niedziela, 21 września 2014

Absynt szkolny i niedzielna wróżka

Nie jestem jedyną osobą, która będąc starą babą, wciąż myśli o wrześniu jako o miesiącu szkolnym. Tym razem jednak chyba przeszłam samą siebie, ale zostawię sobie wyjaśnienia na koniec. Dzisiejszy post będzie prywatą, ale bardziej introwertyczną niż ostatnio. Pozwolę sobie na garść wspomnień i garść planów na przyszłość. Poza tym będzie parę zdjęć życiologicznych i na końcu obowiązkowa niedzielna wróżka.



 Stare biblioteki

Jestem molem książkowym. Wiem, nie ja jedna. Nie będę pisać o tym, jak to jest być zbyt często zaczytanym, jak to jest żyć książkami od dzieciństwa, znajdować w nich schronienie albo motywację do zmian. Napiszę za to o innej oczywistej dla moli książkowych rzeczy. O samej materii ksiąg, która ma tendencję do bycia nie z tego świata. O dziwnej właściwości bibliotek, w których człowiek czuje się jak u siebie, a jednocześnie tak łatwo się gubi. Ba, chce się zgubić. Książki wyglądają niewinnie, nobliwie nawet, nie kojarzą się z niczym niebezpiecznym. Przynajmniej za naszych czasów, gdy papierowa księga, a już zwłaszcza taka w starej, poprzecieranej okładce staje się składową tak zwanej "domowej" atmosfery. Kiedyś bywało inaczej, ale to historia długa, zawiła, nie ma na nią teraz tu miejsca. Chciałam rzec po prostu, że książka kusi zupełnie niepostrzeżenie, a już zwłaszcza książka zaklęta w małym uniwersum innych książek, w bibliotece, nie taka znów świeża, nie taka oblepiona jawnie ceną, która od razu może wylać na zalotną okładkę kroplę zniechęcającej goryczy.

Biblioteka w Oxfordzie

O zgubnym wpływie książek i czytania nie będę pisać, bo to oczywista oczywistość. O ich niemoralności, zwłaszcza zbójeckości też nie - to są sprawy spekulacyjne, abstrakcyjne, myślowe. Chciałam natomiast zwrócić Waszą uwagę na to, że biblioteki bywają zupełnie namacalnymi portalami eskapizmu, które niespodziewanie potrafią człowieka wessać między zwoje. Wiem, wiem. Zaraz ktoś przytomny na umyśle oświadczy, że nieprawda, że to romantyczna legenda, pewnie jakiś wiekowy bibliotekarz albo młody, gorliwy adept mnie oświeci, że biblioteki nie mają w sobie nic z tych niezwykłych miejsc, które opisuje literatura (swoją drogą książki o książkach bywają najlepszym przykładem na to, jak bujnie się potrafi rozrastać to magiczne perpetuum mobile jakim jest wszechświat książkowy, a jedną z najlepszych powieści, jakie w życiu czytałam jest "Imię Róży", gdzie biblioteka gra ważną rolę). Pozostanę jednak przy swoim zdaniu. Biblioteki to bramy ucieczkowe z naszej szarej rzeczywistości. Nieraz doświadczyłam ich mackowatości, gdy wchodziłam, by wypożyczyć jedną książkę, a wychodziłam z głupią miną i naręczem zupełnie niespodziewanych lektur. 

Biblioteka w Dublinie, Trinity College


Mimo, że miałam spory kontakt z książkami poza biblioteką, mimo, że obecnie zbieram swoją własną biblioteczkę, wypożyczanie jeszcze na studiach było dla mnie jedną z ważnych życiowych czynności. I wcale nie chodziło o samo tylko wypożyczanie, bo okazywało się często, że księga jest dostępna tylko na miejscu albo trzeba było fragmenty kserować lub też po prostu zapisać się w kolejce do książki, która miała wzięcie (z reguły dyktowane listą lektur tworzoną przez wykładowcę ignorującego realia bibliotecznych zasobów). Biblioteka często stawała się punktem odniesienia w codziennej bieganinie, miejscem spotkań, a bywało, w przypadku biblioteki uniwersyteckiej, że i miejscem obiadopodobnego posiłku. Uważam, że całkiem ciekawym projektem zwiedzania świata, poza zwiedzaniem ogrodów, byłyby wojaże biblioteczne. Zachowało się tak wiele pięknych księgozbiorów, a niektóre z budynków i klimat, który skłania do szukania w pobliżu Narnii, są warte takiego zaplanowanego przedsięwzięcia. Kto wie, może kiedyś...

