poniedziałek, 30 marca 2015

Bardzo niegrzeczny i za bardzo grzeczny Czerwony Kapturek (wpis z długim dodatkiem do poczytania)

Co prawda, zabawa w zmienianie baśni pojawiała się już wcześniej, ale dopiero w czasach nam współczesnych stała się prawdziwą modą. Sztuka, kino, telewizja, teatr i literatura stały się obszarem twórczego fermentu, gdzie baśnie otrzymują nowe oblicze, wyciąga się z nich nowe znaczenia, zmienia się fabułę, żongluje postaciami. Dziś parę słów i przykładów, które znajdziemy w literaturze, zarówno tej przeznaczonej dla dorosłych, jak i dla dzieci.

Sophie de La Villefromoit (strona artystki)




Czerwony Kapturek wydoroślał

Nie trzeba być geniuszem recepcji treści popkulturowych, żeby domyślić się, że pierwszą podstawową metodą uatrakcyjniania dawnych baśni jest ich "udoroślenie" (dorośli chętnie wracają do baśni, w czym ja również mam swój udział ;)). Co to dokładnie oznacza? Zabiegi wykonywane z różną wprawą i precyzją. Jak diametralnie odmienne efekty można w ten sposób osiągnąć, opowiem Wam na przykładzie dwóch współczesnych adaptacji Czerwonego Kapturka. Obie książki są raczej popularne, więc możliwe, że już kiedyś się na nie natknęliście.

Pierwszą adaptacją jest powieść Dziewczyna w czerwonej pelerynie (pióra młodej autorki, Sary Blakley-Cartwright, tytuł oryginału Red Riding Hood), która powstała na podstawie... scenariusza (autorstwa Davida Lesliego Johnsona) do filmu pod tym samym tytułem (znak naszych czasów). Od razu powiem, że ani film ani książka nie przypadły mi do gustu, ale uważam, że warto wyrobić sobie własne zdanie. Poza tym są całkiem ciekawym przykładem zjawiska współczesnych przeróbek baśni. Co prawda, wiele baśni ma dorosłego bohatera, ale Czerwony Kapturek w swojej klasycznej, przyswojonej przez kolejne pokolenia, postgrimmowskiej formie to opowieść o małej dziewczynce. Pierwszą oznaką wydoroślenia jest tu więc wiek postaci. Czerwonym Kapturkiem w Dziewczynie jest młoda kobieta, Valerie. Moglibyśmy powiedzieć, że to po prostu powrót do pierwotnych wersji baśni, ale myślę, że autorom tej opowieści przyświecał inny cel. Chcieli stworzyć mroczną adaptację i nadgryźć nieco soczyście erotyzującej atmosfery Czerwonego Kapturka, a dopiero wyłuskanie dziewczyny z ciała dziecka pozwoliło na taki zabieg bez kontrowersji. Fabuła zyskała również konkretne miejsce w czasoprzestrzeni - pseudośredniowieczne (wszyscy znający się nieco na wiekach średnich z pewnością się ze mną zgodzą, że to nadal baśń o średniowieczu, a nie historyczny film) Daggorhorn. Główna bohaterka również zyskała nieco głębi psychologicznej, a jej relacje ze społecznością nie ograniczają się do posiadania najładniejszego w wiosce, czerwonego nakrycia głowy. Dziewczyna od dziecka czuje w sobie inność, która w końcu sprawi, że stanie się ona kluczem do rozwiązania pewnego specyficznego problemu mieszkańców wioski. Problemem tym jest oczywiście tajemniczy, niezwykły wilk, któremu składa się przebłagalne ofiary ze zwierząt. Bestia jest w rzeczywistości wilkołakiem, z którym Valerie może się porozumiewać.

kadr z filmu, który powstał na podstawie scenariusza, który posłużył jako baza dla powieści Dziewczyna w czerownej pelerynie :) (źródło)


Mamy tu całą gamę zmian, które powinny z baśniowej fabuły uczynić opowieść w większym stopniu realistyczną (średniowieczna wioska, inność bohaterki, jej rozterki miłosne, wilkołak zamiast wilka) i przez to "bardziej dorosłą". Pojawiają się wątki nadające opowieści znamiona horroru: morderstwa, tajemnicza bestia, polowanie na wilkołaka. To już nie jest spokojna atmosfera dziecięcego pokoju, jakiej dziś oczekuje się po baśniach. Oczywiście, w jakimś sensie mamy tu powrót do korzeni, bo jak już wspominałam nieraz, baśnie od wielu już lat ulegają złagodzeniom i puryfikacjom. Niestety, nadmierna eksploatacja wątków, które mają urealnić opowieść sprawia, że mroczny klimat przestaje grać pierwsze skrzypce, a wielka szkoda, bo pod względem wizualnym to obraz udany i przyjemny.

Inną adaptacją Czerwonego Kapturka, w której znajdziemy wątki urealniające, jest dziełko Arona Frischa i Roberta Innocentiego pt. Czerwony Kapturek w wielkim mieście (Poznań: Media Rodzina, 2014). Autorzy przenoszą akcję baśni do wielkiego, współczesnego miasta. Znajdujemy tu wszystko to, co straszy i kusi w metropolii: mroczne zaułki, krzykliwe reklamy, chaotyczny tłum, śmieci, bezdomni, galerie handlowe, kolorowe graffiti, pośpiech, hałas, brud, konsumpcja i wielkie możliwości. Bohaterką jest Sophie, która ma do spełnienia dokładnie to samo zadanie, które miał Czerwony Kapturek: odwiedzić chorą babcię. Miasto pełne jest tajemnych przejść, skrótów, ale również ostrzeżeń i drogowskazów. Pełno w nim zasadzek, ścieżki biegną chaotycznie i nie wiemy jaki będzie finał tej opowieści... Zostawię Wam ten niedosyt, bo po książkę naprawdę warto sięgnąć. W założeniu powstała dla młodego czytelnika, ale moim zdaniem stała się całkiem smacznym kąskiem dla dorosłego odbiorcy.

 czerwony_kapturek201

Mała bohaterka tej opowieści nie różni się od klasycznej krewniaczki ze znanych wersji baśni. Zamiast zbierać kwiatki, ogląda wystawy sklepowe. Błądzi i sprowadza na siebie i innych kłopoty. Przeniesienie baśni na teren współczesnego miasta w oczywisty sposób ją uwspółcześniło, ale nie odebrało pierwotnej wymowy. Poza tym, ten zabieg okazał się "bezpieczny". To nadal baśń, która raczej nie zrobi krzywdy dzieciom. To ważne, bo jak przestrzegają badacze i pedagodzy, uwspółcześnianie baśni może niestety mieć opłakane skutki. Powrócimy do tego zagadnienia w dalszej części postu.  

