niedziela, 22 lutego 2015

Śpiąca królewna, jej zamek i drastyczne sceny z życia księżniczek

W dzisiejszym wpisie przespacerujemy się komnatami iście disnejowskiego zamku, dowiemy się jaki rodowód ma znana baśń oraz ile powinno być wróżek. Będzie też troszkę o feminizmie. A zaczniemy zgodnie z kanonem. Otóż, moi mili, dawno, dawno temu był sobie zamek i był sobie pewien francuski baśniopisarz...

Henry Meynell Rheam, Sleeping Beauty, 1899


Charles Perrault, bo o nim mowa, opublikował La Belle au bois dormant razem z innymi baśniami w swoim słynnym zbiorze z 1697 roku. Napisał ją podczas pobytu na zamku w Ussé, który ma nie tylko ciekawą historię (i spis gości), ale także prawdziwie baśniową prezencję. I od zamku zaczniemy naszą dzisiejszą baśniologiczną przechadzkę po historii (zamków i literatury).

Edward Frederick Brewtnall (1846-1902)


Zamek królewny

Budowla miała szczęście do goszczenia więcej niż jednej literackiej persony. Innym ważnym piórem, które śmigało po papierze właśnie w zamku Ussé, było to, które dzierżyła dłoń René de Chateaubrianda. To tu, w 1817 roku pisał swoje Pamiętniki zza grobu. Historia zamku sięga jednak nie epoki Perraulta, a już na pewno nie romantyzmu, ale już XI wieku. Przenieśmy się więc w czasie.



Pierwszą fortecę w tym miejscu (nad rzeką Indre, w departamencie Indre-et-Loire) postawił Diabeł z Saumur, pan majątku, niejaki Guelduin. Jego potomni rozbudowali zamczysko, ale obecne, disnejowskie kształty zawdzięcza przeróbkom pięstnasto- i szesnastowiecznym. Obiekt, któremu przyglądamy się dziś, powstał, gdy zabrał się za niego hrabia Sancerre, Jean de Bueil, a dzieło kontynuował jego syn, Antoine. Ten dzięki swojej żonie, a konkretnie dzięki jej posagowi (była nieślubną córką Karola VII) przeprowadził dalsze rozbudowy. Poległ niestety finansowo i rezydencja została sprzedana. Nowy właściciel, Jacques d'Espinay zabrał się za dalsze działania energicznie, ale w drugiej połowie XVI wieku rodzina d'Espinay  musiała już zamek sprzedać. Tym razem właścicielką została Suzanne de Bourbon, która przekazała go córce Louise de Rieux.



Dolina Loary, jak zapewne moi czytelnicy dobrze wiedzą, oferuje turystom do zwiedzania bajkowe francuskie zamki, które po prostu trzeba zobaczyć. Ussé z pewnością nie jest jedynym adresem, pod który należałoby się udać, ale pamiętajcie o nim, gdy będziecie planować wycieczkę. Za urodą tych budowli stoi nowy pomysł na rezydencję, który pojawił się we Francji pod koniec wojen italskich. Wtedy to zapanował pokój, dawne średniowieczne zamki straciły swoją funkcjonalność. Walezjusze powrócili z Włoch z konceptem jak wzbogacić sztukę i styl życia o włoskie elementy, a średniowieczną Francję nieco odświeżyć. Kolejni władcy zaczęli naśladować wzorzec, który powstał w renesansowych Włoszech. O królewskiej potędze miały odtąd świadczyć nie siła militarna, ale przepych dworu i umiłowanie kultury. Arystokraci francuscy sprowadzali włoskich artystów, aby powstały nowe, renesansowe rezydencje. Nawet, gdy Franciszek I przeniósł się z powrotem do Paryża, Dolina Loary pozostawała dla arystokratów miejscem odpoczynku.




Kolejnymi właścicielami Ussé byli Henri de Savoie i Thomas Bernin, markiz Louis Bernin de Valentinay (któremu zamek zawdzięcza ogrody i który przyjął tu właśnie naszego baśniopisarza). Zamek pozostawał w rękach rodziny Bernin do 1780. W 1807 nowymi właścicielami obiektu zostali książąta de Duras, a następnie książęta de Blacas, którzy do dzisiaj są gospodarzami zamku (częściowo udostępniają go zwiedzającym). 


