piątek, 26 września 2014

Moja Jane Eyre - najsłynniejsza guwernantka świata i ponure wrzosowiska

Pierwotnie wpis zatytułowałam zupełnie inaczej, kostiumologicznie. Coś w stylu "W co ubrałabym Jane Eyre?" Od jakiegoś czasu chodzi za mną myśl o robieniu wizualnych notatek do czytanych i ulubionych powieści. Kłania się nadmiar pinterestowania. Pomyślałam, że ten blog mógłby spełnić również i taką rolę, a może i przy okazji ktoś tu zajrzy z przyjemnością. Dlaczego jednak zmieniłam tytuł i o co w ogóle chodzi? Zaraz się wyjaśni. Dziś Absynt pochyla się czule i megalitycznie nad najsłynniejszą powieścią Charlotte Brontë. Kto da radę, niech czyta^^


Heidi Oberheide, Emma
Tym razem, inaczej niż w przypadku ostatniego literackiego tematu (baśni), nie będę skupiać się tylko na ilustracjach. Wybrałam obrazy, które sprawiają, że przypominam sobie o powieści. W przypadku klasyki literatury, czytając książkę, często mamy już za sobą film i porównujemy wizję autorów widowiska z powieściową wersją. Rzadziej jest odwrotnie, bo klasyki zazwyczaj nie dość, że stare, to jeszcze wielokrotnie ekranizowane i kino nadal nie daje im spokoju. W obu jednak przypadkach przeważa porównanie wersji kinowej z książkową. Natomiast w mojej głowie od czasu do czasu roi się od obrazów, fotografii i innych dzieł sztuki. Często, gdy czytam, niechciane wylewają mi się na karty książki i czasem zmuszają mnie do odłożenia książki i odnalezienia tytułów, autorów. Czasami z kolei, gdy spotykam się z nieznanym mi obrazem, przypomina mi się powieść i ta narzucająca się interpretacja zabiera pole innym. Kultura to bezustanny szmer dyskutujących głosów z przeszłości i współczesności. Bardzo lubię się mu przysłuchiwać.

Początkowo chciałam, aby wpisy tego rodzaju nie były opowieścią, ale zapisem tego, jak sobie wyobrażam postaci. Pomyślałam o strojach, o pinterestowych tablicach ze zdjęciami kostiumów i eksponatów. Przyznam się jednak, bez szczególnych tortur, że ciuchy interesują mnie średnio. Częściej zwracam większą uwagę na inne rzeczy (klimat, wnętrza, krajobrazy). Zrezygnowałam więc z takiej typowej muzealno-historycznej formuły*, co nie znaczy, że nie zajrzę czasem do puzderka z biżuterią czy innymi drobiazgami, a już na pewno pokręcę się po pokojach, powędruję po okolicy... Tematyka mojego bloga kręci się wokół sztuki i postanowiłam, że to głównie ona będzie moim językiem, gdy zechcę opowiedzieć Wam jakąś powieść. Właśnie tak! Chciałabym opowiedzieć Wam Jane Eyre odwołując się do grafik, obrazów i zdjęć.

Powieść, o której dziś napiszę, uchodzi za romansidło. I słusznie i niesłusznie. No, tak. Na pewno jest też wielką klasyką. Taka opinia (obie) może niektórych zachęcać, innych zniechęcać. Są w Jane Eyre momenty typowego "natchnienia", naiwność, może nawet i infantylność. Z takimi zdaniami na temat powieści się spotykałam. Dla mnie trudne do strawienia były tylko przedziwne, mało prawdopodobne psychologicznie zachowania pana Rochestera, który momentami wcale nie jest taki srogi, jak powinien (w końcu przez chwilę gra rolę prawie gotyckiego łotra), a zwyczajnie błaznuje. Była to jednak jedna z najprzyjemniejszych moich lektur. Myślę, że chociaż czasami trzeba się do pewnych zabiegów estetycznych i psychologicznych, w przypadku Jane, zdystansować, nie należy jej wcale przy tym czytać z przymrużeniem oka. Wręcz przeciwnie. Polecam czytać tylko na serio, z przejęciem i łezką w gotowości.