Biblioteka Narodowa w Pradze, Clementinum


Wśród wielu bibliotek, o których można powiedzieć bardzo ciekawe rzeczy, znajduję we wspomnieniach jedną, taką zupełnie niepozorną, która jest dla mnie Istotą Biblioteki. Nie była ani najpiękniejsza ani najmądrzejsza. Ot, pierwsza miłostka. Moje liceum ogólnokształcące jest dość starym budynkiem. Mieściło się w nim dawniej gimnazjum dla chłopców. Ponura bryła, górująca nad rozległym boiskiem, dziś nadal wygląda dostojnie, chociaż otoczenie się zmieniło i to, co szkołę otacza w niczym nie przypomina tych pól zielonych i sielskich. W samej szkole urzekało mnie to, jak wiele zachowało się ze starego, przedwojennego układu pomieszczeń i detali wnętrz. Mieliśmy dwie sale, gdzie zachowała się drewniana zabudowa ze schodkami i ławkami, z katedrą dla nauczyciela na dole. W kilku były "kantorki", czyli małe pokoiki, w jednej taki na samym poddaszu. Zakurzone, pełne naukowych artefaktów takich, jak bryły minerałów czy przyrządy, z których dziś już nikt nie korzysta, próbówki, stare mapy czy inne pomoce wciśnięte w brudne gablotki. Do dziś często śni mi się ta nostalgiczna atmosfera szkoły, gdzie były "tajemne" przejścia i autentyczne barierki w "transatlantykowym" stylu z lat 30stych. W tej właśnie szkole była nieduża biblioteka, gdzie czasem odbywały się zajęcia. Też nie była pierwszej młodości, powiedzmy, że unosił się nad nią opiekuńczy duch PRL-u, ale brakowało jej magicznego klimatu niektórych bardziej wiekowych miejsc w szkole. To właśnie podczas co nudniejszych zajęć odkryłam urok nurkowania w przypadkowych lekturach. Sięgałam po nie dyskretnie siadając w ostatniej ławce i przenosząc się powoli i jeszcze bardziej dyskretnie na poziom podłogi, gdzie mogłam wcisnąć się między półki albo zanurzyć w szeregach okładek pod oknami, bo ktoś bardzo pomysłowo postanowił wykorzystać na biblioteczne regały także ten fragment ściany. Słońce wpadające popołudniami, podświetlające kurz, na który szczęśliwie nie jestem uczulona, jakiś szmer nieciekawych zajęć i moje pierwsze spotkanie z mitologią Egiptu albo z powieściami iberoamerykańskimi. Poczucie rozleniwienia i sielskości. Niektórym tak kojarzą się wakacje pod gruszą, mi tamte chwile w bibliotece.




 Absynt szkolny 

Jak napisałam wcześniej, lata szkolne mam już za sobą. Na dobrą sprawę lata studenckie też, patrzę na uczelnię oczami raczej absolwenta, względnie kogoś, kto siłuje się ze swoimi doktoratami, a nie studenta. To już wspomnienia. Masa wspomnień. Co roku, we wrześniu, jednak dopada mnie szkolna nostalgia. Zerkają na mnie ze sklepowych półek zeszyty, kolorowe długopisy, notesidła o pięknych okładkach. Kuszą. W tym roku postanowiłam jednak zrobić rzecz szaloną, zupełnie. Nie tylko wyposażyłam się w parę rzeczy "do szkoły" - bo szczerze, brokatowe długopisy, zeszyty o ślicznych okładkach czy etykietki i papier do obłożenia książek mogą się przydać nawet poważnej personie, która grzebie w akademickich podręcznikach - ale wymyśliłam sobie, że powtórzę kilka rzeczy z liceum. W przyszłym roku mam zamiar zrobić to samo z pewnymi rzeczami ze studiów. Wiecie dobrze jako to jest z tą naszą edukacją, z programami nauczania, z tym na co się ma czas, a co trzeba tylko zaliczyć. Po zakończeniu edukacji licealnej miałam poczucie ogromnej luki w historii współczesnej, a że zwyczajnie na studiach nie potrzebowałam wiedzy z tego zakresu, do dziś wydaje mi się, że tak nie wypada tego zostawić. Podobnie, uważam, że miałam kiepsko poprowadzone zajęcia z przedmiotów ścisłych (nie wnikam jaka była przyczyna), chociaż nie byłam typowym humanistą, Absynt nawet po olimpiadach matematycznych się dawno temu włóczył, a do tego, uwielbiając właśnie historię, żałuję tego zwłaszcza, że nikt mi nie przedstawiał fascynującej historii nauki. Mam zamiar nadrobić te braki. Do mojej wyprawki szkolnej dorzuciłam trochę przyborów plastycznych, bo miałam kiedyś wrócić do rysowania, tylko inne sprawy pochłonęły przeznaczony na to czas.

