wtorek, 20 stycznia 2015

Judith (Judyta) Leyster, pierwsza niderlandzka mistrzyni

Rembrandt i Vermeer - nazwiska, które pojawiają się zawsze, gdy pada pytanie o sztukę XVII wieku. Gdzieś tam dalej Hals czy van de Velde, gdy dodamy, że tak, chodzi nam o Niderlandy. Malarstwo holenderskie tej epoki jest ogromnie ważnym punktem na mapie sztuki nowożytnej Europy. Czy nie ma tam żadnych wartych uwagi, tworzących kobiet? Moje blogowe wyzwanie z tego roku - przedstawić Wam co miesiąc artystkę z grona tycg, których nazwiska wypadałoby znać, a tak rzadko się o nich pamięta. Postaram się omijać te najbardziej, jak mi się zdaje, rozpoznawalne. Serię rozpocznie wesoła twórczość Judith Leyster.





Urodzona w 1609 roku w Haarlemie, zmarła w 1660 w Heemstede. W 1633 roku została mistrzem w gildii św. Łukasza w swoim rodzinnym mieście. Jako pierwsza kobieta! Tyle daty. Porównuje się ją do Halsa i określa jego konkurentką (być może u niego uczyła się malarstwa) - radosną atmosferę znaną z jego płócien doskonale widać także w jej pracach, zwłaszcza tych "pijackich" ;) Mówiąc o wesołej twórczości wyrażam się bardzo dosłownie:






Pobawmy się jednak w ten sposób, że olejemy starą szkołę opisywania i opiniowania twórczości malarzy za pomocą porównań do kogoś wszystkim doskonale znanego (uznanego). Ta postwolfflinowska analiza dzieł ma jedną poważną wadę, zwłaszcza w odniesieniu do twórczości kobiet. Służy do ustalania miejsca artysty w hierarchii i każe pytać o prestiż, a to bardzo krzywdzące dla kobiet tworzących w czasach, gdy siłą rzeczy ich wysiłki zawsze wyglądają na odosobnione na tle całego tłumu mężczyzn. W porównaniu mamy dwa bieguny i chcący-niechcący w hierarchii prestiżu zawsze jeden będzie mistrzem, a drugi uczniem. Takie postawienie sprawy oznacza, że będzie się wydawało, że artystki nie tworzyły niczego nowego, a ponadto nie miały większego wpływu na innych. 

Jest okazja, więc napiszę też od razu, że sprzeciwiam się wszelkiej izolacji twórczości kobiet. Tworzenie bezpiecznych schronień, gdzie można umieścić "kobiecą sztukę" czy "kobiecą literaturę" ma wspaniałą ideę za sobą, ale niestety skutek jest podobny jak w procederze wyżej. Chciałabym, żebyśmy widzieli artystki tak, jak one widziały siebie. Były częścią świata, w którym żyły, także świata artystycznego.

Poza scenami rodzajowymi, Judith malowała także portrety i co charakterystyczne dla postrzegania tzw. "sztuki kobiecej" - kwiaty. Bawi mnie przypinanie łatki nowożytnemu malarstwu kobiet - "baby malowały kwiatki". No, prawda. Ale co w tym złego? W wielu przypadkach dobrze namalowany "kwiatek" bije na głowę przekombinowane sceny batalistyczne. A co znaczy dobrze?




Kolekcjonuję ryciny botaniczne. Poza wiernym odwzorowaniem natury, ważne okazują się być kolorystyka i przede wszystkim fantazja, która nadaje schematycznemu, "naukowemu" rysunkowi specyficzny rodzaj życia. Kogoś, kto kocha świat przyrody nie interesuje tylko sucha precyzja i surowizna faktów, ale także puls istnienia, który został uwieczniony na rycinie. Jakiś drobny szczegół, ujmujący detal, owad zerkający nieśmiało z łodyżki, smętnie opadający płatek... Dopiero taka rycina sprawia, że serce zbieraczowi bije mocniej. Do kwiatowej tematyki wrócę jeszcze niejeden raz, bo jak wspomniałam - baby malowały kwiatki.





Judith należy do niderlandzkiej "trójcy" artystek, które tworzyły w zdominowanym przez mężczyzn świecie - pozostałymi były Rachel Ruysch i Maria van Oosterwijck. Bohaterka naszego odcinka była odważnym malarzem. O jej obrazach mówi się, że konkurują z twórczością Halsa w tych samych tematach: portrety, dzieci, sceny gry na instrumentach, tańca. Ale znana jest również z innowacyjnych i sugestywnych scen nocnych, w którym eksperymentowała z subtelnymi efektami światła i cienia. Śmiałością cechuje się nie tylko wybór tematów (ambitny!), ale również jej pędzel - malowała z uczuciem, ekspresyjnie, czuć w pociągnięciach swobodę, którą ja nazywam "oddechem". Nie była tylko naśladowczynią swojego starszego kolegi.












