niedziela, 25 stycznia 2015

Absynt prawie w kimonie oraz inne atrakcje, czyli dżaponizmy 2014


Prawie w kimonie, bo w yukacie, a yukata prawilnym kimonem nie jest. A inne atrakcje to parę drobiazgów dżaponistycznych. Jeśli reflektujecie na Absynt podany w takich okolicznościach przyrody, to zapraszam (przy okazji macie przedświąteczne lampki w gratisie)!


I teraz tak: yukatę sama ubierałam po raz pierwszy i to zadanie zdecydowanie mnie przerosło (zwłaszcza obi :D), a więc zamieszczam te zdjęcia tylko jako przyrodniczą ciekawostkę. Nikogo nie namawiam do naśladowania mnie, nie odpowiadam za skutki (zresztą, jak na osobę o alkoholowym nicku przystało - nigdy nie odpowiadam za to, co robicie pod moim wpływem, dokładnie tak, a nie inaczej ;)). Znajomość teorii, ba, nawet znajomość praktyki z cudzej ręki, jak widać, nie sprawiła, że zadanie zostało wykonane poprawnie. Obi jest oczywiście zamotane byle jak, bo moje desperackie próby walki z tym 4 metrowym kawałkiem sztywnego materiału skończyły się niechlubnym machnięciem ręką. Brak dodatków. No i fałdka, którą trzeba zrobić z nadmiarowego materiału nie jest zbyt piękna, ale pocieszam się tym, że współcześni młodzi ludzie mieszkający w Japonii też potrzebują pomocy nauczycieli kitsuke (może nie do yukat, ale z tego, co wiem zawiązanie obi w najprostszym stylu też sprawia im niemałe problemy). Zdecydowanie wolałabym, żeby w kimono ubrała mnie koleżanka Japonka.


Przy okazji dwa słowa wytłumaczenia - yukata nie jest w zasadzie kimonem w klasycznym rozumieniu tego słowa. To strój bardzo nieformalny (nawet taka porządna, piękna yukata, jaką mam na sobie), nie wymaga specjalnej bielizny, kołnierzyka, śmiechowych skarpetek do bucików (tabi). W zasadzie mogłabym sobie nawet darować tradycyjny japoński obuw, bo dziś do yukaty nosi się także sandałki i całą resztę współczesnego stroju. Podobają mi się zwłaszcza stylizacje z kapeluszami. Yukaty tradycyjnie nosi się latem, ubiera na festiwale (święta). Nie jest to do końca ten sam strój, który możemy spotkać w różnych SPA i innych przybytkach hedonizmu, nie jest to do końca to, co nosi się "po domu", jako szlafroczek/piżamkę. Moja yukata jest prawdziwym japońskim nabytkiem, nadającym się do wyjścia "na miasto" (gdybym nie mieszkała w Toruniu, gdzie wyjście w takim stroju wywołuje duże zainteresowanie ;)). Yukata jest oczywiście odzieniem typowo letnim i przyszła do mnie w lipcu, czyli jak bogowie przykazali, ale tak naprawdę wzięłam się za nią w grudniu, bo wcześniej nie miałam okazji. Moja nieśmiałość spowodowana była proroczym przewidywaniem, że moje sam na sam z tym strojem skończy się tak mniej więcej, jak się skończyło.




Kupiłam ją razem z  obi przeznaczonym do tego typu stroju (to "najprostszy" pas obi) i nałożyłam buciszcze - zōri we współczesnym stylu. Moje wykonane są z drewna paulowni. To chyba nie jest do końca prawidłowe zastosowanie tych butów (możliwe, że powinnam założyć geta - inny typ obuwia), ale nie są jakoś specjalnie "wyjściowe", uznałam więc, że nie będą się za bardzo gryzły się z resztą.  Razem z yukatą przyszły też inne japońskie zakupy, między innymi, ten rozkoszny wachlarzyk.

 

W 2014 roku do moich dżaponizmów dołączyły piękne drzeworyty, które pokażę przy innej okazji, parę drobiazgów, książki i czajniczki.


pudełeczko do bento - w końcu zaopatrzyłam się w słuszne

A teraz kącik intelektualisty, czyli księgi. Większość z nich prawdopodobnie będzie jeszcze tu miała swoje własne pięć minut, bo stanowią dobry wstęp do rozumienia kultury (i przez to sztuki) japońskiej - miałam się wyspowiadać dla chętnych, ale teraz napiszę po dwa, trzy zdania na temat każdej z nich. Znając mnie - tych zdań będzie jednak więcej...




Od dołu: 

Kaligrafia japońska, Yuuko Suzuki, Oficyna Wydawnicza READ ME - przyjemny podręcznik do nauki kaligrafii. Warto spróbować swoich sił w tej sztuce.