Książka całą swoją siłę czerpie z obrazu. Za ilustracje odpowiadał Robert Innocenti. Odmalował gęstą, dość ponurą miejską dżunglę ze szczegółami. Miasto nie jest tu tylko tłem zdarzeń. Samo w sobie doskonale zastępuje baśniowego Wilka, a poza tym staje się metaforą nieznanego i niebezpiecznego świata. Tym samym był mroczny las z pierwotnych wersji baśni.

Katrina Pallon (strona artystki)


Uwielbiam Czerwonego Kapturka, bo ma w sobie to "coś", co sprawia, że baśń jest gęsta od znaczeń. Poza tym należy do typu, który cenię sobie najwyżej - jest tu groza, "zaczarowany" las i bestia, z którą trzeba się rozprawić. Jako bohaterka, Czerwony Kapturek mimo całego swojego nieskomplikowania jest o niebo ciekawsza niż księżniczki, nawet te waleczne :D Cóż. Czekam na dorosłego Czerwonego Kapturka, który skradnie moje serce w całości. Do tej pory radowałam się jedynie klimatem scen (w filmach i literaturze), gdzie pojawiały się motywy z tej baśni.


Złe dobrego skutki

Jak już wspominałam wielokrotnie, adaptatorzy śmiało poczynają sobie z baśniami, niekoniecznie dokonując popkulturowych wygibasów. Wiele do powiedzenia mają już tłumacze, nie wspominając o autorach z mrowia anonimowo wydawanych zbiorków, gdzie usuwa się wszystkie co bardziej krwawe i erotyczne fragmenty, dopisuje szczęśliwe zakończenia itd. Jednym z najczęstszych "grzechów" jest w takim wypadku puryfikacja, usunięcie z tekstu skojarzeń erotycznych. Interpretacje i oryginalne wersje baśni oburzają rodziców i jeśli dobrze przeszukacie internety/blogi, okazuje się, że również osoby zajmujące się literaturą dziecięcą oraz pedagogów. Uważam, że to smutne. Zubażamy w ten sposób lekturę, zamykamy drogę do wielu znaczeń i głębokiej symboliki. Pozbawiamy baśnie ich ważnej (również dla dorosłego odbiorcy!) funkcji. Na nasze szczęście z Czerwonego Kapturka ciężko usunąć do końca to, co wyjdzie w interpretacji, choćby nie wiem jak oburzała rodziców czy opiekunów.

Gabriel Joseph Marie Augustin Ferrier

Kolejną zmorą straszącą we współczesnych wydaniach baśni dla dzieci jest dopisywanie wątków i wprowadzanie zmian, które odpowiadają jakiejś ideologii, modzie czy po prostu aktualnym przekonaniom. W przypadku Czerwonego Kapturka takim punktem zapalnym jest sprawa wilka. Baśń w swojej oryginalnej formie bywa podawana jako przykład idiotycznej bajeczki pokazującej, że przyroda jest zła i można z nią postępować brutalnie (znalazłam takie ujęcie tematu na stronie jednej z organizacji proekologicznej). Chociaż jestem sympatyczką ruchów proeko (sama staram się żyć bardziej ekologicznie), a jako wegetariance prawa zwierząt leżą mi na sercu (a nawet na żołądku), to takie stawianie sprawy budzi mój niepokój (no, dobrze, wręcz sprzeciw!). Po pierwsze, nie chcę już tu wchodzić w temat tego czym baśń jest, jakie ma funkcje, w jaki sposób baśnie powstawały. Wystarczy powiedzieć, że sprawa relacji człowiek-przyroda w czasach, gdy ekologia nie była modnym słówkiem, nie była taka prosta. Naprawdę, wiele razy się nad tym zastanawiałam. Nie bez powodu pewne miejsca i zwierzęta są w baśniach symbolem dzikiej i niebezpiecznej przyrody. I stosunek ludzi do niej nie polegał tylko na bezmyślnym mordowaniu. Zauważmy, że w Czerwonym Kapturku bohaterka w jakimś sensie nie okazuje należytego szacunku wobec grozy i przewagi dzikiej przyrody, nie wyciąga prostego wniosku z faktu, że ścieżka w lesie jest po coś i, że sama jest tylko małą dziewczynką w wielkim, groźnym lesie, może szybko stać się ogniwem łańcucha pokarmowego. 

Scott Gustafson



Zdarzają się współczesne wersje baśni, które pochylają się nad losem wilka. Usuwa się w nich scenę jego śmierci, brutalnego ukarania. Mamy wersję ucieczkową, gdzie wilk udaje się na banicję do innego lasu, wersję humanitarną, gdzie trafia do zoo, wersję hippisowską, gdzie relacja między stronami konfliktu przechodzi metamorfozę i otrzymujemy sielski obrazek przyjaźni wilka i ludzi. I najbardziej kuriozalną - wilk zostaje wege. Nie pojmuję w jaki sposób autorzy takiej przeróbki chcieliby zawrzeć szacunek dla dzikiej przyrody i chęć nauczenia dziecka miłości do zwierząt, bo jest to wersja totalnie oderwana od biologicznej prawdy na temat wilka. Wilk nie jest w baśni reprezentantem gatunku pod ochroną, ale symbolem zła i nie da się tego przeskoczyć. W spolaryzowanym świecie baśni zło musi być ukarane i unieszkodliwione.


poza enigmatycznym podpisem nie mogę namierzyć autora (więc gdyby ktoś coś, to dajcie mi znać)

Scena pożarcia przez wilka (i symbolika przemiany w akcie ponownych narodzin) jest bardzo ważna, jeśli nie najważniejsza w całej baśni. Rodzice czytając czy opowiadając Czerwonego Kapturka często ją pomijają, bo boją się, że może przerazić dziecko. Zapominają przy tym, że dzieci rozumieją doskonale, że baśń to język symboli i cieszą się z przebywania w nie do końca "realnym" świecie. Gorzej, gdy podobnych zabiegów dokonuje tłumacz lub autor nowej adaptacji. Wchodzimy tu na bardzo grząski teren, gdzie wrażenie swojskości (bliskości) świata z baśni może wywołać w dziecku niepokój. Paradoksalnie, wycięcie "groźnych" fragmentów baśni lub też dodanie nowych wątków, mających na celu uspokojenie dziecka może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. To dlatego Czerwony Kapturek w wielkim mieście zachowuje sens i znaczenie pierwotnej baśni mimo uwspółcześnienia, a wersje, w których wilk nie jest zły czy nikt nikogo nie pożera mogą stać się niepokojące. Dziecko w świecie baśni, który jest groźny i cudowny czuje się bezpiecznie, bo wierzy tylko częściowo (na czas opowieści) w cuda i strachy. Zdarza się, że po prostu wilk nikogo nie zjada, wilka nikt nie zabija. To jeszcze połowa biedy. Najgorzej, gdy autorzy przeróbki wykorzystują współczesne "akcesoria" do złagodzenia (w swoim rozumieniu) scen przemocy. Wyobraźcie sobie, że babcia w Czerwonym Kapturku nie zostaje pożarta, ale zamiast tego wilk knebluje babcię i zamyka ją w szafie. Ja jako dziecko byłabym przerażona takim obrotem spraw i bałabym się o swoją babcię. Jeśli baśń po takiej zmianie, będzie się jakoś trzymać kupy i ma do zaoferowania odpowiednie "oczyszczenie", dziecko będzie spać spokojnie, ale naprawdę ciężko jest przenieść ją do naszej współczesności i przy tym nie narozrabiać.


