czwartek, 23 lipca 2015

O książkach mojego dzieciństwa. Odcinek 1: Seria o losach Ani Shirley

W domach rodzinnych są strychy. Na strychach są skrzynie i kartony pełne wspomnień. Ostatnio przyjechał do mnie ostatni z takich kartonów, chociaż być może coś jeszcze na stryszku się przede mną schowało. Niestety, książki w latach osiemdziesiątych wydawano bardzo biednie. Kiepski klej i zamiast tomiszcza mamy zestaw luźno fruwających kartek. Większość moich dziecięcych lektur podzieliło ten smutny los. Postanowiłam uzupełnić swoją nostalgiczną biblioteczkę tam, gdzie naruszył ją ząb czasu. Wpadłam na ten pomysł czytając o reprintach baśni i książek dla dzieci z dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. Gdzieś tam na pewno czekają na mnie wszystkie zagubione książki mojego dzieciństwa. W nowych wydaniach albo w antykwariatach. Od czasu do czasu w czwartek literacki wypiję herbatkę z moim dzieciństwem. Jeśli chcecie dołączyć, zapraszam!

Lauren Mills (strona artystki)


Kącik powrotów do dzieciństwa

Chciałabym mieć tu taki kącik powrotów do dzieciństwa i chyba już wspominałam więcej niż raz, że zacznę od Ani. Nie tylko dlatego, że jest moją imienniczką, ale dlatego, że bardzo tę postać polubiłam. Moje wybryki nie kończyły się co prawda tak tragicznie, jak jej, ale jednak kochałam rozrabiać. Tak samo, jak w przypadku Ani Shirley całe to rozrabiactwo wynikało nie z chęci zwykłego wygłupiania się, ale z nadmiaru fantazji, a czasami i ze zbyt pochopnego przyjmowania wyzwań. Pewnie sobie tu schlebiam, ale sądzę, że mam dość podobny charakter do Ani, o ile można w ogóle porównać się z postacią literacką. Poza tym w jakimś sensie dorastałam w podobnym miejscu, blisko przyrody, a rozrywki typu wymyślanie sobie nawiedzonego lasu albo nazywanie miejsc w poetycki (wtedy tak sądziłam) sposób należały do mojej codzienności. Bardzo się cieszę, że miałam możliwość spędzić swoje dzieciństwo czytając książki i błąkając się po polach (dziś Dzień Włóczykija, moi drodzy!).

Lauren Mills (strona artystki)
Najbardziej chyba ujmuje mnie jednak w serii o Ani (i w pisarstwie Lucy Maud Montgomery ogólnie) pewna cecha, którą można spotkać w wielu innych książkach z pierwszej połowy dwudziestego wieku i w literaturze dziewiętnastowiecznej. Zwłaszcza tej przeznaczonej dla młodego czytelnika. Poczciwość. Te małe światy nie były przesłodzone i płaskie. Zdarzały się też w nich czarne charaktery (ale nigdy nie mroczne), przykre sytuacje, czasami tragedie. Chce się jednak do tego świata przenieść, zamieszkać w nim, bo jest niezwykle przytulny. Nie chodzi tylko o małe pokoiki, kwitnące drzewa za oknem czy zielone pola, herbatki na angielskiej prowincji, kwieciste sukienki i wiatr we włosach. Bardziej o klimat relacji międzyludzkich. Ludzie są przyjaźni. Uczciwi. Ich dylematy moralne wydają mi się nie pasować do dzisiejszego świata. Może nie jesteśmy wszyscy tacy zepsuci, na pewno nie, ale jednak jak śmiesznie czytać o tym, że kogoś gryzie sumienie, bo skłamał albo powiedział coś zbyt ostro...