Jane Eyre to jedna z moich ulubionych powieści, a tytułowa bohaterka jest jedną z moich ulubionych postaci. Z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że jest niedoskonała, a jednak niezwykła. Charlotte nie słodziła specjalnie Jane. Mówiła wprost, że nie była tak piękna, jak piękne powinny być bohaterki romansów, chociaż dość mądra; średnio utalentowana, na pewno nie wybitna, ale na swój sposób wyjątkowa. Miała zalety, owszem, ale i wady. Nad zaletami autorka nie pochylała się zbyt często, nad wadami zdecydowanie lubiła przystanąć i im się przyjrzeć, a dobre strony dziewczyny pokazać raczej w działaniu, w podejmowanych wyborach. Jane jest żywa. Jej pragnienia są żywe, jej myśli są żywe. To zwykła dziewczyna, z marzeniami szytymi na jej miarę, ale przy tym z wielką miłością wolności w sobie. To drugi powód mojego uwielbienia dla tej postaci. Charlotte wykreowała bohaterkę, która jest prawdziwa w swoim dążeniu do "emancypacji". To nawet nie tak. Nie chodzi o żadną "emancypację", dlatego proponuję cudzysłów. Jane czuje, że jej, jako kobiecie jest trudno, jej, jako osobie o niższym statusie społecznym, sierocie, biedaczce, guwernantce. Wiążą ją konwenanse, wie, że kultura jest jak za ciasny gorset, ale to właśnie w swojej kobiecej wrażliwości znajduje siłę, by się temu przeciwstawić. By być sobą, co wcale nie okazuje się takie znów banalne, jakby mogło się wydawać. Jane Eyre to wielka opowieść o tym, jak kobieta wyzwala się z myślenia, że ma być odbiciem potrzeb innych, wykreowanych przez epokę ideałów, a czerpie siłę nie z walki z okolicznościami, panującym porządkiem, tylko ze zdobyczy własnego rozwoju.
Nie bez powodu wybrałam Jane Eyre właśnie we wrześniu. Latka lecą, a ten czas nadal kojarzy mi się ze szkołą. Co to ma wspólnego z Jane? Była guwernantką. To już wiemy. W dziewiętnastym wieku ten niewdzięczny fach stał się w pewnym sensie symbolem kobiecości uwikłanej w różne "pomiędzy" -  kobiety na granicy (społecznego statusu, wyzwolenia) - i było tak, aż po wiek dwudziesty. Chciałabym pokazać Wam moją Jane głównie za pomocą dziewiętnastowiecznego malarstwa i fotografii.

Obraz prezentowany obok, jest w zasadzie współczesną ilustracją jednej ze scen powieści i dlatego umieszczam go we wstępie. To dziełko, moim zdaniem, świetnie oddaje nastrój psychologiczny powieści i w tym jednym obrazie przegląda się cała gama uczuć, które Charlotte zamknęła w swojej Jane Eyre.

Uwaga! Zdradzam nieco detali fabuły.



DZIECIŃSTWO

Kiedy nas ktoś uderzy bez powodu, powinniśmy oddać bardzo mocno; jestem pewna, że powinniśmy, i to mocno, ażeby ten, kto nas uderzył, nigdy tego nie powtórzył.

Jean-Baptiste-Camille Corot, Portret Senn Octavie Egon

Pewnego dnia natrafiłam na informację, że twórcy najnowszej ekranizacji Jane Eyre sięgali po malarstwo, gdy dobierali pejzaże czy projekty kostiumów. Patrząc na powyższy obraz autorstwa Corota można tylko przyklasnąć tak świetnym inspiracjom. Dziewczynka z obrazu nie jest może zbyt piękna i wydaje się do tego za bardzo ożywiona - jakby chciała wstać i wyjść, z niecierpliwością ściska palce swojej dłoni, wszystko, łącznie z fryzurą jest grzecznie ułożone, prawie, bo jednak nieco nieuporządkowane - ale sprawa wrażenie dość pewnej siebie. Taka właśnie była mała Jane. Dumna, bystra, walcząca z nieprzychylnością otoczenia, bardzo uparta i trzymająca się dzielnie wiary w to, że spotyka ją niesprawiedliwość i nie należy się na nią zgadzać.