Najciekawsze współczesne wersje

A teraz chciałabym Wam przedstawić najciekawsze, według mnie,  współczesne wersje, które przeczytacie w załączonym do wpisu dodatku. Autorką pierwszej z nich jest nieżyjąca już Angela Carter, a drugiej, James Finn Garner. 

Czarna Wenus Angeli Carter to zbiór opowiadań, które nawiązują do powszechnie znanych baśni i legend. W jej wydaniu to prawdziwa mieszanka wybuchowa ze sporą dawką erotyki. Jej wersja Czerwonego Kapturka zatytułowana jest Towarzystwo wilków. Jak w przypadku baśni, interpretacje tego opowiadania można mnożyć.

Z kolei James Finn Garner, napisał zbiorek utworów, które w humorystyczny sposób przedstawiają pomysłowe przeróbki baśni zgodne ze współczesnymi oczekiwaniami poprawności politycznej, bez
„odchyleń seksistowskich, rasistowskich, kulturowych, nacjonalistycznych, regionalnych, intelektualnych, socjoekonomicznych, etnocentrycznych, fallocentrycznych, heteropatriarchalistycznych lub innych, jeszcze nie nazwanych”. Jego wersje świetne pokazują co się stanie, gdy "poprawność polityczną"  posuniemy do granic absurdu.




DODATEK:

Angela Carter, Czarna Wenus, tł. Aleksandra Ambros, Czytelnik 2000


Towarzystwo wilków



Jedno tylko jedyne zwierzę wyje po lasach nocami.

Wilk to urodzony mięsożerca, równie przebiegły, jak i okrutny, kiedy raz pokosztuje mięsa, niczym innym już się nie zadowoli.

W nocy oczy wilków migocą jak płomienie świec, żółtawo, czerwonawo, ale to dlatego, że ich źrenice tuczą się ciemnością i przechwytują światło twojej latarki, by ci je odesłać z powrotem – czerwony sygnał niebezpieczeństwa. Jeśli oczy wilka odbijają tylko światło księżyca, to lśnią zimną, nienaturalną zielenią, barwą minerału, przebijającą mrok. Gdy zapóźniony podróżny wypatrzy te połyskujące, straszliwe cekiny, zawisłe nagle w czarnych chaszczach, wie, że musi uciekać – byle tylko strach nie przykuł go do ziemi.

Ale te oczy to wszystko, co pozwolą ci dostrzec leśni mordercy, kiedy gromadzić się zaczną niewidzialni wokół twojego zapachu, zapachu mięsa, jeśli nieroztropnie zapuścisz się w las późną porą. Będą jak cienie, będą jak widma, szarzy członkowie kongregacji z nocnego koszmaru... Posłuchaj: jego długi, załamujący się skowyt... Aria strachu, który stał się słyszalny.

Wilcza pieśń to zapowiedź losu, jaki cię czeka, sama w sobie jest zabijaniem.

Nadeszła zima i mroźna pogoda. W tej krainie gór i lasów wilki nie mają teraz nic do jedzenia. Kozy i owce zamknięto w oborze, jelenie powędrowały na południowe stoki w poszukiwaniu paszy – wilki są chude i wygłodzone. Mają na sobie tak mało ciała, że mógłbyś policzyć przez sierść ich wynędzniałe żebra, gdyby dały ci czas, zanim się rzucą. Te ociekające wilgocią szczęki, wywieszony język, szron śliny na siwych podgardlach – spośród wszystkich niezliczonych niebezpieczeństw, jakie czyhają w lesie nocą: duchów, straszydeł, olbrzymów przypiekających niemowlęta na ruszcie, czarownic trzymających porwane ofiary w klatkach i tuczących je na ludożercze stoły, wilk jest najgorszy, nie potrafi bowiem słuchać głosu rozsądku.

Zawsze grozi ci niebezpieczeństwo w lesie, w którym nie ma ludzi. Wstępuj w podwoje wielkich sosen, gdzie zmierzwione gałęzie splatają się z sobą, chwytając nieuważnego podróżnika w sieć, jakby sama roślinność była w zmowie z wilkami, które tu żyją, jak gdyby niedobre drzewa urządzały połów dla swoich przyjaciół – wstępuj pomiędzy słupy leśnych wrót z najwyższą obawą i nieskończoną ostrożnością, bo jeśli zboczysz ze ścieżki choć na chwilę, wilki cię pożrą. Są szare jak głód, są bezlitosne jak zaraza.

Spoglądające z powagą dzieci z nielicznych wiosek zawsze mają przy sobie nóż, kiedy idą wypasać małe stadka kóz, dostarczających gospodarstwom kwaskowatego mleka i zjełczałego, robaczywego sera. Noże są ledwie o połowę mniejsze niż dzieci, a ostrza ostrzy się co dzień.

Ale wilki potrafią znaleźć sposób, żeby zjawić się u twojego ogniska. Robimy, co możemy, bywa jednak, że nie da rady utrzymać ich za progiem. Każdego zimowego wieczora bez wyjątku wieśniak boi się, że zaraz zobaczy szary, wynędzniały pysk węszący pod drzwiami, a pewnego razu kobieta została ugryziona we własnej kuchni, kiedy odcedzała makaron.

Lękaj się wilka i uciekaj przed nim, ponieważ, co najgorsze, wilk może okazać się czymś więcej, niż się wydaje.

Żył niegdyś myśliwy niedaleko stąd, który schwytał wilka w wilczy dół. Ten wilk rozszarpywał owce i kozy, pożarł obłąkanego starca, który mieszkał sam jeden w chacie na zboczu w pół drogi do szczytu i po całych dniach śpiewał Jezusowi, rzucił się na dziewczynę doglądającą owiec, ale ta podniosła taki krzyk, że nadbiegli mężczyźni ze strzelbami i go spłoszyli. Próbowali tropić go w lesie, ale był sprytny i łatwo im się wyniknął. Tak więc ów myśliwy wykopał dół i włożył weń kaczkę, żywą-żywiusieńką-hej!, a dół przykrył słomą wysmarowaną wilczymi odchodami. Kwa! kwa! – kwakała kaczka. Wilk nadszedł chyłkiem z lasu, duży był, ciężki, ważył tyle, co dorosły mężczyzna, i słoma się pod nim zapadła – wpadł do dołu. Myśliwy skoczył za nim, poderżnął mu gardło, odciął wszystkie cztery łapy jako trofeum.