Bardzo ładnie wydana książeczka ze wzorami origami - niestety nie udało mi się złożyć nawet połowy :D (Origami, Ashley Wood, Wydawnictwo Arkady)

Wprowadzenie do Bushido, Daidoji Yuzan Shigesuke, Diamond Books - absolutna klasyka dla fana tradycyjnej kultury japońskiej - i tu się wyda, że nie interesuję się tylko gejszami, ale także samurajami :D Może kiedyś zobaczycie mnie tu także z mieczykiem w ręku (patrząc na moje miny, zdaję sobie sprawę, że łatwiej byłoby mi się chyba wczuć w samuraja niż w gejszę). Tej książce na pewno poświęcę tu trochę miejsca, bo mimo lat, które upłynęły od napisania tej rozprawy przez autora, jest to tekst zaskakująco aktualny. I wydanie też niczego sobie.

Kolejna klasyczna pozycja na liście. Coś, co nie tylko warto przeczytać, ale przede wszystkim warto mieć pod ręką, żeby czasami zajrzeć. Książka, którą bez namysłu poleciłabym każdemu kto chciałby historię kultury japońskiej połknąć w pigułce - z serii Ex Oriente - Kultura japońska, Paula Varleya, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie bałabym się określenia jej jako arcydzieła w swoim gatunku. Rzecz podstawowa, niezbędna i do tego fantastycznie napisana. Perła w mojej podręcznej biblioteczce japonistycznej.

Kolejne przekrojowe opracowanie. Japonia. Leksykon, cywilizacje, Rossella Menegazzo, Wydawnictwo Arkady. Uważam, że takie książki są przydatne, nawet jeśli nasze spotkania z kulturą są już raczej pogłębione. Jako taka osoba mogę też wyłapać wszystkie minusy publikacji, których tu nie brakuje. Cieszę się jednak, że ją kupiłam, a dlaczego napiszę przy innej okazji.

Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy, Krzysztof Gonerski, Kwiaty Orientu
- dostałam w prezencie. Ciekawa praca. Znów plusy i minusy warte głębszego namysłu. Treść tej książki odnoszę nie tyle do znajomości japońskiego kina grozy (tu mamy także kinematografie innych dalekowschodnich krain), co do swojego zainteresowania niesamowitością w folklorze i tym jak to funkcjonuje w kulturze współczesnej.

Następna książka, klasyczne opracowanie mitów Ajnów, już gościła na łamach blogaska, o TU.

Dalej czytane już w celach tylko rozrywkowych, więc nie wiem, czy jeszcze tu kiedykolwiek trafią:

W Japonii, czyli w domu, Rebecca Otowa, Świat Książki - muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś innego. Czyta się miło, chociaż mam wrażenie, że tłumaczenie poległo w paru miejscach. Nie podejrzewam autorki o takie babole, jak określanie yukaty (o! właśnie, właśnie!) letnim kimonem, bo w końcu mieszka w Japonii od dość dawna i naprawdę wrosła w tę kulturę. Odstrasza nieco okładka i sposób wydania, który przywodzi na myśl raczej osobisty pamiętnik (z ilustracjami autorki) niż książkę dla mas. Okazuje się jednak, że treść jest dość interesująca, a i pomysł z "pamiętnikowym" klimatem przestaje drażnić. Tym właśnie jest ta książka - pamiętnikiem, czy też może garścią wspomnień i podsumowań, jakie przedstawia nam autorka. Osobista forma opowieści kojarzy mi się z wieczorkiem spędzonym u jakiejś cioci, która opowiada jak to jest u niej na japońskiej prowincji. Rzecz interesująca również dla tych, którzy znają Japonię tylko przez pryzmat miasta (czyli dla mnie!). Nie jest to kunsztownie wystylizowana, barwna historia obyczajowa, nie jest to praca przedstawiająca nam lajfstajl przeciętnego Japończyka z wioseczki. W sumie nie wiem do kogo adresowano ten tytuł. Osoba znająca już nieco kulturę japońską, a zwłaszcza podróżująca do tej krainy, dowie się niewiele więcej niż wie sama. Brakuje tu także ogólnych refleksji związanych z kulturą, które zostały zastąpione przemyśleniami osobistymi, związanymi z życiem autorki i jej obserwacjami. Nie jest to także zapis tak przecież ciekawych dla każdego, kto chciałby zamieszkać w Japonii, problemów z życia gaijina. Żadnego zderzenia Wschodu z Zachodem. No i oczywiście, żadnych literackich fajerwerków. Ba, miejscami jest to proza nieco kulejąca. Zapychacz wolnego czasu. Przyjemny. Średnio pożyteczny.

Meijin – mistrz go, Yasunari Kawabata, wydawnictwo Elay - paskudna okładka kryje powieść noblisty (mam nadzieję, że autora nie trzeba nikomu przedstawiać). Nie jest to łatwa w odbiorze proza, a dodatkowo wymaga pewnej znajomości tytułowej gry, jednak mamy tu ciekawy pojedynek osobowości, który wciąga. Opowieść bardzo kameralna, zdystansowana. Kawabata jest jednym z najciekawszych pisarzy japońskich, który sięga po tradycyjną symbolikę, więc możliwe, że jeszcze napiszę o tej powieści.