Gustave Doré's, ilustracja do Śpiącej królewny, 1867 (Les Contes de Perrault, 1897)

Zamek stał się pierwowzorem dla baśniowej rezydencji nie tylko dlatego, że znalazł się tam sam baśniopisarz, ale także dlatego, że w jego czasach otaczały to miejsce gęste lasy, trudne do przebycia. Dziś można podziwiać na zamku wystawę figur woskowych, które przedstawiają sceny z baśni.

Pewien Włoch, pewien Francuz i Różyczka

Perrault nie był pierwszym baśniopisarzem, który napisał o uśpionej królewnie. Wcześniej, bo w 1634(36) roku, opublikowano baśń włoską, Sole, Luna, e Talia. Autorem był Giambattista Basile. Jego wersja baśni znalazła się w zbiorze Lo cunto de li cunti overo lo trattenemiento de peccerille. 




Giambattista Basile to zupełnie zapomniany baśniopisarz, więc postanowiłam nieco odkurzyć tę postać i przywrócić jej należne miejsce w szeregu innych.  Był pisarzem i dworzaninem. Zasłynął właśnie głównie zbiorem baśni (to był czasy!). Wspomniany zbiór został napisany w dialekcie neapolitańskim. Zawiera utwory oparte na ludowych opowieściach, autor nie korzystał z żadnych literackich pierwowzorów. Baśnie zostały wydane już po śmierci Basile'a, więc rozminął się ze sławą na ostatnim zakręcie. Tytuł zbiorku można przetłumaczyć, jako Baśń nad baśniami (Festyn tłuścioszek). Późniejsze wydania były zatytułowane Pentamerone, a to ze względu na strukturę podobną do Dekameronu Boccaccia. Autor podzielił zbiór 50 baśni na 5 dni i połączył ramową opowieścią. Dodatkowo warto wspomnieć, że to dzieło typowo barokowe. Znajdziemy w nim wyszukane środki stylistyczne, wytworne słownictwo, odniesienia do życia dworskiego. Tak właśnie pisano baśnie w XVII wieku. Warto o tym pamiętać. Odbiorcą były być może także i dzieci, ale dzieci wykształconych elit. Baśń literacka była ówcześnie zabaweczką dworskiego życia, literackim drobiazgiem. Nikt jeszcze nie myślał o tym, że jej szlachetna pozycja zostanie zdegradowana kiedyś do roli usypiacza z dziecięcego pokoju i będzie się po baśniach oczekiwać prostego języka. Zbiór baśni pana Basile zawiera utwory bardzo podobne do tych, które znany z klasycznych zbiorów Perraulta czy braci Grimm. Nie ma w tym nic dziwnego, bo były tłumaczone na kilka języków i krążyły swobodnie po Europie.

Edward Burne-Jones (1833-1898)



Wróćmy jednak do naszego Francuza. Perrault podzielił swoją wersję opowieści na dwie części. I tu być może Was zaskoczę - jest bardzo prawdopodobne, że znacie tylko pierwszą część, bo druga jest często pomijana we współczesnych wydaniach. Dzieje się tak nie bez powodu. Perrault uchodzi za tego "łagodniejszego" papę baśni. Przy nim bracia Grimm jawić się mają jako germańscy okrutnicy, ale uważam, że to opinia niezasłużona (dla obu stron). Już na przykładzie Czerwonego Kapturka, pozbawionego szczęśliwego zakończenia, mogliśmy zobaczyć, że Charles nie bał się okrucieństwa i w jego epoce istniało przyzwolenie na to, by baśń straszyła z całą mocą. Drastyczność i surowość opowieści, które pojawiają się w ustnych, ludowych wersjach, przepuścił oczywiście przez wykwintne poczucie smaku królewskiego dworzanina i stąd przekonanie, że Perrault to taki salonowy piesek baśniopisarzy. Za tą opinią stoi także długa już tradycja krojenia oryginalnych literackich baśni i pakowania ich do często nawet anonimowych zbiorków "dla dzieci".


ilustracja do książki Śpiąca królewna, publikacja Księgarni Konstantego Trepte Warszawa, 1900