Jako mistrzyni Leyster mogła mieć własny warsztat i uczniów. To bardzo ważne. Sztuka tworzona przez kobiety mogła być przekazywana dalej kobietom. Nam wydaje się to zupełnie oczywiste, że możemy malować, ale polecam wychylić się na chwilę z wygodnego, zachodniego świata. Poczytać, na przykład, Miasto kłamstw Ramity Navai - we współczesnym Iranie za udział w lekcjach rysunku, jeśli się jest kobietą, można zostać aresztowanym. Za akty kobiece grozi proces o pornografię. A pornografia karana jest śmiercią.




O tym jaką byłaby mistrzynią dla swoich uczniów, wiemy niewiele. O tym, jak wyglądała jej droga artystyczna także. Pozostał opis, jak serwuje na jej temat Samuel van Ampzing w Beschrijvinge ende lof der stad Haerlem in Holland: in Rym bearbeyd (Opis i pochwała miasta Haarlem). Poemat został wydrukowany w 1628 roku, kiedy Leyster miała dziewiętnaście lat. Ampzing sugeruje, że pracowała w pracowni Pietera de Grebbera i być może także u wspomnianego Fransa Hals. Nonszalancka poza, pełen radości wyraz twarzy sugerują, że czuła się dobrze w roli artystki (swoją drogą, wątpię w to, że malowała w takiej wielkiej kryzie ;)).  



   
Zdjęcie autoportretu w podczerwieni ukazuje nam jego pierwotny zamysł. Artystka początkowo chciała pokazać siebie malującą portret - być może nawet autoportret. Zdecydowała się jednak na przedstawienie sceny z muzykiem. Dlaczego? Obrazy z muzykami cieszyły się wówczas dużą popularnością. Był to rodzaj malarskiego zamówienia, który bardzo się opłacał artyście. Klienci chcieli mieć wesołe obrazy przedstawiające wesołych ludzi, by powiesić je w swoich domach, by pod nimi biesiadować. Nastrajały do tego, by samemu zacząć grać, śpiewać i tańczyć. Autoportret pełnił w tamtych czasach także rolę reklamy twórczości. Artystka musiała przekazać na nim informację (sugestywnie!) o tym, że jest zacnym malarzem, skazanym na sukces. I, że chętnie namaluje klientowi to, czego on chce. Zna się na tym. Specjalizuje.


Ampzing pisze o niej "śmiała i inteligentna". Eksperymentowała, jak już wspomniałam z efektami oświetlenia, co przybliża jej twórczość do malarstwa Rembrandta i caravaggionistów z Utrechtu i świadczy o jej odwadze i oryginalności na tle innych. Nie podróżowała do Rzymu, gdzie mogła złapać bakcyla caravaggionizmu, więc można się spodziewać, że to jej własny temperament twórczy ciążył ku poszukiwaniom formalnym.




Pomimo talentu i ambicji Leyster, niewiele z jej prac zachowało się do dziś. Do końca XIX wieku jej dzieła były praktycznie nieznane i często przypisywane innym artystom. Jedną z możliwych przyczyn zapomnienia w jakie popadła jej twórczość może być zamążpójście (wyszła za mąż za Jana Miense Molenaera, który również był malarzem). Niestety, tak to wtedy wyglądało. Od tego momentu jej twórczość powoli się przesuwa na dalszy plan. Badacze uważają, że jej obrazy powstałe po roku 1636 mogły być owocem współpracy z Molenaerem, ale co do tego nie ma pewności.

Oto jak prezentuje się ze swoim mężem na jego obrazie (uderza różnica malarskich temperamentów; pan mąż zdecydowanie lubił, gdy wszystko było ładnie wygładzone i poukładane):






Na koniec ciekawostka:
Leyster podpisywała obrazy w sprytny sposób. Jej nazwisko oznacza w ówczesnym języku niderlandzkim Gwiazdę Polarną, ją samą można określić jako "gwiazdę" sztuki swoich czasów. Sama także chyba w ten sposób o sobie myślała i wykombinowała monogram, w którym pojawia się spadająca gwiazda.





(znowu mam problem z podpisami pod zdjęciami, pozwolę sobie uzupełnić je później, gdy już da się to zrobić)

źródła:
Encyklopedia malarstwa flamandzkiego i holenderskiego, Warszawa: Wydaw. Artystyczne i Filmowe; Wydaw. Naukowe PWN, 2001
http://www.nga.gov/content/ngaweb/Collection/highlights/highlight37003.html






2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa twórczość, chociaż pani gwiazda polarna wyjątkowo często malowała ludzi w strasznych, klaunich uśmiechach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można nawet powiedzieć, że to jej znak rozpoznawczy. Niektóre obrazy wyglądają wręcz jakby uwiecznila na nich jakieś uliczne przedstawienie. Widać taki typ "wesolka" (lepsze angl. określenie merrymakers) na ścianie całkiem się podobał heheh

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.