Corot uchodzi za realistę, ale niektóre jego obrazy zadziwiają tajemniczą atmosferą. Jaki tam realizm, gdy maluje się śródziemnomorskie pejzaże tak, że my, oglądacze, szczelniej zawijamy się w zwoje czegoś ciepłego, myśląc o samotnych dróżkach na obrzeżach ciemnych lasów czy o ponurych wrzosowiskach. Niektóre z jego pejzaży mogłyby z powodzeniem kreować "klimat" przy czytaniu Jane Eyre. Zarówno na samym początku, bo dzieciństwo bohaterki rzadko bywało oświetlone ciepłym słońcem, jak i wtedy, gdy Jane trafia do Thornfield.

Jean-Baptiste-Camille Corot, Pamiątka z Gandolfo

Jean-Baptiste-Camille Corot, Pejzaż z jeziorem


Jean-Baptiste-Camille Corot, Podmuch wiatru

Charlotte uczyniła Jane Eyre powieścią zaskakującą już od samego początku. Czytelnik sympatyzuje z dziecięcą bohaterką nie dlatego, że jest ona sympatyczna, raczej dlatego, że została niesprawiedliwie potraktowana. Dziecko bystre, ale przy tym dość złośliwe, powiedzielibyśmy, że uparte, o niewyparzonym języku, niespecjalnie uzdolnione, dopiero z czasem okazuje się, że Jane będzie dobrą guwernantką i do tego całkiem dobrze rysuje. Nić sympatii między dziewczynką, a czytelnikami powstaje na zupełnie innych warunkach niż podziw dla niej czy też chęć identyfikacji. Współczujemy jej, ale też nie dlatego, że doświadcza wyjątkowego okrucieństwa. Charlotte nie posługuje się tu łatwą zagrywką, sypiąc hojnie przeciwnościami losu dziecięciu, aby czytelnik się nad nim roztkliwiał. Mogłaby, czasami się o to ociera, ale potem daje dojść do głosu niezbyt przyjemnemu charakterkowi Jane. Wszystkie przykrości życia tytułowej bohaterki zresztą bledną wobec tego, czego doświadcza jej młodziutka przyjaciółka z Lowood, Helenka. Nasza przyszła guwernantka ma jedną niesamowitą cechę: jest szczera do bólu, swojego lub cudzego. Całe jej późniejsze życie będzie oplecione wokół pragnienia wolności. Ta chęć doświadczania autentyczności i chęć mówienia głośno prawdy, sprzeciwianie się przez to niesłusznym oskarżeniom, brak pokory, czyli kompletna niezgoda na bycie "ułożoną" będą dla Jane siłą napędową. W czytelniku natomiast budzą aplauz dla jej niezbyt mądrych i nawet niezbyt szlachetnych poczynań jako małej dziewczynki. Jej bunt, jak przystało na bunt dziecka, jest niezgodą surową, nieokrzesaną, niedojrzałą, ale pełną zapału. Nie chciałabym niańczyć takiej małej upartej dziewuchy, ale muszę jej przyznać, że zasługuje na mój szacunek od samego początku. Dziecięcy bohater chyba rzadko budzi takie reakcje.
Mała Jane trafia do Lowood, gdzie doświadcza i piekła i specyficznie rozumianego nieba. Charlotte rysując straszne warunki życia w tym miejscu przywołała pełne cierpienia wspomnienia. W sierpniu 1824 roku wraz z siostrami Emily, Marią oraz Elżbietką zostały wysłane do szkoły dla córek pastorów (The Clergy Daughters' School) w Cowan Bridge. Podobno warunki panujące w szkole miały wpływ na zdrowie i rozwój Charlotte (potem była raczej mikrą osóbką), ale to nie ona oberwała najmocniej. W wyniku pobytu w tym miejscu zmarły jej starsze siostry. Można się tylko domyślać traumy małej Charlotte, którą jako dorosła osoba chciała oswoić, uświęcić i pokonać pielęgnując w sobie wspomnienie i tworząc postać Helenki. Przyjaciółka Jane umiera na kartach powieści śmiercią świętej i wygłasza pochwałę jakiegoś wyższego porządku, której młodziutka panna Eyre jeszcze nie rozumie. Zapis umierania małej Helenki jest jedną z najbardziej wzruszających scen, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek znaleźć w literaturze. Poniższy obraz przedstawiający siostry zawsze kojarzył mi się z tym epizodem w życiu Jane Eyre. Szczególną uwagę zwraca na nim trupia bladość jednej z dziewczynek.
Carl Hansen, Czytające siostry

W THORNFIELD HALL

Na wszystkie elfy chrześcijańskiego świata, czy to Jane Eyre?

