sobota, 23 maja 2015

Stan Sakai, króliczy ronin i "47 samurajów"

Ktoś, a właściwie to paru ktosiów prosiło mnie, żebym popisała sobie trochę o komiksach. Psot nie jest blogasiem popkulturowym, ale o komiksach mogę. Zwłaszcza, że ostatnio wrócił mi komiksowy entuzjazm. Od dziecka je lubię i lubię też wracać do tych z dzieciństwa*. Jako inaugurację tego komiksowego kącika chciałabym Wam zaproponować coś przybliżającego japońskie klimaty i zarazem coś, co nadaje się dla dorosłych mimo, że ma urok twórczości dla dzieci.


Uwaga! Wpis automatyczny!

Był sobie pewien królik... Zacznijmy może jednak od jego rodzica. Stan Sakai jest Amerykaninem japońskiego pochodzenia, nagradzanym twórcą komiksów o japońskiej tematyce. Początek jego komiksowej kariery to współpraca z Sergio Aragonésem i Markiem Evanierem (który tworzy wpisy [i wpisy o wpisach] do albumów z przygodami króliczego ronina). Przede wszystkim jednak, Stan dał życie długouchemu roninowi o bynajmniej nie zajęczym sercu - cykl przygód dzielnego Miyamoto Usagiego zdobył wielbicieli na całym świecie. Bohaterem tej króliczej sagi (w końcu króliś to nie zając, wszystko jasne, chociaż zdarzyło mi się słyszeć też o "króliczym", w domyśle dobrotliwym i tkliwym, sercu - to już mogłoby pasować), jest zwierzęcy samuraj, w wyniku niepomyślnego rozwoju wypadków, ronin. Dopracowany w szczegółach świat wzorowany na dawnej Japonii epoki Edo robi wrażenie i zawiera rozczulające szczególiki, takie, jak obecność jaszczurek/traszek, podobnych do malutkich dinozaurów, przyglądających się scenom walki. Różni się oczywiście mieszkańcami - są to zantropomorfizowane zwierzęta, które chadzają w kimonach i potrafią nieźle posiekać przeciwnika. Do dziś powstało 28 tomów serii - wszystkie dostępne po polsku - oraz dodatkowe albumy Usagi w kosmosie i Yokai.
 



Usagi Yojimbo to urocza mieszanka historycznych realiów i inspiracji płynących z legend oraz kina samurajskiego. Znajdziemy tu sporo folkloru, jest nawet i Godzilla (Zylla), fluidy legendy Miyamoto Musashiego, nieco nawiązań do drzeworytów mistrzów. Niedawno wróciłam do tego komiksu (robię sobie komiksowe piąteczki) i zaczęłam kolekcjonować. Jako dorastający Absynt czytałam, ale nie posiadałam. Tak to czasami już jest, że dopiero człowiek w starczym wieku, porażony w równym stopniu sentymentem, co coraz mniej wyjściowymi nastrojami, wraca do przyjemności dzieciństwa lub młodości licealnej.


Usagi idealny do czytania na słonecznym balkonie ;)



Tak naprawdę mój powrót do Usagiego zaczął się jednak od tej książeczki:



Czy jest na sali ktoś, kto nie kojarzy nawet odrobinę słynnej japońskiej legendy? Mike Richardson i Stan Sakai zabrali się za piękną opowieść o lojalności, odwadze i szlachetności, którą przetrawiono już chyba setki razy (być może kiedyś przygotuję wpis o 47 roninach). I wyszło im wyśmienicie!




Nie sposób zrozumieć kultury samurajskiej Japonii bez znajomości legendy, która jest opowieścią o krwawej zemście jakiej dokonują samurajowie pana Asano. Co ważne, rzecz dzieje się w czasach, gdy styl życia samurajów stał się już po części skansenem dawnych zasad wojownika. Przykurzony kodeks odesłano na spokojną raczej wieś, a światowe życie skupione wokół szoguna wiedziono wedle ścisłych, sztywnych reguł etykiety oraz... intryg i różnych form bogacenia się. Pan Asano płaci głową za niedopasowanie się do tych realiów, a jego samurajowie przywracają nie tylko honor jego imieniu, ale również przypominają, gdzie jest miejsce samuraja w kulturze Japonii. Historia niedorzecznego wręcz przywiązania do honoru i obowiązku tak naprawdę jest pieczęcią na samurajskiej tożsamości lub też... powodem do dyskusji czym jest honor. Należy dodać, że w opowieści snutej przez Mike'a Richardsona i Stana Sakai nie ma miejsca na wątpliwości co do sensu czynów 47 samurajów.