Jako dziecko czytałam często właśnie powieści z początku dwudziestego wieku lub też z akcją osadzoną w tamtych czasach (a  przynajmniej często sugerowały to ilustracje). Moje wyobrażenie dzieciństwa jest przesiąknięte wizjami przeszłości, które z kolei ożywiały też moją wyobraźnię, gdy byłam mała. Czuję się trochę tak, jakbym nosiła jako dziewczynka tylko staroświeckie sukienki, słomkowe kapelusze i kokardy, jak moja prababcia. Czasami zdarza mi się przywoływać ducha dziewczyńskiego dzieciństwa i dziś. Czuję się wtedy bezpieczna w tym nieprzyjaznym, współczesnym świecie.

Panna Anna i jej bufiaste rękawy, czyli zabawy z czasem

Ania, a może raczej Lucy Maud, wycięła mi niezły numer. W ostatnim imaginarium możecie zobaczyć, że moje luźne skojarzenia z książkami z tej serii są związane z przełomem XIX i XX oraz początkiem XX wieku. Jak to się stało skoro powieściowa Ania trafia na Zielone Wzgórze gdzieś w latach 70. XIX wieku i od tego należałoby zacząć? Tak właśnie jest, tak wynika z obliczeń - Ania musiała urodzić się w latach 60. XIX wieku i trafiła do rodzeństwa Cuthbertów, gdy miała naście lat. Pierwszą część serii, gdy Ania wchodzi w lata nastolęctwa, czytałam mniej więcej w tym samym czasie, co obejrzałam film z Megan Follows i niestety nieźle mi się to wszystko poplątało. Zresztą, samą autorkę również można winić za pewne niedociągnięcia (słynne bufiaste rękawy, na przykład), które człowiek dostrzega dopiero, gdy trochę podrośnie mu konkretna wiedza.




Lucy Maud Montgomery napisała pierwszą część serii w 1905 roku (dokładnie pisała ją od wiosny 1904 roku). Rękopis przeleżał trzy lata w starym pudle na kapelusze, bo kolejni wydawcy odrzucali powieść. W tym czasie pisarka chciała skrócić swoją historię i postarać się o wydanie jej w odcinkach w gazecie, ale zamiast tego poszerzyła treść (i tak wydano ją w odcinkach). Zaryzykowała, wysyłając powieść braciom L.C. Page, ale ci w końcu ją wydali. Okazało się, że Ania z Zielonego Wzgórza podbiła z miejsca serca czytelników w różnym wieku, co było zaskoczeniem nawet dla autorki. W 1909 roku wydano więc drugą część serii, Anne of Avonlea. Anne of the Island (pol. Ania na uniwersytecie) traktuje już o Ani wchodzącej w dorosłość, a dalsze części opisują losy Ani i jej rodziny do czasów pierwszej wojny światowej. Kiedy autorka pisała pierwsze części cyklu, nie określała jednoznacznie czasu akcji, ale później, gdy pojawiły się konkretne realia związane z wojną, czas wydarzeń poprzedzających akcję sam się dookreślił, łącznie z urodzinami bohaterów. W ten sposób Ania marzy o bufiastych rękawach zanim zapanuje na nie moda. Ilustracje do tej serii, łącznie z pierwszym wydaniem Ani z Zielonego Wzgórza, też zazwyczaj sugerują okres czasu przesunięty w stosunku do powieściowego.

ta ilustracja i poniższe - pierwsze wydanie powieści z 1908 roku






Wygląd starszej Ani (i jej prezencja w wydaniu Megan Follows) wyjątkowo dobrze wpisuje się w ideał Gibson Girl z początku XX wieku. Podobno autorka, wyobrażając sobie Anię, inspirowała się fotografią Evelyn Nesbit, ikony gibsongirlizmu. Inspiracji dla samej fabuły pierwszej części serii należy szukać w prasie i biografii pisarki. W roku 1892 prasa na Wyspie Księcia Edwarda włączyła się do akcji poszukiwania rodzin zastępczych dla sierot z Anglii. Pierce i Rachel MacNeill, spokrewnieni z pisarką, mieli adoptować chłopca, ale przez pomyłkę trafiła im się dziewczynka. Sama autorka powieści została osierocona w dzieciństwie i wychowana przez dziadków. Montgomery zaprzeczała jakoby sportretowała pod postaciami Maryli i Mateusza małżeństwo Margaret i Davida Macneillów, ale przez lata wysuwano takie podejrzenia.