Jane Eyre trafia jako guwernantka do tajemniczej posiadłości, gdzie ma opiekować się francuską dziewczynką. Nawiązanie do wszelkiej maści europejskich gotycyzmów, wtedy już trochę przebrzmiałych, ale mających za chwilę wybuchnąć z nową siłą na innym kontynencie, jest aż nazbyt oczywiste. Nie odejmuje to jednak Thornfield uroku, chce się tam wracać. Po gotycykie mroki, przeciągi hulające po ciemnych korytarzach i tę całą wspaniałą słodycz, jak niosą ze sobą całuny i pajęczyny. Wiecie w czym rzecz. Osobiście uwielbiam zatapiać się takiej ponurej angielskiej mgle dzięki dawnym fotografiom, zwłaszcza tym wykonywanym przez piktorialistów. Pijąc ciepłą herbatkę i grzejąc stopy pod kocem.

Félix Thiollier, ok.1880.

Thornfield było prawdopodobnie wzorowane (i przewija się w takiej wersji przez filmy) na pewnej znanej siedzibie, która wyglądała kiedyś tak:

Haddon Hall, Długa Galeria, ok. 1890

To tu zaczyna się to, z czego wynikają posądzenia powieści o bycie romansidłem. Od spotkania Jane i Rochestera w mało sprzyjających romansom okolicznościach, no, chyba, że gotyckim.


Frederick Henry Townsend, ilustracja do Jane Eyre


Nie bez powodu pan Rochester nazywa Jane czarownicą i wypytuje o poszukiwania elfów, gdy spotyka ją po raz pierwszy, jakby błąkającą się po ponurej okolicy. Jane w Thornfield odkrywa swoją pragnącą wolności, "dziką" naturę.


Arthur Rackham, Dziewczyna nad strumieniem


DZIWNE LOSY GUWERNANTKI

Chciałem Cię tak szalenie rozkochać w sobie, jak sam się w Tobie kochałem, a wiedziałem, że zazdrość będzie mi najlepszym sprzymierzeńcem w osiągnięciu tego celu. 

Jak często na dziewiętnastowiecznych obrazach guwernantki, ubrane na czarno, są smutne, zamyślone i jakby tęskniące za młodością... Jakie to musiało być życie - starzeć się powoli, będąc skazaną na staropanieństwo i niańcząc cudze, często rozwydrzone dzieciaki. Do tego, często będąc lepiej wykształconą od pracodawczyń. Jak bolesne musiało być to lekkie uchylenie drzwi umysłu, dające nadzieję na rozwój, a jednocześnie właśnie - tylko uchylenie. Bez perspektyw kariery naukowej, pogłębiania tej tylko muśniętej wiedzy. Umarłabym chyba na samą myśl o takich życiowych perspektywach.




Pannie Eyre trafia się jednak kawaler. A właściwie kawaler z odzysku, ale nie będę tu zdradzać szczegółów. Jednak jeśli już jesteśmy przy szczegółach - kawaler szczególny. Jak ona, nie był ani specjalnie urodziwy ani nadzwyczajnie utalentowany. Za to ponadprzeciętnie złośliwy, jeśli zechciał, dość srogi i tajemniczy, co mu samo tak jakoś wychodziło. Ostatecznie ta miłość zakazana, bo początkowo tym właśnie się zdawała, zgodnie z regułami romansidła, okazała się miłością pobłogosławioną, a po drodze przeszli oboje niemało.