I na koniec dwa razy Haruki Murakami, wydania kieszonkowe. Dość wygodne, chociaż okładki niemiłosiernie i niefotogenicznie się odginają (stąd pan żeliwny na samej górze hehe). Przyznam, że zdarza mi się wracać do prozy pana H.M., bo ma w sobie ta pisanina coś, co pozostawia niedosyt. Sputnika jeszcze nie czytałam i swoją premierę u mnie będzie miał w takiej właśnie, kieszonkowej formie.  

W 2014 przeczytałam też jedną z powieści Kazuo Ishiguro, o której pisałam TU

EDYCJA: Zapomniałam! Oto zaginiona niedzielna wróżka. Załóżmy, że klimat nieco mangowy, więc jest i manga i Japonia ;) Załóżmy też, że wpisuje się we wróżkową tradycję, chociaż to właściwie anielę, nie wrózia.


Katarinea (źródło) - piękne rzeczy robi ta pani, zajrzyjcie koniecznie na profil!

13 komentarzy:

  1. Prawdziwa maniaczka z Ciebie - podziwiam wiedzę i zbiory. Pierwsza fotka mnie zachwyciła - wyglądasz jak postać z japońskiego teatru lalek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuś! Mi też to zdjęcie skojarzyło się bardzo podobnie ;)

      Usuń
  2. żadnej mangi i jpopu, no wiesz ty co :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie sprośne mangi trzymam pod łóżkiem^^ Snobuję się tu na sztukę wysoką czy jak to tam dziś się określa :D

      Jpopa nie trawię ;)

      Usuń
    2. :D uhuhu czekam na Absynta spod łóżka wobec tego

      Ja mam problem z japońską muzyką, jakąkolwiek. Szczególnie z wokalistami. Panowie Japończycy mają straszną manierę śpiewania i robienia tego, co robił mój świętej pamięci wyżeł kiedy chciał się bawić piłką. Takie jęczenie błagalne :D Gdyby te wokale wyciąć to niektore japonskie twory bylyby dla mnie do sluchania :D

      Usuń
    3. Jak już tak serio tu rozmawiamy, to moim zdaniem popkultura japońska nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Nigdy mnie specjalnie nie interesowała, nie bardziej niż popkultury dowolnej innej narodowości. To, co jest w niej szczególne - że mimo upowszechniania zachowuje swoją specyfikę i jest wewnętrznie tak zróżnicowana. Sama manga mnie jakoś nigdy nie kręciła, chociaż mam swoje typy, ale zdaję sobie sprawę z tego jaki to bogaty świat. Co ciekawsze rzeczy zazwyczaj odkrywam dzięki komuś, nie sama.

      Jeśli chodzi o muzykę popularną, ale tez jakieś tam alternatywy, to jakoś ogólnie do mnie nie przemawia. Natomiast jestem wręcz uzależniona od japońskiej muzyki tradycyjnej. Co jakiś czas tam też pojawia się śpiew, niestety 😊

      Usuń
    4. Poszatkowało mi komcia, jak ja kocham pisanie przez telefon... Chciałam jeszcze powiedzieć, że w tradycyjnej muzyce japońskiej śpiew też jest raczej charakterystyczny i chyba trochę na to można zrzucić to ich jęczenie. Do tego typu śpiewu mię mogę się przyzwyczaić. Natomiast instrumentalna jest boska. Tylko to też jest chyba tak, że to akurat rzecz trudna w odbiorze, jesli sie nie jest przyzwyczajonym, trochę jak z jazzem. Kiedyś porobię wpisy o tym i was pokazuje. Chętnie nauczylabym się grać na którymś z tradycyjnych instrumentów hehe

      Usuń
  3. Jakie piękności<3 Mam znajomą Japonistkę, która mi oferowała różne yukaty i kimona za pół darmo. Musze kiedyś ją porządnie napastować i faktycznie wydrzeć jakieś piękności:3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydzieraj, wydzieraj! Ja strasznie żałuję, że do tej pory zawsze machnęłam tylko ręką i dopiero teraz zainteresowałam się tym, jak opakować się w te cuda samodzielnie :D

      Usuń
  4. Twoja Yukata jest przepiękna i niezwykle Ci w niej do twarzy! Bardzo podoba mi się również Twój koci wachlarz. Kultura Japonii jakoś nigdy mnie nie porwała, ale Twoje dżaponizmy zawsze śledzę z ciekawością :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tak jest! Japonizmy mają tu swój kącik od dawna, ale nie chcę by ta w sumie i malo popularna i dość specyficzna treść zniechęcała do bloga osoby nie zainteresowane.

      Usuń
  5. Dzięki za książki, będę miał na co polować żeby się dokształcić, zwłaszcza w kwestii bushido.

    A co do yukaty - wyglądasz w niej zjawiskowo. W ogóle zdjęcia jakie tu wstawiasz powodują intensywne pocenie się oczu z radości. Przepiękne, każde jedno z nich. Po raz kolejny chylę czoła w zadziwieniu.
    Mam co nadrabiać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej dziwnie w niej wyglądam, bo moje umiejętności wiązania obi są nikłe ;)

      Polecam tę książkę. Miałam ją zrecenzować bardziej obszernie, może się za to wezmę niedługo.

      PS Nie nadążam z odp na komentarze. Wybaczysz? :)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.