niedziela, 4 maja 2014

Niedzielne wróżki - wróżki z Cottingley

Dziś chciałabym Wam napisać o pewnych zdjęciach, które chyba wszyscy znają ;) W sumie, to nie będę jednak o nich pisać zbyt , bo więcej sobie pozwolę przy okazji pewnego literackiego śledztwa, o którym zaraz. Przede wszystkim chciałam Wam polecić film oparty na tej historii. Słynne fotografie rzekomych wróżek wykonały dziewczynki, Elsie Wright i Frances Griffiths w latach 1917-20(21). Zdjęć jest pięć, a w całą sprawę z wróżkami zamieszanych było kilka wyjątkowych osób, z których najciekawszą postacią jest dla mnie A. Conan Doyle i to właśnie jego udziałowi w tej nadprzyrodzonej aferze poświęcę swoje nowe literackie śledztwo.


Cała zabawa zaczyna się w pewne wilgotne popłudnie w niewielkim Cottingley niedaleko Bradford, w Anglii. Początkowo zdjęcia budziły wielkie zainteresowanie, a A. Conan Doyle posłużył się fotografiami, by zilustrować swój artykuł o wróżkach, który tworzył do bożonarodzeniowego wydania The Strand Magazine (1920). Fotografie z czasem przestały budzić taką ciekawość jak na początku, ale utrwaliły się jako fenomen w masowej kulturze (całą sprawę nawet sparodiowano w Lady Cottington's Pressed Fairy Book, która jest przeurocza :D)  Zagadkę tych zdjęć próbowano wyjaśnić wiele razy, mimo, że w latach 80-tych autorki zdjęć przyznały się do fałszerstwa. Zresztą, oszustwo, w tym wypadku, starano się udowodnić niemalże od samego początku, a gdy patrzymy na te zdjęcia wydaje nam się oczywiste, że to kartonowe wróżki, a jednak sprawa nie jest tak prosta, jak się zdaje. Ot, taka już właściwość świata wróżek! :D Po pierwsze, przed wyznaniem autorek była to naprawdę znakomita mistyfikacja, dowody oszustwa, cały czas widoczne i wyraźne (główki od szpilek) były nie zauważane, a próby odkrycia prawdy spotykały się z niedowierzaniem. Po drugie, one nadal utrzymywały, że dwie fotografie są prawdziwe, potem, że jedna z tych pięciu pierwszych to obraz ich wyobrażeń, myśli utrwalony na zdjęciu.




Tyle na temat samych zdjęć. Jak pisałam, jeszcze do nich wrócę. A teraz słówko o filmie, który najzwyczajniej w świecie chciałabym polecić.

FairyTale: A True Story (Elfy z ogrodu czarów)

Nie jest to wybitne dzieło. Ba, nawet ma sporo wad, ale oglądało mi się tak przyjemnie, że po prostu muszę się podzielić. Staromodny film familijny, pełen sentymentalizmu, uroczy, skromny, a przy tym z całkiem niezłym aktorstwem na pierwszym planie i w tle, to historia dwóch dziewczynek, które zrobiły fotografie elfów. Pewnego dnia pożyczyły sobie aparat ojca Elsie, by zrobić zdjęcia nad potokiem. Rodzice początkowo nie wierzyli w autentyczność fotografii. W filmie matka Elsie chce wierzyć w takie cuda, jak elfy, bo jej syn, wielki wielbiciel tych małych stworków, niedawno zmarł. Chcą w nie wierzyć także A. Conan Doyle, który też stracił dziecko (wtedy zagorzały spirytualista), jego przyjaciel Houdini, który pozostaje sceptykiem i Edward Gardner, jeden z czołowych członków Towarzystwa Teozoficznego.