W poniższym, sielskim obrazie w zasadzie nie ma niczego fascynującego, chociaż przedstawiona para bardzo kojarzy mi się z Jane i panem R. Moją uwagę natomiast zawsze zwracają rzucone niedbale na bok rękawiczki. Dyskretny, ale wymowny gest porzucenia konwenansów. Robi się trochę niebezpiecznie, bo niegrzecznie, ale wolę zwracać uwagę nie na niemoralne propozycje, być może snute przez pana o niewidocznej dla nas twarzy, ale na gest i wyraz twarzy dziewczyny. Nie wydaje się być spłoszoną, niemą istotą, podatną na wpływy i naganne namowy. Jest raczej pewna siebie, zastanawia się, a może nawet na swój sposób kalkuluje ryzyko i zysk.

William Powell Frith, Kochankowie, 1855

A teraz będzie klasyczny klasyk. Poniższy obraz doczekał się wielu interpretacji. Zwykli śmiertelnicy lubią o nim gawędzić, a co dopiero znawcy i bajarze historiosztuczni. Na historii sztuki uczulano nas dość skutecznie, że sztuka interpretacji nie polega na odkryciu "co artysta miał na myśli", bo to akurat często jest zupełnie jasne. Wystarczy znać temat, symbolikę, okoliczności historyczno-gatunkowo-nurtowe. O wiele ciekawsze jest odkrycie, jak artysta posługując się pewnymi środkami wyrazu, barwą, kompozycją przekazał znacznie więcej niż początkowo się wydaje.


Richard Redgrave, Guwernantka (Biedna nauczycielka), 1844.

Jaki szczegół rzuca mi się w oczy? O co zaczepię swoją interpretację? Nie czerń sukni zanurzona w cieniu i skontrastowana z jasnym, pełnym życia tłem. Nie temat smutnej guwernantki. Moją uwagę zwraca...papier. Książki, nuty, list. Wędrówka idei, marzeń, może wspomnień. W bezpośrednim otoczeniu nauczycielki zapisany mądrościami i twórstwami: nuty na miejscu, książki na biurku, odpowiednio uporządkowane. Widać na nich ślady użycia. Oto guwernantka pochłonięta swoją pracą, ale samotna, o czym świadczy jej pogrążona w myślach, niewesołych raczej, twarz oraz trzymany w ręku list (a może to zapisana przez nią samą kartka - list do siebie? pamiątka?). W okolicy biurka, ale już w pewnym oddaleniu, bezkształtny stos odrzuconych myśli, koszyk, w którym pewnie znajdziemy jakieś nieudane wprawki literackie, może rozpoczęte i nieskończone listy. Jest tam nieporządek, tam się już nie zagląda. Tam walają się jakieś kłaczki, kłębki, zapomnienia. Dziewczyna w tle (uczennica? wspomnienie?) niby czyta, ale jej wzrok nie jest zatopiony w książce. Ciężko powiedzieć, czy lektura ją nudzi albo przygnębia, czy też może rozbudza marzenia. I tak to zostawmy. Zwłaszcza, jeśli ta figura młodej osóbki, jest tak naprawdę wspomnieniem guwernantki. Dziewczęta w tle są już zupełnie odczepione od książek, pochłonięte życiem w pełnym słońcu. Smutny los guwernantki. Jane miała go podzielić, ale na jej dziwnej drodze pojawił się dziwny pan Rochester z dziwnymi metodami zdobywania kobiecych względów*. Głównie w oparciu o oświadczanie się innej damie. Tą inną damą była w Jane Eyre jedna z panien Ingram.