Jednak wcale nie wilk leżał przed myśliwym, tylko okrwawiony ludzki tułów, bez głowy, bez stóp, umierający, martwy.

Kiedyś czarownica z doliny przemieniła wszystkich gości weselnych w wilki, bo pan młody wybrał inną dziewczynę. Kazała im przychodzić do siebie nocą, przez złość, a oni siadywali wokół jej chatki i wyli, urządzając dla niej serenadę ze swojej boleści.

Nie tak dawno kobieta z naszej wioski poślubiła mężczyznę, który zniknął bez śladu w noc weselną. Łóżko było zasłane czystą pościelą i panna młoda w nim spoczywała, kiedy pan młody oświadczył, że musi wyjść za potrzebą, nalegał na to przez wzgląd na przyzwoitość, podciągnęła więc kołdrę pod brodę i leżała. Czekała i czekała, i nie przestawała czekać – chyba go coś długo nie ma? Aż podskoczyła na łóżku i krzyknęła wniebogłosy, słysząc wycie niesione wiatrem z głębi lasu.

Owo przeciągłe, załamujące się wycie, choć tak przeraźliwie groźne, zawiera też w sobie jakiś nieodłączny smutek – jakby bestie chciały być mniej zwierzęce, gdyby tylko wiedziały jak, i nigdy nie przestawały opłakiwać swej doli. W wilczych kantykach słychać przepastną melancholię, bezkresną jak bór, trwającą bez końca, jak długie zimowe noce, a jednak ten straszliwy smutek, ów lament nad własnymi wilczymi apetytami nigdy nie porusza serca, gdyż ani jedna fraza nie napomyka o możliwości pokuty; łaska nie spłynie na wilka za sprawą jego własnej rozpaczy, tylko przy pomocy jakiegoś pośrednika z zewnątrz, tak że czasem wydaje się, iż zwierzę błogosławi nóż, który pozbawia je życia.

Bracia młodej kobiety przeszukali szopy i stogi siana, ale nie znaleźli żadnych szczątków, zatem roztropna niewiasta otarła oczy i znalazła sobie innego męża, który nie wstydził się sikać do nocnika i noce spędzał pod dachem. Obdarzyła go dwójką ślicznych dzieci i wszystko szło jak z płatka, dopóki pewnej mroźnej nocy, nocy, kiedy następuje przesilenie, kiedy rok chwieje się w zawiasach, a rzeczy nie pasują do siebie tak, jak powinny, najdłuższej nocy – pierwszy oblubieniec znów zawitał do domu.

Łomot do drzwi zapowiedział jego przybycie. Mieszała właśnie zupę dla ojca swych dzieci, ale tamtego rozpoznała od razu, jak tylko uchyliła zapadkę, żeby mu otworzyć, choć lata minęły, odkąd nosiła po nim żałobę, a on był teraz w łachmanach i włosy, które nigdy nie widziały grzebienia i roiły się od wszy, spływały mu na plecy.

– Wróciłem, żonko – rzekł. – Daj mi moją miskę kapusty, a żywo.

Wtedy nadszedł jej drugi mąż, niosąc bierwiona na ogień, a kiedy pierwszy pojął, że spała z innym mężczyzną, i co gorsza, kiedy jego czerwone oczy dostrzegły małe dzieci, które cichutko weszły do kuchni, żeby zobaczyć, co to za harmider, wykrzyknął:

– Chciałbym z powrotem być wilkiem, żeby dać nauczkę tej wszetecznicy! – I natychmiast stał się wilkiem, i odgryzł starszemu chłopcu lewą stopę, zanim dosięgła go siekiera, której używali do rąbania drew. Ale gdy okrwawiony wilk wydawał z siebie ostatnie tchnienie, futro z niego znowu opadło i wyglądał jak wówczas, kiedy uciekł ze ślubnej łożnicy. Rozpłakała się więc, a drugi mąż ją zbił.

Powiadają, że istnieje maść, którą daje diabeł, a która przemieni cię w wilka natychmiast, jak tylko się nią nasmarujesz. A także że urodził się nogami do przodu, miał wilka za ojca i ma tors człowieka, ale wilcze łapy i genitalia. Ma także wilcze serce.

Naturalny czas bycia wilkołakiem to siedem lat, ale jeśli spali się jego ludzką odzież, będzie musiał pozostać wilkiem do końca życia. Stare kobiety w tych stronach uważają nawet, że rzucenie w wilkołaka kapeluszem albo fartuchem zapewnia swego rodzaju ochronę, jakby to suknia zdobiła człowieka. Jednak po oczach, tych fosforyzujących oczach, poznasz go w każdym wcieleniu – tylko oczy nie ulegają metamorfozie.

Zanim stanie się wilkiem, likantrop rozbiera się do nagusieńka. Jeśli dostrzeżesz nagiego mężczyznę między sosnami, uciekaj, jakby cię sam diabeł gonił.

Jest środek zimy. Gil, przyjaciel człowieka, przysiadł na stylisku ogrodniczej łopaty i śpiewa. Najgorszy to czas w całym roku, jeśli chodzi o wilki, ale rezolutna dziewczynka uparła się, że pójdzie przez las. Jest absolutnie pewna, że dzikie bestie nie zdołają zrobić jej krzywdy, choć ostrzeżona kładzie długi nóż do koszyka, w którym matka ułożyła już sery. W koszyku znajduje się też flaszka cierpkiej nalewki z jeżyn, stos płaskich owsianych placków, upieczonych na palenisku, parę słoików konfitur. Lnianowłose dziewczę zaniesie te smakołyki samotnie mieszkającej babci, tak starej, że ciężar lat przygniata ją do ziemi. Do babcinej chatki trzeba brnąć dwie godziny przez zimowy las, dziewczyna otula się ciepłym szalem, naciąga go na głowę. Wsuwa stopy w mocne drewniane chodaki, jest już ubrana i gotowa, a mamy wieczór wigilijny. Złowróżbne wrota przesilenia wciąż chwieją się w swoich zawiasach, ją jednak zbyt kochano, by mogła poznać, co to strach.

W tym surowym kraju dzieci nie pozostają długo młode. Nie mają zabawek, więc ciężko pracują i szybko mądrzeją, ale to dziecko, tak ładne, najmłodsze w rodzinie, urodzone późno, rozpieszczają matka i babka. To babka zrobiła dla niej na drutach czerwony szal, który dzisiaj złowieszczo odbija się jaskrawym kolorem krwi od śniegu. Piersi dziewczyny dopiero co zaczęły się zaokrąglać, włosy ma jak konopie, tak jasne, że ledwo odróżniają się od bladego czoła, jej policzki to przysłowiowa krew z mlekiem. Właśnie rozpoczęły się u niej kobiece krwawienia, wewnętrzny zegar odtąd uderzać będzie raz w miesiącu.