W przypadku Śpiącej królewny Perrlault amputacji dokonano na drugiej części ze względu na jej drastyczność. Pierwsza jest doskonale znana, więc nie będę jej przywoływać. Warto tu tylko wspomnieć, że Perrault poprzestaje na siedmiu dobrych wróżkach i jednej złej, gdy Grimmowie piszą o dwunastu i trzynastej. I to nie wróżkach, ale mądrych niewiastach. Wszystko odbywa się zgodnie z oczekiwaniami, czyli dziecko, chrzciny, wróżki, zaklęcia, wrzeciono, uśpiony zamek i książę. Pod koniec tej części odbywa się impreza zaręczynowa. 


Alexander Zick (1845 - 1907), ilustracja umieszczona w wydaniu Märchen, Grot'scher, Berlin 1975

Walter Crane

Edward Burne-Jones (1833-1898)

Harry Clarke (1889-1931), ilustracja z wydania baśni Perraulta London Harrap, 1922

Harry Clarke (1889-1931), ilustracja z wydania baśni Perraulta London Harrap 1922



Drugą część rozpoczyna szczęśliwy etap pożycia małżeńskiego. Jest ładniusi zamek, ładniusie dzieci (chłopiec i dziewczynka). I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden mały szczegół, o którym książę widać zapomniał. Otóż, teściowa ocalonej królewny okazuje się być ludożerczym potworem. Jej ulubionym przysmakiem zaś jest pieczeń z małych dziatek. Książę-ryzykant udaje się gdzieś ze swoimi książęcymi sprawami, a zła królowa wysyła w tym czasie dzieci i ich matkę do lasu. Tam już czeka zaufany kuchmistrz, który ma dzieciaczki odpowiednio przyrządzić. Kucharzyna jednak ma miękkie serce i przygotowuje dla złej królowej potrawę z koziny i baraniny. Babsko niesyte, ale oszukane każe sobie podać również pieczeń z małżonki syna, lecz ten podaje jej upieczoną łanię. Królowa odkrywa jednak podstęp i postanawia się zemścić na słudze. Przygotowuje wannę pełną żmij i zamierza dopełnić ją synową, jej dziećmi i kucharzem. Oczywiście, na ratunek przybywa jednak książę, który widać tylko taką ma rolę pisaną w życiu, a zdemaskowana królowa sama rzuca się do wanny. 

Możliwe, że w tym wypadku Perrault poczuł chęć dopisania opowieści końcówki, która uczyniłaby zadość baśniowemu wyrównaniu rachunków (które wbrew pozorom wcale nie pojawia się tak często), a nie tylko rymowanego morału. Ukaranie podłości zdarza się w baśniach nagminnie i stąd przyjęło się uważać, że pełnią one rolę "oczyszczającą". W życiu równie rzadko zdarza się, że zło zostaje należycie ukarane, jak rzadko zdarza się spotkanie mężczyzny o szlachetnych przymiotach prawdziwego księcia. Takie wydarzenia można śmiało włożyć między bajki, które rzadko się materializują :D

Edward Burne-Jones (1833-1898)



Baśń o śpiącej królewnie istnieje oczywiście również w wydaniu braci Grimm. Spisali oni ustną wersję, która krążyła po Francji jako wariant utworu Perraulta. Wiele utworów braci Grimm miało rodowód francuski, ale długo uchodziło za baśni o niemieckich korzeniach ludowych. Pisząc o tych baśniopisarzach (mam taki zamiar) rozwinę nieco temat.

W wersji Perrault  śpiąca królewna jest po prostu Królewną, ale bracia nadali jej imię. Tytuł oryginalnej baśni to Dornroschen, czyli Cierniowa Różyczka. Imię nawiązuje do żywopłotu, który otaczał zaczarowany zamek. Poza tym w wersji braci Grimm pojawia się wątek, który często możemy spotkać w baśniach. Otóż, królewska para, której córką będzie dziewczyna, jest bezdzietna i chciałaby mieć dziecko, a królewna jest wyczekiwanym cudem.

Feminizować czy nie?