Blanche jest często przedstawiana w taki sposób, że wydaje się być postacią wręcz karykaturalną. Nie wątpię, że autorka powieści do pewnego stopnia tak właśnie ją widziała: jako rozkapryszoną, głupiutką, próżną i zakłamaną. Przeszkadza mi jednak trochę ukazywanie jej jako przebranej za damę damulki, która tak naprawdę pozbawiona jest nawet dobrego gustu. Myśląc o pannie Ingram, widziałam jednak kogoś podobnego do tej pani z portretu obok. Może trochę przesadzam, bo to wysokie, arystokratyczne progi, ale ten właśnie obraz towarzyszył mi, gdy czytałam w Jane Eyre fragmenty poświęcone pannie Ingram. Nie sądzę, żeby naprawdę była taką wiejską kokietką, rzucającą się w oczy, ba, narzucającą się oczom wymyślnym stylem, jak to można wywnioskować z niektórych przedstawień czy filmów. Jane nie uważałaby wtedy rzekomych amorów pana Rochestera kierowanych w stronę Blanche za realnie zagrażających ich coraz cieplejszej przyjaźni, bo miała wrodzoną zdolność odróżniania pozłotki od złota. Rochester nie wybrał konkurentki dla Jane zupełnie przypadkowo, a przynajmniej wydawało mu się, że wie co robi.
Ostatecznie panna Ingram okazuje się tylko idiotyczną zagrywką pana Rochestera. Prawdziwe problemy zaczynają się w dniu ślubu. Brany w pośpiechu, ale przecież niepozbawiony urody - Jane jest przez chwilę naprawdę szczęśliwa.

Przygotowania do ślubu (autor mi nieznany)

Do czasu.

Vilhelm Hammershøi, Sypialnia, 1890

* Do niedawna polskie wydanie powieści wszyscy właściwie kojarzyli z tytułem "Dziwne losy Jane Eyre"

 Jane na rozdrożu

Płonęłaś cała wczoraj w chłodnej poświacie księżyca, gdy podniosłaś bunt przeciwko losowi i domagałaś się równości ze mną.

Jest w powieści taki moment, gdy Jane jest bliska obłędu. Moment zachwiania, gdy porządek staje się niejasny, na horyzoncie majaczy chaos. W niesprawiedliwym ładzie, z którym Jane na swój sposób walczy od dzieciństwa, robi się wyłom, ale Jane dojrzała do tej chwili i nie wyleci w kosmos przez otchłań na swojej drodze. Myślę, że żona-wariatka pana Rochestera, która staje się tym niefortunnym wydarzeniem stojącym na drodze do szczęścia bohaterów romansu, nie jest tylko pewnym zagraniem fabularnym, o co można posądzać autorkę, ewidentnie chcącą nawiązać do poetyki gotycyzmów, ale została wpleciona w tkankę powieści jako antyteza dla Jane.

Kobiety walczące o swoje prawa były postrzegane jeszcze na początku XX wieku jako szalone. Co dopiero, gdy bunt przenosił się ze świata zewnętrznego, społecznego do psyche. Kobiety wyzwolone jeszcze bardziej niż tylko intelektualnie, bo seksualnie, były postrzegane w większości przypadków (co pewnie miało wpływ także na rozwój realnych zaburzeń) nie jako ekscentryczki, ale niebezpieczne wariatki. Kobieca niezależność w każdym wymiarze stawała się, jeśli nie została podporządkowana jakiejś odgórnie narzuconej kulturowej regule (na szczęście pisarki czy malarki miały już przetarte szlaki), groźna. Niosła ze sobą chaos i zniszczenie. Charlotte szczęśliwie uniknęła pułapki zarysowania wizerunku kobiety wyzwolonej-szalonej. Jej Jane taka nie jest, a poprzednia żona pana Rochestera, ukazana jako ta, która postradała zmysły, dodatkowo kontrastując z Eyre, podkreśla to, że kobiece dążenie do wolności nie musi być obłędem, czystą i zdradliwą namiętnością lub podszeptem szatana.

Miałam żal do Charlotte o to, że nie zostawiła opowieści w miejscu, gdzie ja bym ją ucięła. Po wielkim rozczarowaniu związanym z panem Rochesterem, po wielkiej decyzji sprzeciwu wobec swojego nowego "wybawcy", Riversa żądającego od niej podporządkowania się boskim (rzekomo) planom nie powinno być już nic więcej. Jane nie chce być żoną misjonarza. A może nie chce być żoną w ogóle? Tamten ślub wszystko zmienił. Tamten mężczyzna też mówił jej, że jest taka jak on. Charlotte sugeruje, że związek Jane i Rochestera jest błogosławiony, że to ta właśnie prawdziwa miłość, o której pisze się powieści. On i ona są rzeczywiście do siebie podobni, dla siebie stworzeni i jakieś tam boskie plany też są. O to miałam do autorki żal, chociaż rozumiem, że napisanie takiej powieści, z takim zakończeniem jakie ja mogłabym napisać dziś, być może w ogóle nie wchodziło w grę.

