnieje pewna ponętna pani. Słynne płótno, chociaż fizycznie nieobecne, panuje niepodzielnie w tej powieści, więc musimy poświęcić mu chwilkę. Venus wydaje się być obrazem niedokończonym. Zagadka, w którą spowita jest naga dama z tego dzieła, nakręca bieg wydarzeń w powieści. Pozornie wszystko na wierzchu, pozornie wszystko jasne, a jednak twarz w lustrze traci konkretne rysy. Kogo ukrywa? Czy stoi za tym tajemnica alkowy i sensacyjne dzieje romansu między modelką i artystą?

Diego Velázquez, Venus del espejo, 1647–51

wtorek, 13 października 2015

Czarujący George Barbier (artysta tygodnia)

Nie wiem jakim był człowiekiem, niewiele w sumie wiem o nim jako o artyście. Myślę, że czas nadrobić braki w wiedzy dotyczącej stylu art déco. Kiedyś nie przepadałam, ale obecnie coraz bardziej mnie przyciąga. Ten styl przerażał  mnie swoją zimną elegancją, wyszukanym luksusem, wdziękiem opartym o wystylizowaną, antyczną figurę. Ilustratorzy tego okresu czasu tworzyli dziełka, które przetrwały próbę czasu, bo tak naprawdę art déco, jako określenie zbiorcze tendencji w sztuce, zwłaszcza użytkowej, pierwszego, drugiego i trzeciego dziesięciolecia XX wieku przyjęło się w latach późniejszych. George Barbier był artystą i projektantem mody. Tworzył kostiumy teatralne, baletowe, projektował biżuterię, szkło, tekstylia. Współpracował z Niżyńskim, Rudolphem Valentino i Folies Bergère.


niedziela, 11 października 2015

Powitanie jesieni

Wrzesień ciepły, nawet upalny, trochę deszczu, który zapowiadał już jesień. Słoneczna końcówka miesiąca na Mazurach. Potem październik i nastały chłody. Koty w kocykach, Absynt w kocyku. Wrzosy, pierwsze jesienne liście, niskie, czerwone słońce. 


wtorek, 6 października 2015

Renoir i Cagnes-sur-Mer (artysta tygodnia, spacerologia po domach artystów)

Bardzo lubię impresjonizm i impresjonistów, chociaż trzeba przyznać, że dziś to malarstwo wydaje się być już banalne. Ot, widoczki. Tak naprawdę, jeśli się bardziej zagłębić w temat jest jednak fascynujące. Podróżowałam niedawno koleją i za oknem migały takie właśnie wczesnojesienne widoczki. Zrobiłam mały myślowy eksperyment, próbując sobie wyobrazić jak te krajobrazy malowaliby impresjoniści. Dla nich najważniejsze było światło i kolor. Chcieli malować to, co rzeczywiście widzimy, a jednocześnie szukali esencji, która pozwoli wykreować na płótnie te same wibrujące fale barw, które nasze oczy łączą w spójny obraz. Zadanie wciągnęło mnie bez reszty i okazało się bardzo relaksujące. Myślałam o tym, jakich użyłabym kolorów, jakich pigmentów i wszystko okazywało się świeże, inne, niespodziewane. Nic nie jest oczywiste. Absolutne. Wszystko płynie. Cienie nie są czarne ani nawet granatowe. Zależnie od tego, na jaką powierzchnię  padają, taki mają odcień. Banał? Spróbuj to uchwycić! To dlatego impresjoniści tak maniakalnie malowali śnieg. Złociste jeszcze pola, zielona trawa, niebieskie niebo? Nie! Pola o poszarpanych brzegach w odcieniu różu, z zielonkawym, zimnym brązem w środku. Fioletowo-turkusowe połacie zamglonego nieba i trawa wibrująca na zmianę odcieniami niebieskiego i przytłumionych rudości. Uwielbiam impresjonizm za tę cudowną magię oderwania się od pojęć, od twardych, nieprzyjaznych krawędzi rozsądnego dyskursu. Dziś w klasyku miesiąca ląduje więc pan Renoir. Żył wystarczająco długo, by najpierw stać się jednym z ojców założycieli impresjonizmu, potem porzucić jego rebeliancką siłę i malować nieco pulchne, przytulne babeczki, a na końcu zobaczyć, że to, co niegdyś odrzucone, stało się "klasyką", której wyzwanie rzucają fowiści czy kubiści. Każdy z impresjonistów na własną rękę szukał sielskości, przeczuwał narastający niepokój cywilizacyjny, który przyniesie XX wiek. Renoir znalazł ją w miękkich, rozmarzonych zarysach kobiecej sylwetki, która często zlewa się z otoczeniem. Powidok naszej naturalnej więzi ze światem przyrody. Przesłodzone? Momentami. To jest jednak radość, proszę państwa, nie zwykła słodycz. Podobno chciał malować "jak zwierzę", ale bardziej malował jakby był znów dzieckiem. Małym chłopcem patrzącym z prostoduszną czułością na drzewa i kobiety.

Femme organiser son chapeau, 1890

niedziela, 4 października 2015

Niedzielna wróżka i zaproszenie na felieton

Porządki na blogu trwają, robią się nowe wpisy, odkurzam też zakopane, które powinny dostąpić łaski edycji i w końcu wyfrunąć w świat. Jeśli o świecie mowa, to zdałam sobie ostatnio sprawę z tego, że ten blog jest jedną z przestrzeni, gdzie buduję taką swoją małą planetę. W planach poprawkowych dotyczących Psota jest też stworzenie bardziej komunikatywnego opisu z czym męczę się już od jakiegoś czasu. Chciałabym w nim ująć również i to, że blog stał się dla mnie dodatkowym, wirtualnym pomieszczeniem Absyntowych Kątów. To z czego składa się moja introwertyczna planeta jest też i tu. Sztuka, baśnie i sentymentalny kiczyk. Nawet koty!

Pogadałam, a teraz po pierwsze, niedzielna wróżka, a raczej trzy w asyście innych stworów. Na jesiennym targu. Jesień to czas obfitości. Nawet drzewa się stroją w złoto i rubiny ;)

 Florence Harrison, Fairy Pedlars
Po drugie, zapraszam również na tradycyjny felieton. Tym razem ani za bardzo o sztuce ani o baśniach. Zmontowałam go z oderwanych myśli fruwających mi po głowie, gdy śmigałam po Instagramie i innych miejscach tego typu.

Zapraszam Was również do przejrzenia całego numeru, może znajdziecie dla siebie coś inspirującego: TU.