Dalsze zabawy z czasem, czyli filmowa Ania

Książki z serii ekranizowano wielokrotnie, ale najpopularniejsza jest kanadyjska produkcja z Megan Follows, o której już wspomniałam. W 1919 roku miała miejsce premiera pierwszej ekranizacji Ani z Zielonego Wzgórza, z Mary Miles Minter w roli głównej. W ekranizacji z 1934 roku w tytułowej roli wystąpiła Dawn O’Day, która zmieniła swój sceniczny pseudonim na Anne Shirley. Scenariusz filmu z 1956 roku stał się podstawą do musicalu, który do dziś jest wystawiany z powodzeniem. Ania trafiła wielokrotnie na deski teatrów. Z dzieciństwa pamiętam Akage no An, serial anime z 1979 roku. W 2009 roku miała miejsce premiera serialu Anne of Green Gables – A New Beginning, ukazującego losy Ani sprzed czasów Zielonego Wzgórza.


Anne of Green Gables z 1985 roku to ekranizacja pierwszej książki z serii napisanej przez Lucy Maud Montgomery. Dwie następne książki serii oraz kolejne - Anne of Windy Poplars, Anne's House of Dreams, Anne of Ingleside, Rainbow Valley, Rilla of Ingleside, The Blythes Are Quoted - poznałam wcześniej niż następne filmy z Megan Follows. Anne of Green Gables: The Sequel to ekranizacja części późniejszych losów Ani, oparta jeszcze na powieściach, ale następny film z 2000 roku Anne of Green Gables: The Continuing Story już nieźle miesza. W tym miejscu historia powieściowej Ani, osadzona jednak w mniej więcej określonych ramach czasowych, a zwłaszcza bogata w określone wydarzenia, rozmija się z wizją twórców filmów. Muszę przyznać, że ostatni film pozostawił we mnie pewien niesmak, że tak pokręcono historię bohaterki.


Powieściowa Ania po dzieciństwie spędzonym na Zielonym Wzgórzu, zaczyna naukę w seminarium nauczycielskim, potem jednak w wyniku różnych zawirowań rodzinnych wraca do Avonlea, by opiekować się Marylą i domem. Następnie  opiekuje się razem z Marylą osieroconym rodzeństwem - Dorą (Tolą) i Davym (Tadziem). Dalej mamy jej wyjazd na studia i perypetie sercowe. W trzecim filmie kanadyjskiej produkcji Ania i Gilbert nadal nie są małżeństwem, gdy wybucha pierwsza wojna światowa, tymczasem w powieści w 1914 roku Ania, wtedy już Blythe, ma lat 48 i pokaźną gromadkę potomstwa, a na wojnie walczą jej synowie. Autorzy filmów musieli dostosować się jakoś do realiów powieściowych, które pisarka kształtowała dość niefrasobliwie i wybrali taki właśnie sposób. Sądzę, że można było zrobić to inaczej.


Na koniec jeszcze łyczek ciekawych ilustracji do powieści, które pochodzą z wydania The Anne of Green Gables Treasury, Carolyn Strom Collins and Christina Wyss Eriksson, Viking Press, 1991. Ilustracje nie są sygnowane nazwiskiem żadnego artysty, ich autorstwo przypisane jest  Pronks&Associates. Znalazłam je na zalinkowanym niżej blogu. Co jest w nich tak interesującego? Przyjrzyjcie się tym dziwnym kadrom, ujęciom z góry, gdzie bohaterowie są odwróceni do nas tyłem lub tak wykręcają głowę, że nie zobaczymy całej twarzy (zwłaszcza dotyczy to Ani).