Dwoje kolejnych ważnych mężczyzn w życiu panny Eyre mówi jej, że jest do nich podobna, próbuje zawłaszczyć jej niezależną istotę. Gdy okazuje się, że nie może być poślubiona przez pana Rochestera, ten sugeruje, że przecież przed wyższą siłą staną jako mąż i żona. Przypisuje sobie taką wiedzę, pewność? Jakby mówił, że zrobi wszystko, by ją mieć dla siebie. Rivers z kolei uważa spotkanie z nią za zrządzenie losu, a Jane za idealną kandydatkę na swoją żonę. Żaden z nich tak naprawdę nie uznaje jej wolności wyboru.

źródło


Mniejsze zdjęcia we wpisie:
1. Edward A. Wilson, ilustracja do Jane Eyre
2. Anna i Elena Balbusso (strona artystek)
3. ilustracja do Jane Eyre
4. Joseph Karl Stieler, Rosalie Julie von Bonar, 1840
5. ilustracja do Jane Eyre

Cytaty z Dziwnych losów Jane Eyre, Charlotte Brontë, w tłumaczeniu Teresy Świderskiej

 * Uczulam na to, że wpisy tego rodzaju będą miały "impresyjny" charakter, co oznacza czasami historyczną niepoprawność. Obraz bywa bardzo enigmatyczny i czasem niełatwo podporządkować go do konkretnego okresu czasu, jeśli się nie bierze pod uwagę daty powstania czy autorstwa i zwłaszcza taki typ przedstawień ma szczególną zdolność do wywoływania pożądanego nastroju. Tajemnica bywa najlepszym przyjacielem wyobraźni.

8 komentarzy:

  1. Cuuuudnie! Jane Eyre to też chyba jedna z moich ulubionych powieści. Tylko ja ją czytam tak gotycko jak tylko się da (proszę, załóżmy tego blogasia!).

    Pinterest mam w zupełnym nieporządku, u Ciebie wszystko ładnie poukładane. Gdy zaglądam, mam wyrzuty sumienia.

    Ale mam do nadrobienia!
    Uściski, Olin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie Jane też gotycka, ale są zdecydowanie bardziej gotyckie niż ona ;) Wiem, wiem. Myślę nad tym blogiem :D

      Nie żartuj. Moje pinteresty są bardzo nieułożone, zwłaszcza te kostiumowe (XVIII wiek to jakiś żart :))

      Usuń
  2. Muszę w końcu przeczytać książkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powieść jest ciężej strawna niż jej ekranizacje, więc polecam najpierw obejrzeć film (jeśli jeszcze żadnego nie widziałaś, na przykład). Ta opowieść nie każdemu przypadnie do gustu ;)

      Usuń
  3. Dla mnie istnieje tylko jedna ekranizacja Jane Eyre - ta przygotowana przez BBC w 2006 roku. Jane Eyre zdecydowanie już zawsze będzie miała dla mnie twarz Ruth Wilson - zdecydowaną, nieoczywiście ładną i o zarysowanej bardzo silnej osobowości. http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/2e/Jane_Eyre_Bronte.jpg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale pan Rochester za to jakiś taki nijaki :D

      W sumie lubię wszystkie ekranizacje, ale mam wrażenie, że w każdej czegoś brakuje. Ostatnia ma w sobie piękny potencjał gotycki, oddaje klimat, który niewątpliwie autorka chciała przemycić w tej opowieści, ale pan Rochester, mimo że przystojny i ciekawy, nadal nie jest do końca taki, jak powinien, a narracja momentami się rwie, psychologia postaci usypia ;)

      Usuń
  4. Jestem pod wrażeniem obrazków oraz długości posta. Ja bym to pisał tydzień ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Megalityczne wpisy z reguły piszę dla siebie :D Powstają jako mikstura z różnych wolnych zapisków, notatek pisanych "na marginesie". Późniejsza edycja zajmuje mi zdecydowanie więcej niż jeden wieczór.

    OdpowiedzUsuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.