Tkwi i porusza się w niewidzialnym pentagramie własnej dziewiczości. Jest jak nienaruszone jajko, jak zaplombowane naczynie, ma w sobie magiczną przestrzeń, do której wejście szczelnie pieczętuje błona; jest obiegiem zamkniętym, nie wie, co to dreszcz. Ma swój nóż i nie boi się niczego.

Ojciec może by jej nie puścił, gdyby był w domu, ale daleko w lesie zbiera drwa na opał, a matka niczego nie potrafi jej odmówić.

Las zamknął się za nią niby para szczęk.

W lesie jest zawsze na co popatrzeć, nawet w środku zimy: nastroszone kulki ptaków w zimowym letargu, zbite w gromadkę na skrzypiących gałęziach i zbyt nieszczęśliwe, by śpiewać; jaskrawe frędzle zimowych grzybów na popękanych pniach, klinowe ślady królików i jeleni, odbicia ptasich łapek, przypominające w rysunku rybi kręgosłup, zając, chudy jak plasterek bekonu, śmigający przez ścieżkę, tam gdzie blade słońce nakrapia rdzawe liście zeszłorocznych paproci.

Na dźwięk mrożącego krew w żyłach wycia wilka chwyciła za rękojeść noża wprawną dłonią, ale wilka nie było ni śladu, ani też nagiego mężczyzny nigdzie, raptem jednak w zaroślach rozległo się tupanie i na ścieżkę wyskoczył w pełni ubrany, niezwykle urodziwy młodzian, w zielonym kaftanie i myśliwskim kapeluszu z szerokim rondem, obładowany ustrzelonymi ptakami. Położyła dłoń na rękojeści, kiedy tylko dobiegł ją trzask pierwszej gałązki, lecz on, ujrzawszy ją, roześmiał się, błyskając białymi zębami, i złożył jej żartobliwy, acz pochlebny ukłon. Nigdy przedtem nie widziała tak eleganckiego kawalera, na pewno nie wśród młodych gburów z rodzinnej wioski. Powędrowali więc razem w gasnącym świetle popołudnia.

Niebawem żartowali i śmiali się jak starzy znajomi. Kiedy zaproponował, że poniesie jej koszyk, zgodziła się, w koszyku miała wprawdzie nóż, ale on powiedział, że jego strzelba ich obroni. Wraz z zapadaniem zmierzchu zaczął znowu prószyć śnieg, poczuła, jak pierwsze płatki osiadają jej na rzęsach, lecz został już tylko niespełna kilometr do przebycia, a w perspektywie ogień na kominku, gorąca herbata i powitanie, bez wątpienia serdeczne, nie tylko dla niej, ale także dla szykownego myśliwego.

Młodzieniec miał w kieszeni niezwykły przedmiot: kompas. Patrzyła na małą szklaną tarczę w jego dłoni i obserwowała drgającą wskazówkę z nieopisanym zdziwieniem. Zapewniał ją, że kompas bezpiecznie prowadził go przez las podczas tego polowania, ponieważ wskazówka z bezbłędną dokładnością pokazuje, gdzie jest północ. Nie uwierzyła, wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej zboczyć ze ścieżki podczas leśnej wędrówki, gdyż natychmiast zabłądzi. Znów ją wyśmiał, błyszczące smużki śliny przylgnęły mu do zębów. Oświadczył, że jeśli zejdzie z drogi i zapuści się w otaczający ich bór, gwarantuje, że przybędzie do chatki babci na dobry kwadrans przed nią, kierując się przez zarośla według kompasu, podczas gdy ona nałoży drogi, posuwając się krętą ścieżką.

– Nie wierzę ci. Poza tym, czy nie obawiasz się wilków?

Poklepał tylko błyszczącą kolbę i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Czy to zakład? – spytał. – Mamy sobie urządzić zabawę? Co mi dasz, jeśli dotrę do domku babci przed tobą?

– A co byś chciał? – zapytała obłudnie.

– Całusa.

Banalne wiejskie zalecanki. Spuściła oczy i zarumieniła się.

Ruszył przez chaszcze, biorąc ze sobą koszyk, ale jej nie było w głowie obawiać się dzikich zwierząt, i chociaż wzeszedł już księżyc, zamierzała iść powoli, aby mieć pewność, że przystojny młodzian wygra zakład.

Chatka babci stała samotnie w pewnej odległości od wioski. Padający śnieg wirował nad warzywnikiem. Młody człowiek stąpał ostrożnie po ośnieżonej ścieżce wiodącej ku drzwiom, jak gdyby obawiał się zamoczyć nogi, a idąc, kołysał upolowanym ptactwem oraz koszykiem dziewczyny i nucił cicho pod nosem.

Na jego brodzie widnieje nikły ślad krwi, pożywiał się swoją zdobyczą.

Zastukał w okiennice kłykciami.

Wiekowa i krucha babcia w trzech czwartych poddała się już śmiertelności, którą zapowiada rwanie w kościach, a prawie gotowa jest ulec do końca. Godzinę temu chłopak z wioski rozpalił jej ogień pod kuchnią, który trzaska i oświetla izbę. Stara pobożna kobieta ma za towarzystwo Biblię. Leży wsparta na kilku poduszkach w łóżku, na chłopską modłę przytwierdzonym do ściany, otulona zszytą z kawałków kołdrą, którą zrobiła jeszcze przed ślubem, lat temu więcej, niż miałaby ochotę pamiętać. Dwa porcelanowe wyżły z sierścią w wątrobiane plamy i czarnymi nosami siedzą po obu stronach kominka. Chodnik z kolorowych gałganków leży na ceglanych płytkach. Stojący zegar odmierza uciekający czas.

Żyjąc wygodnie, trzymamy wilki za progiem

Zastukał w okiennice włochatymi kłykciami.

To twoja wnuczka, naśladował wysoki sopran.

Podnieś zapadkę i wejdź, moje kochanie.

Poznasz ich po oczach, oczach drapieżnej bestii, nocnych, przerażających oczach, czerwonych jak rana; możesz rzucać w niego Biblią, babciu, i jeszcze swoim fartuchem, myślałaś, że to skuteczne zabezpieczenie przed tą wieczną plagą...... wzywaj teraz Chrystusa i jego matkę, i wszystkich aniołów w niebiesiech na pomoc, ale to cię nie uratuje.

Jego dziki pysk jest ostry jak nóż; gość upuszcza na stół zmiażdżonego złocistego bażanta. Stawia także koszyk twojej kochanej dziewczynki. O Boże mój, co z nią zrobiłeś?

