piątek, 31 lipca 2015

Z książką na hamaku - lipiec

Cykl wpisów tworzonych tylko w celu porządkowania swojej bibliofilii dorobił się własnego tytułu i koncepcji. No, no! Jak tak dalej pójdzie będę gadać sama do siebie nie tylko poza wirtualem, ale też i tu (w sumie, chyba czasami tak jest). Lecimy.





Z półki

Skończone, czyli recenzyjki

1. Tom 24 z cyklu Świat Dysku, Terry Pratchett, Piąty elefant, tłum. Piotr W. Cholewa,  Prószyński i S-ka 2006

Terry to Terry. Dla kogoś, kto nigdy nie czytał, Piąty elefant mógłby być odkryciem albo też zniechęciłby do dalszych poszukiwań w pratchettowskim uniwersum, bo nie jest to wybitna część cyklu. Opowieści ze Świata Dysku są dla mnie miłą, niezobowiązującą rozrywką, przy której nie trzeba wysilać mózgu. Doceniam popkulturowe spacerki, doceniam kunszt humoru, doceniałabym nieco bardziej zabawy w filozofa, gdybym sama nie skończyła filozofii, za to niezmiernie bawią mnie wszystkie smaczki związane z fizyką, bo nie jest to dziedzina, w której błyszczę jakoś specjalnie wiedzą. Dysk albo się kocha albo ma się gdzieś. Ja należę do tych, którzy kochają. 

Teoretycznie wszystko tu jest na miejscu i jak trzeba. Teoretycznie powinnam też bardzo ten tom polubić, bo ze wszystkich opowieści Dysku chyba najbardziej lubię te ze strażą i przeogromną odczuwam sympatię do Vimesa. Niestety, coś tu nie zagrało, chemii brak. Historia ciągnie się jak śmierdzący ser, nuda jak flaki z olejem. Zresztą, jest tej krwi trochę, jest tych flaczków nieco. Niestety, to tylko taka dekoracja bez większego polotu. Konflikt wilkołaki-wampiry nośny, wiadomo, tu wypada blado, nawet na tle księżyca Überwaldu. Głównym czarnym charakterem jest rozwydrzony młokos, którego naprawdę ciężko się przestraszyć, a zawirowania relacji międzyludzkich ograniczają się w sumie do trójkąta: pewien wyjątkowo samczy wilk - czasami wilcza Angua - zawsze samczy i, o zgrozo, jak się okazuje, czasami wilczy Marchewa. Gdzieś tam biją gromy czystości rasowej i ten wilkołaczy, aryjski zew, ale największą uwagę Pratchett zdaje się poświęcać pewnej szczególnej kuszy. Usypiająca książka z kilkoma ładnymi wybuchami i niezłym uberwaldzkim landszaftem. W porównaniu do następnego, w kolejności cyklu, tomu Łups! z przegenialnymi scenami, gdzie pojawia się "Gdzie jest moja krówka?", dość niemrawy to twór. I Igor nie pomoże.

2. Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953, tłum. Magdalena Zielińska, Marginesy 2015


Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, chociaż nie liczyłam na wielką biografię. Potraktowałam ją jako typowo letnie, nadające się na plażę czytadło i się nie rozczarowałam. Nie znaczy to, że jest po prostu lekka tą typowo letnią lekkością, chociaż przyjemna jak najbardziej. Czytało mi się tak, jak pochłania się arbuzy. Idealna do wakacyjnej torby. Cudownie wpasowująca się w upalne wieczory. Na więcej recenzowania pozwolę sobie na drugim blogu, bo postanowiłam niektórym z czytanych biografii (tym mniej "literackim', a bardziej obyczajowym) poświęcić kącik w tamtym właśnie miejscu. Mogę powiedzieć tylko jedno: sięgnijcie nie tylko, gdy interesujecie się Sylvią, ale też obyczajowością lat 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Jest w tej książce masa szczegółów, sensualne opisy i skonkretyzowana przestrzeń, dzięki której można się zanurzyć w tamtej epoce. I poczuć również lęki, niepokój i dyskomfort trudnych wyborów ówczesnych młodych dziewczyn. Przed tą książką widziałam Sylvię jako indywidualność, teraz stała się dla mnie raczej przedstawicielką całego pokolenia. Wbrew pozorom bardzo to wzbogaciło jej wizerunek, pojawił się dodatkowy wymiar przy interpretacji jej twórczości, którego mi brakowało.

