piątek, 26 czerwca 2015

Czerwcowe podsumowanie czytelnicze, w skrócie i na tablecie

Dzisiejszy wpis możecie uznać za rozczarowujący, ale niestety, nie podzielę się żadną zbyt rozgarniętą recenzyjką. Najzwyczajniej w świecie nie zdążyłam (piszę te słowa w połowie czerwca*, więc czuję się jeszcze usprawiedliwiona) przeczytać  do końca żadnej z wymienionych poprzednio pozycji. Za to pojawiły się nowe cukierki w bombonierce. Postanowiłam pogłębić swoją znajomość literatury okresu edwardiańskiego, bo prawdę mówiąc, w porównaniu z XIX wiekiem jest to znajomość dość uboga. Nadrabiam też braki w literaturze rosyjskiej. Jako papierowa zdobycz trafiła na półkę nowa Gaskell. W końcu zabrałam się też za Villette. 


Nie będzie hamakowego stosiku (głupio tak zawieszać nową świecką tradycję już przy okazji drugiego wpisu, ale samo tak wyszło), bo nowości pojawiły się w formie ebucznej. Uwielbiam książki, ich zapach, fakturę kartek, a zwłaszcza wydania kolekcjonerskie, ze zdjęciami i ilustracjami, nie mówiąc już o antykwarycznych łupach. Nie jestem jednak papierowym ortodoksem i nie wszystko kupuję i czytam w tej staroświeckiej wersji. Dotyczy to zwłaszcza literatury, którą biorę ze sobą w podróż oraz pozycji naukowych, przy których liczy się przede wszystkim treść, często mielona wielokrotnie przez moje zwoje mózgowe, bo lubię wracać do tekstu - wersje cyfrowe pozwalają mi na bezkarne notatki i gryzmolenie, bez strat moralnych.



Na pierwszy ogień papierowa Gaskell - Żony i córki. Opasłe tomiszcze z Angielskiego Ogrodu. Te sielskie okładki sprawiają, że czyta się jeszcze przyjemniej i bardziej klimatycznie. Angielska wieś w XIX wieku gdzieś tam przewija się przed snem pod powiekami - Gaskell mimo, że pisze o niekoniecznie wesołych rzeczach, obłaskawia moją wyobraźnię, która potrafi urodzić koszmary, jeśli nie zajmę jej czymś sielskim. Cenię sobie chwile z pisarstwem tej pani. Wiele osób poznaje je właśnie zaczynając od lektury Żon i córek lub jeszcze popularniejszej Północy i Południa. W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć wiele o powieści, poza standardowym przybliżeniem fabuły: oto miasteczko Hollingford i perypetie pewnej sympatycznej panny. Tłem w powieści są zmiany obyczajowe w angielskim społeczeństwie doby wiktoriańskiej.



Sięgnęłam również w końcu po Vilette. Ociągałam się z tym, bo będąc po lekturze innych jej powieści i znając jej biografię chciałam jeszcze trochę mocniej zagłębić się w tajemnicach jej życiorysu. Charlotte pisała Villette będąc być może w depresji, była to jej ostatnia skończona powieść i ten nastrój przygnębienia sączy się od początku. Byłaby to książka trująca, gdyby nie wiara pisarki w jakąś wielką, nienazwaną siłę, która tkwi w samym życiu, jakiekolwiek by nie było. Główną bohaterką tej powieści jest nieszczęsna Lucy Snowe, która straciwszy w Anglii wszystko, wybiera się na kontynent po cokolwiek, chociażby po marne pocieszenie i mizerne perspektywy. Pragnąc spokoju, ba, niemalże podobnego do śmierci letargu, trafia jednak w tryby losu, który ma wobec niej inne zamiary. Charlotte po raz kolejny (i ostatni) udowadnia, że jest niezrównana jako biografistka serca, a może nawet i duszy (bo w jej twórczości zawsze pojawiają się fragmenty tak oddalone od realistycznej opowieści, że przypominają portretowanie nagiej psyche, bez upiększeń jakie serwuje dobrze ułożona panna logika). Musiałam pogłębić swoją znajomość życia Charlotte, aby nie pominąć obecnych tu wątków autobiograficznych. 



Wspomniałam o prozie edwardiańskiej. Uzupełniam swoje braki w tym temacie. Wśród lektur Opowieść o dwóch siostrach Arnolda Bennetta. Pisarz w Polsce bardzo słabo znany, żeby nie powiedzieć zapomniany. 



Wróciłam też do Puszkina - przeczytać Damę Pikową, bo wypada i przypomnieć sobie w paru kęsach jego poezję. Być może po uporządkowaniu naszych z panem Puszkinem relacji poświęcę mu jakiś osobny wpis. Wiem, że dziś się już takich "darmowych" klasyków nie czyta. Wiem, że Rosja też u nas nie bardzo w modzie, ale Puszkin jest bombowy i basta!



Literaturze towarzyszą wrzosy. Zasuszki z balkonowego ogródka oraz przepyszna herbata wrzosowa. Czemu? A czemu nie? Być może Charlotte tak właśnie wrzosowo mnie nastraja...

(wpis automatyczny)
*ustawiłam kilka wpisów automatycznych

2 komentarze:

  1. Wcale nie rozczarowujący! a ciekawy w swojej inności i zachęcający do czytania w każdej chwili ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuś! Mam nadzieję, że kogoś zachęci, bo klasykę zawsze warto czytać. Wyjdę na starą zrzędę, ale nie czytałam nigdy niczego napisanego lepiej niż pisało się w XIX, na początku XX wieku, w porywach gdzieś do lat 70. A to wszystko klasyka, przetrwała próbę czasu albo zakopała się pod popularniejszymi pozycjami (jak Bennett), ale to nadal perełki w porównaniu z dzisiejszymi bestselerkami 😉

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.