On zrzuca przebranie, ów kaftan w leśnych barwach, kapelusz z piórem zatkniętym za wstążkę, zmierzwione włosy spływają na białą koszulę, stara kobieta widzi ruszające się w nich wszy. Chrust w palenisku przesuwa się i syczy, noc i las nawiedziły kuchnię wraz z ciemnością wplątaną w jego włosy.

Zrywa z siebie koszulę. Jego skóra ma kolor i fakturę pergaminu. Pasmo kędzierzawych włosów przecina brzuch, sutki ma dojrzałe i ciemne jak trujący owoc, ale jest tak chudy, że można by policzyć mu żebra, gdyby dał na to czas. Zrywa ze siebie spodnie. Można teraz zobaczyć, jak bardzo owłosione są jego nogi. A przyrodzenie – olbrzymie. Ach, jakie olbrzymie.

Ostatnie, co stara kobieta zobaczyła na tym świecie, to młody człowiek o oczach jak żagwie, nagi jak posąg, zbliżający się do jej łóżka.

Wilk to urodzony mięsożerca.

Kiedy z nią skończył, oblizał się i szybko ubrał na powrót, aż wyglądał tak, jak kiedy wszedł w drzwi. Spalił niejadalne włosy, a kości owinął w serwetę, którą ukrył pod łóżkiem w drewnianej skrzyni, gdzie znalazł czyste prześcieradła. Rozłożył je starannie na łóżku w miejsce tamtych zdradziecko poplamionych, które wrzucił do kosza z brudną bielizną. Poprawił poduszki, strzepnął łaciatą kołdrę, podniósł Biblię z podłogi, zamknął i położył na stole. Wszystko było jak przedtem oprócz tego, że zabrakło babci. Chrust trzaskał na palenisku, zegar tykał, a młody człowiek siedział cierpliwie koło łóżka, w babcinym czepku na głowie dla niepoznaki.

Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk.

Kto tam, odpowiada on drżącym starczym falsetem babci.

Tylko twoja wnuczka.

Weszła więc, wnosząc kłąb śniegu, który stopniał łzami na płytkach, i może odczuła pewne rozczarowanie, widząc tylko babkę siedzącą przy ogniu. Ale wtedy on odrzucił pled i skoczył do drzwi, i przywarł do nich plecami, tak że nie mogła już wyjść.

Dziewczyna rozejrzała się po izbie i zobaczyła, że nie ma nawet śladu odciśnięcia głowy na gładkiej poduszce, a także, co widziała po raz pierwszy – że Biblia leży zamknięta na stole. Tykanie zegara było jak trzask bicza. Chciała wziąć nóż ze swego koszyka, ale nie ośmieliła się po niego sięgnąć, ponieważ on nie spuszczał z niej oczu – oczu olbrzymich, które wydawały się gorzeć niezwykłym wewnętrznym światłem, oczu wielkości spodków, spodków napełnionych ogniem greckim, diabelską fosforescencją.

– Jakie masz wielkie oczy.

– Żeby cię lepiej widzieć.

Ani śladu staruszki poza kosmykiem białych włosów, który uwiązł w korze nie strawionego ogniem bierwiona. Kiedy dziewczyna to dostrzegła, zrozumiała, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– Gdzie jest moja babcia?

– Nie ma tu nikogo oprócz nas dwojga, moje kochanie.

Wtem rozległo się wokół potężne wycie, blisko, bardzo blisko, nie dalej niż w warzywniku, wycie całego stada wilków; wiedziała, że najgorsze są wilki włochate w środku, i zadrżała mimo szkarłatnego szala, otulając się nim szczelniej, jakby mógł stanowić osłonę, choć był czerwony jak jej krew, która musi popłynąć.

– Któż to przyszedł śpiewać nam kolędy – powiedziała.

– To głosy moich braci, kochanie, lubię towarzystwo wilków. Wyjrzyj oknem, a je zobaczysz.

Śnieg zasypał do połowy okno, które teraz otworzyła, by popatrzeć na ogród. Noc była jasna od księżyca i śniegu, w szalejącej zadymce wychudłe szare bestie przysiadły na tylnych łapach pośród rzędów zimowej kapusty, zwracając spiczaste pyski do księżyca i wyjąc, jakby serca miały im pęknąć. Dziesięć wilków, dwadzieścia wilków, tyle wilków, że straciła rachubę, wyjących chórem jak oszalałe, jak obłąkane. Ich oczy odbijały światło z kuchni i świeciły jak sto świec.

Jest bardzo zimno, biedactwa, powiedziała. Nic dziwnego, że tak wyją.

Zamknęła okno i nie było już słychać wilczych trenów, zdjęła szkarłatny szal – koloru maków, koloru poświęceń, koloru swoich miesiączek, a ponieważ strach jej nie pomógł, przestała się bać.

– Co mam zrobić z moim szalem?

– Wrzuć go w ogień, najdroższa. Nie będzie ci już potrzebny.

Zwinęła szal i wrzuciła w płomienie, które natychmiast go pochłonęły. Następnie ściągnęła bluzkę przez głowę, jej drobne piersi zalśniły, jakby śnieg dostał się do pokoju.

– Co mam zrobić z bluzką?

– Ją też rzuć w ogień, serdeńko.

Cienki muślin, gorejąc, uniósł się kominem jak czarodziejski ptak, po czym przyszła kolej na spódnicę, wełniane pończochy, buty, wszystko znalazło się w ogniu i przepadło na zawsze. Blask ognia prześwietlał jej skórę, teraz okryta była jedynie nietkniętą powłoką swego ciała. Olśniewająca i naga, przeczesała włosy palcami – jej włosy wydawały się równie białe jak śnieg na dworze. Następnie podeszła prosto do mężczyzny o czerwonych oczach, w którego zmierzwionej grzywie ruszały się wszy, stanęła na palcach i rozpięła mu kołnierz koszuli.

– Jakie masz duże ramiona.

– Żeby cię lepiej objąć.

Wszystkie wilki świata zaintonowały pieśń weselną za oknem, gdy z własnej woli ofiarowała mu pocałunek, który mu była winna.

– Jakie masz duże zęby!

Zobaczyła, że jego szczęki ociekają śliną, izba zatrzęsła się, ale mądre dziecko ani drgnęło, nawet kiedy odpowiedział:

– Żeby cię łatwiej zjeść.

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, wiedziała, że twardy z niej kąsek. Roześmiała mu się prosto w twarz, zerwała z niego koszulę i rzuciła ją w ogień, w ślad za swoją własną gorejącą odzieżą. Płomienie tańczyły jak duchy zmarłych w noc Walpurgii, a stare kości pod łóżkiem rozpoczęły makabryczny grzechot, ale nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

Urodzony mięsożerca, tylko nieskalane ciało go poskromi.