3. Marzena Chrobak


W roku 1936, gdy Europa przeżywa kryzys parlamentaryzmu, Anglik ląduje na obcej, chociaż pozornie już nieco oswojonej ziemi. Oto jeszcze zimowy Madryt, gdzie historyk sztuki ma przed sobą fascynujące, z każdą chwilą coraz bardziej, zadanie bliższego zapoznania się z pewnym zaginionym arcydziełem. Niestety, ekstazę badacza przerywają sprawy, na które nie był przygotowany. Początkowo sceptyczny wobec znaczenia swojej podróży i zainteresowany raczej swobodną obserwacją Hiszpanii, którą umożliwia mu bezpieczna rola cudzoziemca, z czasem wpada w tarapaty i staje przed szczególnymi wyborami. Jego obojętność i chłód, zarówno jako badacza, jak i obcokrajowca giną w narastającym chaosie. Nad Hiszpanią krąży widmo rewolucji, piwnica księcia de la Igualada kryje skarby, a na Anglika czyhają miłość i polityka. 

Anthony Whitelands, owa persona, która powinna nas poprowadzić przez ten labirynt zdarzeń, nie budzi specjalnej sympatii. Poznajemy go jako osobnika o moralności raczej przeciętnej, w porywach kiepskiej. Już w pierwszych akapitach bez ogródek informuje się nas, że bohater jest uwikłany w romans z mężatką, grzeszy przeciw starej przyjaźni i do tego, zwyczajnie zmęczony związkiem, postanawia go zakończyć. Zresztą, dotyczy to w zasadzie każdej z postaci, które są tak bardzo "prawdziwe" w swojej podwójności, że musimy być wyrozumiali, jeśli sami nie chcemy wpaść w hipokryzję. Oburzamy się w duchu na dziecięcą prostytucję, na nieuczciwość, na sympatyzowanie z faszyzmem, ale widzimy jednocześnie, jak ludzie starają się sobie radzić w życiu i rozumiemy jego powinowactwo z naszym. Tylko sztuka jest ponad tym. Jej duch unosi się nad opowieścią, ale nie zniża do tłumaczenia sensu tak skonstruowanego świata.

Czytam i jeszcze to potrwa, czyli małe notki

Katarzyna Kwiatkowska, Świat Książki 2014

To grubaśna księga. Jestem w połowie. Trwa u mnie kolekcjonowanie książek z tej pięknie wydanej serii i gaskellomania.

2. Życie Charlotte Brontë, tłum. Katarzyna Malecha, Wydawnictwo MG, 2014

Powróciłam do tej biografii i czytam z innymi pod ręką. Wiele mam pani Gaskell do zarzucenia, ale, z drugiej strony, jej praca jest nie do przecenienia. Eryk Ostrowski w Przedmowie powtarza kropka w kropkę swoje tezy z własnej biografii - można sobie darować.

3. Tomasz Mann, Doktor Faustus, tłum. Maria Kurecka , Witold Wirpszta, Muza 2008

Oto podejście numer dwa, do książki, której ponura okładka wołała do mnie w niektóre ponure wieczory. Kusząc zmyciem ponurych wyrzutów sumienia, że odłożyłam na półkę Wielką Literaturę. Tak, to jest Mann, to jest porządny kawał literatury. Gdy sięgałam po nią po raz pierwszy, wiedziałam, że w tej powieści trzeba zatonąć, bo tak właśnie Mann pisze, narkotycznie, a nie był to odpowiedni moment. Czy teraz jest? Czuję, że tak. Czasami czytanie czegoś, czego główny rdzeń opleciony jest gąszczem dygresji wymaga jakiegoś wewnętrznego wyciszenia, żeby ten wielogłos nie męczył. Czytałam dziś o perłach i jakoś to koresponduje z prozą mistrza, chociaż sama nie wiem jeszcze jak. W dziejach Adriana Leverkühna mają odbijać się dzieje Niemiec. Losy geniusza jako, właśnie, jako co? Lustro, tafla wody, pod którą niezmierzone, nieprzebyte nigdy głębiny, a może właśnie w połowie lśniący, w połowie matowy klejnot, zachwycający, ale jeden z wielu... Sprytny pomysł. Zdecydowanie dla tych, którzy kochają i rozumieją muzykę, tak poza tym. Bez tego lepiej się trzymać z daleka.