Do nadrobienia kiedyś - Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda: Biografia L. M. Montgomery, tłum. Zofia Stanisławska-Kocińska, Wydawnictwo Literackie, 2008

Źródła:
https://bookpeoplestudio.wordpress.com/2014/02/10/off-the-shelf-the-anne-of-green-gables-treasury/

(wpis automatyczny)

20 komentarzy:

  1. Chm, ekranizacja pierwszego tomu bardzo mi się podobała, natomiast pozostałe-namieszane i tak bardzo odbiegające od książki już niezbyt. Wolę lekturę. W ogóle, to jeśli chodzi o cykl o Ani jednak najbardziej lubię powieści od tomu 2 :) W pierwszym Ania jest tak strasznie egzaltowana, że to dla mnie zbyt wiele, drugi, dziejący się w Avonlea, wieje nudą. Dziwny jest dla mnie Ania z Szumiących topoli, opierający się głównie na listach, ale z tego co czytałam powstał jako jeden z ostatnich, żeby uzupełnić lukę w biografii Anny. Bardzo za to lubię Anię na Uniwersytecie oraz wszystkie tomy z dalszymi losami, już małżeńskimi Ani, Gilberta i ich gromadki dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta egzaltacja to nie tak na serio :D Aniowe otchłanie rozpaczy były tak pięknie komiczne...
      Możliwe, że jako dziecko nie bylam jeszcze w stanie tego docenić. Też bardziej podobały mi się "dorosłe dzieje" bohaterów, ale teraz z kolei, gdy już mam trochę lat, wracam chętniej właśnie do pierwszej części.

      Usuń
  2. Pytanie, kiedy urodziła się Ania Shirley, też swego czasu zaprzątało mi głowę, bo zawsze byłam czytelniczką, która lubi sobie wszystko wyliczyć i denerwuje ją, kiedy coś się nie zgadza. Datowanie cyklu można przeprowadzić według "Rilli...", której akcja toczy się w ściśle określonym czasie I wojny światowej, Ania ma około pięćdziesiątki, więc dawałoby to jej datę urodzenia rzeczywiście w latach 60. XIX w. Tak jednak nie jest, Montgomery umieściła akcję "Ani z Zielonego Wzgórza" współcześnie do czasów, w których ją pisała, lub lekko wcześniejszych, bliższych jej własnemu dzieciństwu, czyli na przełomie XIX i XX w. Ten czas nie jest jednak ściśle określony, bo nie było takiej potrzeby, a autorka wcale nie planowała dalszych części cyklu, pisała je pod naciskiem wydawcy. Wojna była dla niej tak silnym przeżyciem, że musiała się do niej jakoś odnieść w swoim cyklu i tuż po wojnie napisała "Rillę ze Złotego Brzegu". W czasie rzeczywistym obie książki dzieli, z grubsza, jedna dekada, w czasie powieściowym upłynęło ich już cztery. Stąd mamy do czynienia z pewnym "zakrzywieniem czasoprzestrzeni". We wcześniejszych tomach cyklu życie bohaterów płynie, ale czas właściwie stoi w miejscu. A najlepszą wskazówką do datowania "Ani..." jest właśnie moda na bufiaste rękawy, na pewno lepiej niż ja orientujesz się, kiedy to było :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie te bufiastości to też może być różnica całej dekady ;) Kiedy ktoś mówi o bufiastych rękawach od razu wyświetlają mi się w głowie suknie z lat 90. XIX wieku. Dokładnie 10 lat przed 1904, gdy autorka zaczynała pisać, bufiastość rękawów była spektakularna. Jednak, w 1904 suknie nadal miewały rękawy, które można nazwać bufiastymi... Bez względu na te czasowe rozkminy, ja w wyobraźni nie potrafię Ani ulokować wcześniej niż w latach 90. XIX wieku :D

      Usuń
    2. Ja też nie i wydaje mi się, że właśnie w latach 90. autorka umieściła akcję. Po prostu musimy się pogodzić z niespójnością chronologiczną cyklu, ale gorzej to wypadło np. w "Panu Tadeuszu", gdzie daty w ogóle się nie zgadzają ;). Te bufiaste rękawy na pewno stanowiły pamiętny rys z wczesnej młodości Montgomery, w swoich dziennikach, chyba ok. r 1910 wspomina je już z rozbawieniem jako osobliwość tamtych czasów: modne dziewczyny musiały prosić koleżanki, żeby upchnęły je im w rękawach płaszczy, same nie były w stanie się ubrać :)