Położy sobie na kolanach jego groźny łeb i będzie iskała wszy z jego sierści, a może włoży wszy do ust i zje, jeżeli on jej każe, tak jak by zrobiła to w jakiejś prymitywnej ceremonii zaślubin.

Zadymka się uspokoi.

Zadymka się uspokoi, zostawiając góry pokryte śniegiem tak przypadkowo, jakby to niewidoma rzuciła na nie prześcieradło, a wyższe gałęzie pobielone niczym wapnem, trzeszczące i uginające się pod ciężarem.

Blask śniegu, blask księżyca, plątanina zwierzęcych tropów.

Wszystko ciche, wszystko nieruchome.

Północ, zegar wybija godzinę. To Boże Narodzenie, wilcze urodziny, wrota przesilenia stoją otworem, pozwólmy im wszystkim wejść do środka.

Popatrzcie! Słodko i mocno śpi dziewczyna w babcinym łóżku, między łapami czułego wilka.



James Finn Garner, Politycznie poprawne bajki na dobranoc, Zysk i S-ka, 1997

Była sobie kiedyś młoda osoba nazywana Czerwonym Kapturkiem, która mieszkała z matką na skraju wielkiego lasu. Pewnego dnia matka poprosiła ją o zaniesienie koszyka ze świeżymi owocami i wodą mineralną do domku babci – rozumiecie: wcale nie dlatego, że to kobiece zajęcie, lecz ponieważ to dobry uczynek umacniający rodzinne więzi. Ponadto babcia wcale nie chorowała, ale była w pełni sił, zarówno fizycznych, jak psychicznych, i doskonale potrafiła zatroszczyć się o siebie, jak przystało na dorosłą osobę.

Tak więc Czerwony Kapturek ruszyła z koszykiem przez las. Wiele osób uważało go za niepokojące i groźne miejsce, od którego lepiej trzymać się z daleka. Jednak Czerwony Kapturek ufała swym budzącym się zmysłom na tyle, by nie lękać się tak oczywistych freudowskich symboli.

W drodze do babcinego domku Czerwonego Kapturka zaczepił wilk i zapytał ją, co ma w koszyku.

– Trochę zdrowej żywności dla mojej babci, która na pewno doskonale potrafi zatroszczyć się o siebie, jak przystało na dorosłą osobę.

– Wiesz co, moja droga? – ciągnął wilk. – Samotne przechadzki po lesie są niebezpieczne dla małych dziewczynek.

– Twój seksistowski tekst uważam za bezgranicznie obraźliwy – odparła Czerwony Kapturek – ale zignoruję go ze względu na twój tradycyjny status społecznego wyrzutka i wywołany nim stres, pod wpływem którego wyrobiłeś sobie własny, w pełni uzasadniony, pogląd na świat. A teraz wybacz, ale na mnie już czas.

Czerwony Kapturek powędrowała dalej główną ścieżką. Jednak wilk, który dzięki statusowi społecznego wyrzutka wyzbył się niewolniczego przywiązania do ciasnego, burżuazyjnego stylu myślenia, znał krótszą drogę do domku babci. Wpadł tam i skonsumował lokatorkę – co było całkiem prawidłowym postępowaniem typowego przedstawiciela mięsożernych. Następnie, nie skrępowany sztywnymi tradycyjnymi poglądami na to, co męskie, a co kobiece, włożył nocną koszulę babci i wlazł do jej łóżka.

Czerwony Kapturek weszła do domku i rzekła:

– Babciu, przyniosłam ci trochę żywności bez tłuszczu i konserwantów, w uznaniu dla twej roli mądrego karmiciela-matriarchy.

Z łóżka odpowiedział jej łagodny głos wilka:

– Podejdź bliżej, moje dziecko, abym cię mogła zobaczyć.

– Och, zapomniałam, że jesteś ślepa jak kret. Babciu, jakie masz wielkie oczy! – wykrzyknęła Czerwony Kapturek.

– Wiele widziały i wiele wybaczyły, moja droga.

– Babciu, jaki masz wielki nochal... oczywiście, to pojęcie względne, bo poza tym on wygląda dość atrakcyjnie – na swój sposób.

– Wiele wywąchał i wiele wybaczył, moja droga.

– Babciu, jakie masz wielkie zęby!

– Akceptuję to, kim oraz czym jestem – odparł wilk i wyskoczył z łóżka. Chwycił Czerwonego Kapturka pazurami, z zamiarem pożarcia. Młoda osoba wrzasnęła, bynajmniej nie z przestrachu na widok wilka-transwestyty, ale ponieważ z premedytacją naruszono jej nietykalność osobistą.

Wrzaski usłyszała przechodząca opodal osoba zatrudniona w gospodarce leśnej, czyli technik paliw drzewnych, dawniej zwany drwalem. Wtargnął do domku, zorientował się w sytuacji i usiłował interweniować. Jednak kiedy uniósł siekierę, Czerwony Kapturek i wilk zastygli w bezruchu.

– Co ty sobie wyobrażasz? – spytała Czerwony Kapturek.

Technik paliw drzewnych zamrugał i usiłował coś powiedzieć, ale odjęło mu mowę.

– Wpadasz tu jak jakiś neandertalczyk, przekonany, że wszystko można załatwić siłą! – zakrzyknęła młoda osoba. – Seksista! Dyskryminator! Jak śmiesz przypuszczać, że kobiety i wilki nie potrafią rozwiązać swoich problemów bez męskiej pomocy?

Usłyszawszy płomienną przemowę Czerwonego Kapturka, babcia wyskoczyła z wilczej paszczy, chwyciła siekierę osoby zatrudnionej w gospodarce leśnej i ucięła intruzowi głowę. Po tych przejściach Czerwony Kapturek, babcia i wilk znaleźli wspólny cel. Postanowili stworzyć alternatywną wspólnotę mieszkaniową, opartą na wzajemnym poszanowaniu i współpracy, i od tej pory żyli sobie szczęśliwi pośród lasu.

 
Na koniec inspirowany Czerwonym Kapturkiem kalendarz autorstwa Kate Beaton:

Kate Beaton (strona artystki)


Korzystałam z:

Bettelheim, Bruno (1985), Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni, tłum. D. Danek, Warszawa: PIW.
Grimm, Jakub i Wilhelm (2010), Baśnie dla dzieci i dla domu, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, Poznań: Media Rodzina.



http://pracowniawyrazu.amu.edu.pl/?p=901

(wpis ma poszatkowaną czcionkę, bo musiałam składać go niczym Doktor Frankenstein - w poprzednim poście się z tego tłumaczę - i nadal nie mogę go porządnie zedytować)

7 komentarzy:

  1. cale szczescie, ze mialam okazje poznawac basnie bez cenzury. martwi mnie to kastrowanie, czy udoroslanie, nie wiem w sumie ktore bardziej (chociaz panie z mrocznego kapturka byly bardzo ladne), ale z drugiej strony basnie ciagle ulegaja takim przeobrazeniom i tak naprawde sama klasyczna wersja bardzo czesto nie jest najwczesniejsza. Wszystko płynie.