I żeby nie było zbyt poważnie:


Nowości, czyli sięgnę wkrótce

Murakami, bo wracam, żeby zrozumieć coś, czego nie zrozumiałam w ostatnio przeczytanej powieści, która częściowo była o pisaniu; bo jak właściwie to jest z pisaniem u znanych pisarzy - powieść, dzięki której Murakami osiągnął sławę, podobno różna od jego innych powieści; no i dlatego, że kolekcjonuję kieszonkowych "murakamich".


Eco, bo Eco.



Secesja, bo secesja. Księga dla kolekcjonerów. Bardzo przydatna rzecz. Poświęcę jej chwilę na drugim blogu, w odpowiednim czasie.



Tablet - w skrócie

Nie licząc tekstów związanych z moimi zainteresowaniami naukowymi -

Literacką babeczkę?
  • Henry Fielding, Przygody Józefa Andrewsa - w ramach odkurzania literatury XVIII wieku (będą wpisy!) i dlatego, że pisarstwo pana Fieldinga ogromnie lubię 
  • Arnold Bennett, Opowieść o dwóch siostrach - w ramach nadrabiania literatury brytyjskiej okresu edwardiańskiego (będą wpisy!) - napoczęte w poprzednim miesiącu
  • , Villette - w ramach brontofilii (brzmi jak określenie choroby...) - jak wyżej

Jeśli interesuje Was, co aktualnie czytam, to mam konto na Lubimy Czytać i czasami strzelam focię i wrzucam na Instagrama. Się polecam!

5 komentarzy:

  1. "Cmentarz w Pradze" to była książka, z którą się bardzo namęczyłam i od tego czasu stronię od Eco, który zresztą i tak nie należał nigdy do moich ulubionych pisarzy. Za to "Walkę kotów" bardzo zachęcająco opisałaś, muszę poszukać. A gaskellomanią też jestem dotknięta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eco bywa ciężkostrawny. Nie wiem, czy to wynika z jego erudycji, bo przegadane książki (w moim odczuciu Eco zazwyczaj na granicy) rzadko dobrze się czyta czy z jego zamiłowania do sztuki maskowania (w której erudycja niewątpliwie pomaga) - zatapianie powieści w epoce. Kiedy czytamy o XVII wieku, na przykład, możemy nie być gotowi na traktat filozoficzny w duchu epoki ;) Tego typu historie.

      W przypadku Walki kotów nieco nużące mogą być fragmenty dotyczące bezpośrednio kwestii politycznych.

      Usuń
  2. Och, "Doktor Faustus" <3 Czytałam bardzo dawno temu, ale pamiętam, że byłam nim zachwycona! Chociaż na muzyce nie znam się wcale, co dość znacznie utrudniało mi lekturę. Ostatnio czytałam z kolei "Wybrańca" Manna - trochę się tego obawiałam, ale książka ta okazała się naprawdę rewelacyjna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mann jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Lubię smakować jego twórczość. "Znanie się" na muzyce baaardzo ułatwia czytanie Faustusa, myślę, że wiele osób, które nie dały rady (z tego, co widzę na LC jest ich całkiem sporo) sobie z tą powieścią poległo przede wszystkim na tym ;)

      Usuń
  3. Boję się tej książki o Sylvii, choć czuję drżenie jak tylko rzuci mi się w oczy okładka. Nie wiem, mam za sobą kilka fabularyzowanych biografii pisarek (i "mieć za sobą" znaczy tu odrzucić za plecy z obrzydzeniem). W większości to po prostu szmiry żerujące na sensacji, nierzetelne bzdety zbudowane na wątku romansowym albo suicydalnym. Koszmarki.

    Norwegiana Wooda polecam, przepiękna książka, nie do końca Murakamowata, mniej oderwana od rzeczywistości, jedna z moich ukochanych.

    Dzięki za inspirację edwardiańską.

    OdpowiedzUsuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.