Autorzy albumu mieli wbrew pozorom niełatwe zadanie przed sobą, ale rozwiązali je celująco. Otrzymujemy dawkę przyjemnej, przygodowej opowieści, ale legenda nie traci na powadze. Wręcz przeciwnie, bo twórcy zaakcentowali odpowiednie wartości, skupili uwagę czytelnika na bohaterach (chociaż, jak to w komiksowym uniwersum bywa, są to postaci o bardzo jednoznacznych motywacjach i uproszczonej charakterystyce osobowości), co nie zawsze się udaje w malowniczej scenerii dawnej Japonii, gdzie tak przyjemnie snuć barwne historie pełne niezwykłych czynów. Dodatkowym problemem jest okoliczność adaptacji legendy przez kogoś spoza Japonii. To naprawdę rzadko dobrze wychodzi. Tym razem jednak rysować miał Stan Sakai, którego seria o króliczym roninie jest świetnym przykładem znakomitych  "japońskich historyjek" przeznaczonych dla człowieka Zachodu. Mike Richardson przygotował się do przedsięwzięcia z podziwu godną cierpliwością i uwagą i otrzymaliśmy historię odświeżoną, chociaż tak doskonale znaną.




Na szczególną uwagę zasługuje dopieszczona strona edytorska 47 roninów. Twarda okładka, świetnie zaprojektowana, tak przyjemna w dotyku i urodziwa, że kilka razy sięgałam po album, aby po prostu potrzymać go w dłoniach.



Przyjemnie przygotowane dodatki - na końcu znajdziemy galerię okładek, robocze szkice oraz wywiady z autorami. Poświęcono również nieco miejsca wspomnieniu o pewnym istotnym dla tej powieści graficznej artyście. Chodzi o Ogata Gekko, twórcę drzeworytów z epoki Meiji, który powołał do życia legendę 47 roninów w serii dzieł i którego pełen ekspresji i zarazem elegancji styl odcisnął wyraźne piętno na wybranej przez Stana estetyce.



Jeśli kiedyś będziecie znudzeni mangą, sięgnijcie po inną narysowaną japońszczyznę - po samurajską króliszczyznę, a będziecie się świetnie bawić.

Oficjalna strona króliczego ronina:
http://www.usagiyojimbo.com/ 

  • Seria o Usagim - Mandragora i Egmont Polska
  • 47 roninów - tłum. Krzysztof Uliszewski, wydawca: Egmont Polska

* Przy okazji - zawsze uważałam, że komiksy to świetna metoda nauki języka obcego (dotyczy to również mangi), sami spróbujcie! Połączenie słowa i obrazu oraz fabuły daje znakomite efekty.

4 komentarze:

  1. Bardzo podobają mi się zdjęcia Twojego autorstwa, pierwsza klasa :)
    47 samurajów to temat rzeka, czekam z niecierpliwością na wpis, chociaż jeden to pewnie stanowczo za mało aby go wyczerpać.
    A co do Usagiego - jestem wielkim fanem. No i jeszcze... Zylla? :)
    Poza tym już Hokusai go rysował - http://www.usagiyojimbo.com/other/swimsuit/sakai_swimsuit1991.jpg

    Pozdrowienia,
    P.R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pragnę zauważyć, że to HokuSAKAI, a nie Hokusai, chociaż ta fala wygląda znajomo ;)
      Jeśli chodzi o ewentualny wpis, to zwracam uwagę na doniosłość tego małego "być może", które tu padło.

      Usuń
  2. Album o 47. roninach muszę zorganizować. Wygląda fantastycznie, a że sam temat jest mi z gruntu bliski to i z tą wersją się zapoznam.

    O opinię na temat filmu z Kijanką Reevesem nie powinienem pewnie pytać, ale zapytam - widziałaś? Długo klęłaś po zobaczeniu? ^^

    A co do Usagiego - niechże Stan go wreszcie spiknie z Chizu na dobre :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film nie był taki zły, jak się spodziewałam. Dobrze, że zagrało wielu japońskich aktorów (a nie po prostu azjatyckich, jak to się zwykło robić w Hollywood). Moje wrażenia oddaje mniej więcej recka w Torii. Nie wiem czy czytałeś. Sam znany wątek legendy nie był aż tak zmasakrowany przez czary-mary i dziwnych cudzoziemców udziały :D Mogło być gorzej...

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.