      Usuń
  3. Nie cierpiałam Ani okrutnie, ale ostatnio rozmawiałam z moją dziewczyną po tym jak miała sen na temat Muminków, gdzie trolle chorowały na nowotwory i umierały. Jakoś z tego wyszlysmy do dyskusji na temat Ani z Zielonego Wzgorza, ktora moja Kasia bardzo lubiła. Ten ostatni tom Ani był jakoś bardzo mroczny z tego co mi opowiadano. Autorka nie cierpiala swoich bohaterow i chciala pisac co innego o ile dobrze sie orientuje i chciala uprzykrzac bohaterom zycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy można powiedzieć, że pisarka nie znosiła postaci, ale przeżywała typowe dla twórców serii zmęczenie bohaterami. Tak samo mieli chociażby A. Conan Doyle czy Christie. Oni swoich bohaterów ukatrupili ;) L. M. M. odczuła takie zmęczenie już po pierwszej z powieści, ale jakoś to szło...

      PS Straszny sen. Może jakieś ziółka na noc? :D A Muminki lubiłaś? O nich też będzie wkrótce.

      Usuń
    2. Straszne jest się tak zmuszac, glownie zapewne ze wzgledow finansowych, bo LMM miala dosc problematycznego meza, ktory niezbyt sobie ze soba sam radzil i wlasciwie tylko została Ania, bo inne jej dzieła nie sprzedawaly sie tak dobrze.

      Bardzo lubiłam Muminki, chociaz troche sie ich balam, w ksiazkach jest znacznie wiecej mroku niz w kreskowce, ktora tez do najlżejszych nie należała. ;)))

      Usuń
    3. No, właśnie. Myślę, że jej biografia jest nieco mniej sztampowa niż to się czasami przedstawia, w tym podejście do pisarstwa. Ogółem ciekawe, że mimo paru naprawdę przykrych przeżyć większość cyklu (tego, że I wojna światowa wpływa na zmianę, bo ta jest widoczna, jakby stary świat umiera, można się spodziewać - cała literatura powojenna była świadkiem tego szoku, zresztą, bardzo lubię powieści osadzone w tych realiach, może kiedyś o tym napiszę... - dygresyjka :D), to pisarstwo niezwykle pogodne, gdy życie autorki układało się raczej niezbyt radośnie.

      Muminki to na dobrą sprawę pierwsza, bardzo dziwna przy tym, introwertyczna na swój sposób, fantastyka, po jaką sięgałam (nie licząc baśni, które też można tak czasami określić heh) Jest w przygodach muminkowych coś takiego, co teraz ciężko mi ubrać w słowa, ale to nie były dla mnie zwyczajne powiastki dla dzieci, jak Ania czy Dzieci z Bullerbyn, tylko jakieś podróże po psyche :D Buka, na przykład. Coś pierwotnego i archetypowego aż ciarki przechodzą :D

      Usuń
    4. Przepraszam, że się wtrącę - sięgnijcie po komiksy muminkowe, to dopiero jest hardkor ;)
      de Mumin rządzi (na razie tylko pierwszy tom dopadłam) :)

      Usuń
    5. Znamy! :D No, przynajmniej ja znam :D

      Usuń
  4. Oo, jaki fajny wpis! Uwielbiam serię o Ani i inne książki tej autorki (Jana ze Wzgórza Latarni, Emilka). Fascynował mnie język, jako dzieciak i nastolatka też lubiłam się kwieciście wypowiadać. Masz rację, coś jest w atmosferze tych powieści, że chciałoby się zanurzyć w ich świat, jest ciepło, bliskość, bezpieczeństwo. Te pokoiki na poddaszu, polany, morze. Chętnie wybrałabym się kiedyś na Wyspę Księcia Edwarda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chętnie odwiedziłabym Wyspę. Ciekawe czy zachował się tam klimat z powieści ;)