Śpiąca królewna jest baśnią, której nagminnie obrywa się za jej niezgodny z feministycznymi pragnieniami wydźwięk. Specjalnie piszę o pragnieniach, nie poglądach czy przekonaniach, bo chodzi mi właśnie o to, że niektóre osoby powołujące się na feminizm (nie wiem, czy słusznie) chcąc zmieniać świat (słuszne), chcą również pozmieniać stare baśnie (niesłuszne). Śpiąca królewna to dziewczę czekające na swojego księcia, istota bierna. Rozumiem, że to się nie podoba. Mi też nie bardzo. Natomiast nie sądzę, żeby grzebanie w tym, co dawne, ocenianie tego z perspektywy współczesności (i naszych współczesnych problemów), odrzucanie, naznaczanie, próby dekonstrukcji tego po to tylko, żeby dzieciaki czytały "właściwe" wersje było naprawdę właściwe. Powinniśmy zajmować się zjawiskami współczesności, tworzyć nowe baśnie lub dekonstrukcje, które same będą miały w sobie siłę baśni. To samo robili historyczni baśniopisarze. Ich poglądy i przekonania są tylko wierzchnią warstwą, lśniącym ówcześnie, dziś poprzecieranym lakierem. Nic dziwnego, że mogą nie pasować do współczesnych poglądów czy przekonań. Na tym także polega "dawność" baśni, która przydaje im specyficznego, magicznego blasku. Pod spodem mieni się tysiącem odcieni cały kosmos kultury ludowej, dawnych opowieści, utajonego życia psychicznego, silnych, bardzo starych symboli... Wybaczcie, ale nie oddałabym jednej takiej baśni za milion "poprawnych feministycznie" (czy w jakikolwiek inny sposób).

Walter Crane (1845 - 1915)


Piszę o tym, bo kilka osób pytało mnie o feministyczne interpretacje baśni - czy będę o nich pisać i czy je pochwalam. O ile będzie to miało uzasadnienie, to tak, będę czasami pisać o szeroko rozumianych interpretacjach feministycznych! Natomiast próba przedstawienia ogółu poglądów, ideologizacji czy szczegółów takich interpretacji przekracza ramy tego bloga. Tym bardziej próba polemiki, a w niektórych punktach warto byłoby się jej podjąć. Każdy może się zapoznać z nimi na własną rękę. Chociażby dzięki wywiadom dostępnym w internecie (których feministyczne interpretatorki udzielają chętnie). Dotyczy to również zresztą wszelkich innych "nurtów" interpretacyjnych. Współczesne feministyczne interpretatorki często odwołują się do psychoanalizy, bo psychoanaliza badała sprawy płci, seksu i relacji z rodzicami (najważniejsza dla feministek jest relacja z matką), a tymczasem uniwersum baśni jest bardzo bogate i pomijanie lub podporządkowywanie jakiejś jednej innych kwestii kulturowych (rodowód ludowy i ludowa wizja świata, wędrujące wątki, romantyczność i funkcje grozy, pozostałości mitologii, zaginionych tradycji, rytuałów itd.) budzi mój sprzeciw. Sprawia to, że interpretacje czy to psychoanalityczne czy feministyczne uważam za ciekawe, ale bardzo często znajduję w nich uogólnienia, z którymi się nie zgadzam.


Dekonstrukcje klasycznych baśni utrzymane w duchu feministycznym, moim zdaniem, mają sens tylko o tyle, o ile bronią się po prostu jako baśnie. Inaczej dojdziemy do momentu, w którym coś zostaje uznane za dobre dlatego, że spełnia wymogi ideologiczne, a chyba już to przerabialiśmy i wiemy jakie są tego skutki. Rzadko taka dekonstrukcja porusza się na kilku poziomach i buduje nowe, silne znaczenia (tu ciekawym zjawiskiem jest feministyczna, ale niezamykająca się ideologicznie praca Biegnąca z wilkami, o której kiedyś napiszę). Najczęściej niestety sprowadza się do schematu "Kopciuszek sobie poradzi sam". Dorastające dziewczęta wcześniej czy później dowiedzą się, że Kopciuszek musi sobie radzić sam, zwłaszcza, jeśli jest tak, jak piszą niektóre feministki - że mamy kryzys męskości, z czym jestem w stanie się zgodzić. Żadne baśnie im w tym ani nie przeszkodzą ani nie pomogą. Wolałabym, żeby feminizacja baśni przebiegała w ten sposób, że jej owocami jest odkrywanie na nowo siły kobiecości i kobiecej wspólnoty.