Brokatowe długopisy

Absyntowa wyprawka szkolna


Widok na kawałek biurka, pracownia już w miarę uporządkowana, ale jeszcze nie do końca; to drewniane pudło to podręczny sekretarzyk, jak go skończę, się wyspowiadam z twórstwa

Papier w drzewka


Jakby tego zdziecinnienia (te etykietki z dziewuszką w pasiastych rajstopkach!) było mało, jeszcze w sierpniu kupiłam sobie uroczy plecaczek. Co prawda, pełni obecnie głównie funkcję plecaczka-wędrowniczka, ale kojarzy mi się ze szkołą, nawet chyba miałam kiedyś podobny.



 Na koniec dodam, że moja pracownia, która stała się kątem do wypraw w czasie (jest to pomieszczenie, do którego nie każdego wpuszczam - tak mało dyskretnie oddałam się w nim swemu uwielbieniu dla czasów minionych) powoli nabiera określonych kształtów i przewiduję, że będzie miała w sobie coś z wymarzonego "gabinetu szkolnego". Powinna mi w zupełności na jakiś czas osłodzić brak wielkiej biblioteki z wielkim globusem i wielkim księgozbiorem.


Niedzielne wróżki

W tematach bibliofilskich:



Zdjęcia bibliotek z ciekawego spisu:

Zdjęcia starych pocztówek z moim liceum:
http://www.ciekawemazury.pl/info.htm

9 komentarzy:

  1. Ale świetny wpis! Każda część podobała mi się tak bardzo, że aż nie wiem, do której się odnieść. Twoja "szkolna" wyprawka jest świetna, aż nabrałam ochotę na zakup takich brokatowych długopisów na studia! I plecak też jest świetny, bardzo Ci pasuje. A niedzielne wróżki niezwykle pomysłowe, fajnie, że jest tak dopasowałaś do koncepcji całego wpisu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że wróżki przypadły do gustu. Czasami mam ochotę połączyć wpisy, bo nie mam w tygodniu czasu i wtedy nie chcę by niedzielna wrózia wypadła jakoś tak zupełnie z ciemnej materii :D

      Długopisy są super. Na początku nie byłam przekonana, bo dawno nie używałam tego typu mazajstwa, trochę przebijają, ale jak najbardziej nadają się do poprawiania wizerunku notatek^^

      Usuń
  2. ale masz super wyprawke, tak w ogole to wygladasz strasznie młodo (en face też):D absynt konserwuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Codzienne kąpiele w absyncie. Polecam :D
      Wiesz, człowiek jest próżny i daje do internetów tylko te zdjęcia, na których wygląda świeżo i młodo. Zresztą, gdy wyglądam jak żul, nikt tego na szczęście nie dokumentuje. Jeśli do tego dodasz taki cokolwiek niepoważny stosunek do wrażenia jakie się sprawia za pomocą kokardek czy tam groszków, to powstaje taki dzieciuch jak ja :D

      Usuń
  3. Lubię biblioteki z ich cichością wnętrza i historią dotyku utrwaloną niewidocznie na kartach książek, ale do globusów mam wręcz nieracjonalną słabość.
    Pięknie tu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słabość jak najbardziej racjonalna, bo przecież globus to pomoc jak najbardziej naukowa :D

      Dziękuję za odwiedziny :)

      Usuń
  4. Bardzo fajny wpis! W ogóle dzisiaj nadrobiłam chyba z dwadzieścia twoich wpisów (bo jakoś byłam ostatnio zabiegana i nie było czasu, żeby tak porządnie i ze skupieniem poczytać, a jestem wielkim fanem wpisów o ilustracjach do baśni!), więc mam olbrzymie stężenie absyntu w myślach. ;D Też na jesień chwyta mnie sentyment książkowo-szkolno-zeszytowy i (ojeju! ojeju1) mam bardzo podobny plecaCzek, tylko cały w jasnym brązie.
    A tymczasem - pozdrowienia z Bydgoszczy -
    L.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mały szok, znam Toruń, już chyba wspominałem, ale takich dzikich miejsc nie znam. To również Toruń?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bydgoszczanie uważają Toruń za wieś, więc coś musi w tym być^^ Tak, to również Toruń. Może nie jest to jeszcze zupełna dzicz, tak się tylko wydaje, ale na pewno nie ma w tym miejscu zbyt wiele z klimatu większego miasta. Bardzo zresztą za to Toruń lubię - poprzetykany jest takimi wertepowo-zakrzaczonymi zakątkami ;)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.