      Usuń
  5. Jaki estetycznie piękny blog ♥ Wiem, że ilustracje Ani nie są Twoje, ale ładnie wpasowują się w bloga i są cudowne. Masz bardzo przyjemny styl pisania i piszesz również o książce mojego dzieciństwa (: Co prawda teraz czasem mnie prześladuje ze względu na to, że Ania chciała mieć moje imię, a ja chciałam jej~

    Pozdrawiam,
    Nagmerrie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Chciałabym dodać Twojego bloga do obserwowanych. Nie mogę znaleźć odpowiedniego przycisku, czy go po prostu nie ma? : )

      Usuń
    2. Dziękuję, niezmiernie mi miło :) Niestety, "witrynka do obserwowania" stale mi się zawieszała i chociaż wiele osób miało i nadal ma z tym problemy na moich blogach (bo mam dwa) okazało się to wręcz cudem permanentnym. Wyszłam więc z inicjatywą i wśród etykietek proponujących sposób obserwacji jest i Blogger. Tu: http://absyntowawrozka.blogspot.com/p/gfc.html

      Wiem, że przez to wiele osób rezygnuje z obserwacji, ale cieszę się przede wszystkim z tych czytelników, którzy naprawdę chcą tu zaglądać ;)

      PS W dzieciństwie trochę ubolewałam nad tym, że jestem zwyczajną Anią. Dziś też wiele osób uważa, że to "zwyczajne" imię do mnie jakoś nie pasuje - fajnie z ich strony, chociaż w gruncie rzeczy uważam, jak Maryla: Ania to porządne, rozsądne, klasyczne imię :D Byle nie Andzia albo Anka albo Aniusia.

      Usuń
  6. Masz racje. Te światy nie były przesłodzone i udające, że nie ma realnych problemów. Do dziś pamiętam scenę śmierci Ruby Gillis w drugiej albo trzeciej części Ani. Czytałam ją raz za razem, żeby masochistycznie dać sobie porcję smutku i życiowej lekcji, zupełnie nieświadomie.

    Mnie zawsze nazywali Anią, bo jako dziecko miała, długie rude warkocze i piegi, a mama ubierała mnie tak, żeby pasowało do włosów (czyli żadne różowe getry nie miały wstępu). Ciągle też słyszałam, że jestem tak samo delikatna i romantyczna.
    Zabiłam w sobie tą Anię, bo tak było łatwiej. Żałuję i dziś jak sięgam po książki Montgomery wydają mi się naiwne i obrażające moje wyzwolone poglądy (jak można było z Ani zrobić po ślubie taką pokorną, niewidzialną żonę doktora?!). Ale tęsknię za nią i na pewno się jej nie wyprę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah Na dobrą sprawę to większość powieści z XIX czy XX wieku jakoś tam obraża współczesne wyzwolone poglądy (najdziwniejszym przykładem jest Ch. Bronte, której pisarstwo z jednej strony uchodzi za w jakimś sensie feministyczne - nie mylić z tak zwaną dziś literaturą kobiecą - a z drugiej są wątki z niemalże masochistycznym podtekstem, chociaż to dużo bardziej skomplikowana sprawa...) Zaryzykowałabym tezę, że dziecięcy bohater albo dojrzewająca dziewczyna (emocjonalność, wiadomo :D) często był okazją do małej ucieczki z krainy konwenansu i tym podobnych.

      W pisarstwie Lucy Maud Montgomery urzeka mnie ta mieszanka pogody ducha i realizmu. Dopiero I wojna światowa zmieniła nieco tę perspektywę, ale nie mogło być inaczej - wyczuwam coś w rodzaju goryczy, której wcześniej nie było. Zawsze miałam wrażenie, że jej "aniowa" kraina to świat, w którym chce się przebywać, oderwać do współczesności, ale jest przy tym bardzo bliski, autentyczny. To trochę jak wspomnienia starszych osób, które dzieciństwo przeżyły jakieś sto lat temu ;)

      Usuń
    2. *miałam na myśli powieści z początku XX wieku, oczywiście

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.