Na koniec tradycyjna niedzielna wróżka ode mnie.

Florence Mary Anderson, z The Black Princess and other tales from Brazil, źródło

Informacje o zamkach oraz Giambattiście Basile czerpałam z Wikipedii.

Poza tym:
Charles Perrault, Bajki Babci Gąski, tłum. Hanna Januszewska, Czytelnik, 1962
i "wydanie" oryginału: TU
Wilhelm i Jakub Grimm, Baśnie dla dzieci i dla domu, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, Media Rodzina 2010  i oryginał z wydania 1857 roku: TU

(niepodpisane zdjęcia pochodzą z Wikipedii oraz z albumu rodzinnego)

8 komentarzy:

  1. "bo chodzi mi właśnie o to, że feministki chcąc zmieniać świat (słuszne), chcą również pozmieniać stare baśnie (niesłuszne) (...) nie sądzę, żeby grzebanie w tym, co dawne, ocenianie tego z perspektywy współczesności (i naszych współzesnych problemów) (...) było właściwe. Powinniśmy zajmować się zjawiskami współczesności, tworzyć nowe baśnie (...) które same będą miały w sobie siłę baśni"

    Jakbyś z ust mi to wyjęła. Zmiany feministyczne niech zachodzą nie drogą rewolucji i zniszczenia, tylko ewolucji i tworzenia.
    Swoją drogą, byłam dziś w nastroju na rysowanie scen bbaśniowo-mitologicznych i kiedy dostałam powiadomienie o jakimś nowym poście, pomyślałam sobie, że coś od Absyntowej byłoby w sam raz na wieczór. No o proszę, chciałam, to mam, i to jeszcze z takimi pięknymi ilustracjami. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moje wpisy mogą inspirować :) Ja w gotowym wpisie części ilustracji nie widzę. Widzę za to, że blogspotowe ustrojstwo znów samo poustawiało sobie moderację komentarzy :/ Może to tylko chwilowe.

      Zdecydowanie popieram nie zwalczanie i ustawianie się w opozycji (chociaż czasami trzeba się głośno czemuś sprzeciwiać), ale jakieś pozytywne programy. Niestety, tych jest zazwyczaj znacznie mniej ;)

      Usuń
  2. Feminizm zapędził się w ślepą uliczkę niestety i szuka problemów gdzie ich nie ma, często tworząc je na siłę, zamiast zająć się czymś poważnym, takim jak sytuacja kobiet na rynku pracy choćby. Nie ma co pisać baśni, czy mitów na nowo, tym bardziej, że one często bywają bardziej prokobiece niż powierzchownie mogłoby się do wydawać, ale krzyki tak zwanych "feministek", bo one, nie ukrywajmy nie mają zbyt wiele wspólnego z ideami pierwszej czy drugiej fali, skutecznie zagłuszają znacznie łagodniejsze sygnały i mądrzejsze interpretacje. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Chylę czoła przed fantastycznym nickiem :D

      Usuń
  4. Witaj,
    czy na polskim rynku istnieje wydanie Pentamerone?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, witam :)
      nie jestem pewna czy istnieje samodzielny przekład w języku polskim, który byłby "autentycznym" tłumaczeniem baśni Basile'a. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie ma jakiegoś tłumaczenia opartego na opracowaniu tych utworów, którego dokonał B. Croce, ale musiałabym jeszcze poszukać. Baśnie włoskie nie są w Polsce zbyt popularne (chociaż niedawno wyszło przepiękne wznowienie zbiorku Calvino) i być może to jest powodem, że Basile obecny jest na rynku chyba jedynie w postaci wydania "Najpiękniejsze baśnie - Basile" (Polska Oficyna Wydawnicza BGW) - bardzo złagodzona wersja i hym, wybiórcza (oryginalnie baśni jest 50). W takim wypadku najlepiej chyba poszukać czegoś w innym języku, np. po angielsku.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.