    Czerwony Kapturek powędrowała dalej główną ścieżką. Jednak wilk, który dzięki statusowi społecznego wyrzutka wyzbył się niewolniczego przywiązania do ciasnego, burżuazyjnego stylu myślenia, znał krótszą drogę do domku babci - :D umarłam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta politycznie poprawna bajka, jest jak teksty, ktore musze czasem czytac na studia. dramat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam tę książeczkę :) Pan autor zrobił sobie bardzo piękne jaja. Pocieszę Cię, że czytając współczesne teksty o interpretacji baśni niestety również często muszę przegryźć masę takich cukierasków zanim wyłowię jakąś sensowną myśl. Jest o tyle dobrze, że nadal przeważa ilość interpretacji nad adaptacjami i możemy nadal obcować z niepoprawnymi politycznie, chociaż wykastrowanymi mocno baśniami.

      Przez długie lata głównie się łagodziło i puryfikowało, ale przebiegało to w ten sposób, że tłumacz, na przykład, zamieniał śmierć złej królowej z beczki nabijanej gwoździami na nagłą śmierć podobną do zawału ;) Ogólnie nie zmieniano raczej całej wymowy baśni klasycznych. Nie jest to fajne, bo wtedy oryginalne wersje baśni jednak giną i potrzebne są nowe tłumaczenia, a to naprawdę ciężka dola :D Jednak można uznać, że to zjawisko dość jednak niegroźne. Natomiast te współczesne zmiany w wydaniach dla dzieci mnie już smucą - wydaje mi się, że to już nie jest ewolucja, tylko podmiana ;) Wolę nowe baśnie, pisane zupełnie po autorsku. To trudniejsze, zdecydowanie.

      Baśnie w wersjach dla dorosłych to natomiast ciekawa sprawa, też raczej chyba trudna, bo jesteśmy strasznie przerafinowani, za bardzo już śmigamy po popkulturze - wszystko już było, trudno o coś więcej niż godziwą rozrywkę w takim wypadku.

      Usuń
    2. Zostawie sobie te poprawnie polityczne basnie na lata po studiach jak zatesknie za takim jezykiem. Tu sa jaja, ale sa teksty, gdzie ludzie tak pisza 100% serio i to jest... kind of creepy.

      Wlasnie te basnie dla doroslych, jak film o kapturku, czy sniezce, to wlasciwie nie wiem jaki maja target. Bo dla doroslych sa zbyt infantylne, dla dzieci za straszne. Dla nastolatkow meskich za babskie i pozostaje, ze sa dla dziewczyn nastoletnich. Bo i bohaterki w ich wieku i watki milosne. Takie wrzucenie basni do tego calego teenage romance jednak troche... no nie gra. przynajmniej ja jeszcze nie widzialam filmu gdzie by to zagrało.

      Usuń
    3. No, właśnie, jeśli chodzi o filmy, to nowa moda powoli się nakręca od jakiegoś czasu i jest w czym wybierać, ale faktycznie w porównaniu z mniejszymi produkcjami w temacie baśni etnicznych itp. te ekranizacje "klasyki" wypadają mniej urodziwie. Jeśli chodzi o wysokobudżetowe wydanie (i baśnie, a nie filmy fantastyczne czy z baśniowym klimatem) to Maleficent jest fajna jako baśń dla dzieci, ewentualnie młodszych nastolatków (wiele osób spodziewało się właśnie czegoś, co zadowoli w pełni dorosłego widza), nie sądzę, żeby osobom powyżej szesnastu, osiemnastu lat, jeśli nie nastawią się na bajkę dla dzieciaków, miał ten film więcej do zaoferowania (chociaż widziałam takie interpretacje, że ho). Alicja Burtona mnie dość rozczarowała, ale na tle innych podobnych produkcji, to właśnie dobry przykład filmu i dla dzieci i dla dorośniętych - tylko to końcowe przesłanie takie banalne ;) Nowa Śnieżka ze zmierzchową Bellą - wielkie nie, chociaż Królowa ciekawa. Mirror, Mirror, czyli pierwsza Śnieżka z tych ostatnich - całkiem zabawna i bardzo kolorowa satyra na współczesność (między innymi na durne media :D). Niedawno w kinach leciał musical Into the Woods, który żongluje motywami z baśni, ja nie zdążyłam zobaczyć, ale jeszcze nadrobię. W latach 90-tych powstała Śnieżka dla dorosłych - Snow White: A Tale of Terror (ciekawa, gotycka taka, zdecydowania dla dorosłych ;)).

      No i powstają takie rzeczy, jak Hansel and Gretel: Witch Hunters (w ogóle aktorskich wersji/adaptacji Jasia i Małgosi ostatnio było sporo). Miała być Śnieżka 3 w stylistyce kung-fu, ale Disney chyba przejechał się z budżetem.

      Myślę, że ponieważ mam tu z kilkanaście niezedytowanych wpisów, między innymi właśnie o filmach, to pojawi się gdzieś upchnięta taka seria.

      Usuń
    4. Maleficent jak na zlosc nie widzialam. Sniezka i Kapturek mnie wymeczyly i chyba cos jeszcze, ale nie moge sobie przypomnie co. Ta stara sniezke pamietam, moja matka ja ogladala a ja sie niezle straumatyzowalam :DD
      Into the woods podobalo sie moim znajomym, nie widzialam nie wypowiem sie.
      O rany no tak Alicja i Jas i Malgosia. :D nie wiem ktore gorsze.

      Usuń
    5. Alicja taka zła? :D Na tle innych tu wymienionych dzieł, to nie jest zły film. Moja opinia, oczywiście. Mię lubię. Burton ma najlepsze lata już za sobą, już przy panie Toddzie miał, zdecydowanie (chociaż gdyby to był lepszy film, to byłby dobrą satyrą na konsumpcyjny styl życia, jakoś sentymentalnie też chyba do niego podchodzę po latach ;)) Alicja jest prawie animacją, ale to prawie robi różnicę, mógł Burton zrobić po prostu animację w swoim starym stylu, byłoby chyba fajniej. Wydaje mi się, że film nadający się i dla dzieci i dorosłych, ale nawet nie pamiętam jaką miał kategorię wiekową^^

      Chciałabym zobaczyć tę Śnieżkę kung-fu :D Kto wie, może nie byłoby gorzej niż z wystrzałowym Jasiem i Małgosią (to chyba robił reżyser Zombie SS?)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.