Dziewczynki w filmie mieszkają sobie w bardzo przytulnym pokoiku na poddaszu, gdzie jest mnóstwo drobiazgów, staroci, sentymentalnego kiczyku. Chciałabym taki efekt osiągnąć w swojej sypialni, ale nie wiem czy a. się odważę na aż tak odjechany w krainę wróżek dizajn :D b. dam radę pomieścić taki chaos na tak małej przestrzeni bez tworzenia poczucia zaduchu. Dziewczynki mają również niebywale uroczy domek dla lalek/wróżek zrobiony z naturalnych materiałów, który po prostu ujął tę część mojej duszy, gdzie mieszka miłość do mikrusów :D Poza tym gdzieś w głębi siebie zawsze czuję się małą dziewczynką z początku XX wieku (chłonęłam książki dla dzieci, których akcja osadzona była w realiach XIX i początków XX wieku i czułam się tam, jak w domu).













Trochę wkurzała mnie obecność latających wróżek, które wyglądały jak z Piotrusia Pana, jak z książki dla dzieci, ich dosłowność, która sprowadza fragmenty filmu do poziomu kreskówki. Nie pasują do koncepcji filmu, do reszty opowieści, która właściwie jest o prostej, dziecięcej wierze i ciekawym przekonaniu, że można świat widzieć na różne sposoby, a pewne jego wymiary mogą nie być dostrzegalne dla wszystkich. Nie będę się jednak czepiać tak, jak czepiali się tej cudownej iluzji, jaką były fotografie, niektórzy pisząc, że wróżki "wyglądały podejrzanie, jak tradycyjne wróżki z bajek dla dzieci" i że miały "bardzo modne fryzury" (Joe Cooper. Cottingley: At Last the Truth. „The Unexplained”. s. 2, 338–4). Wyobrażam sobie, że dziewczynki "widziały" coś, co sprawiło, że przez lata mogły wodzić świat za nos, w tym najlepszych ekspertów i genialnego pisarza. Czy to były te papierowe wróżki? Nie sądzę. Może taka papierowa wróżkowatość ma za zadanie ukryć prawdziwe elfie moce, może dzieci były w zmowie z tym małym ludkiem zamieszkującym dzikie tereny? :D Trochę sobie żartuję, a trochę sobie zostawiam furtkę w myśleniu: co będzie, gdy ze świata zupełnie usuniemy cudowność, czy nadal będzie się nam chciało w nim żyć?

Źródła zdjęć:
Wikipedia
http://www.paranormalne.pl/topic/21758-wrozki-z-cottingley/


6 komentarzy:

  1. Ostatnio bardzo duzo czytałam o wróżkach, może niekoniecznie takich ale sprawa sióstr Griffiths również trafiła mi sie w jednej z wrozkowych ksiazek, dodam, tej mniej ciekawej. Jakos smutnym wydaje mi sie zawsze to skarlenie jakie spotkało wróżki , ze teraz kojarzy je sie glownie z takimi stworzonkami jak ze zdjec zrobionych przez siostry, a ich korzenie sa znacznie ciekawsze. Polecam ci przejrzec niektore prace georga russella pseudonim AE ktory malowal wrozki ale zupelnie innego kalibru ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to skarlenie i infantylizację pięknie narzekał Tolkien, któremu przyszło dorastać w czasach dużej popularności motywu wróżek w literaturze dziecięcej :D A potem sam stworzył elfy, które zagarnęła popkultura :D

      Wiesz, w tym przypadku to nie do końca tak jak piszesz. Od takich głośnych spraw jak sprawa dziewczynek płyną dwie strugi. Jedna wiedzie przez książki dla dzieci i popkulturę do Disneya i wszystkich zabawnych pokrak, jakie nazywa się dziś wróżkami :D, drugą płynie zupełnie poważna dyskusja, która nie dotyczy tylko autentyczności zdjęć. Chodzi o to, że po takich wydarzeniach pojawia się zainteresowanie właśnie korzeniami zjawiska, padają pytania związane z antropologią, kulturą, ale również sprawami światopoglądowymi. Krótko mówiąc myślowy ferment. Wspomniany przez Ciebie Russell (z którym zresztą się nieźle znamy - nie tylko od strony wróżek, ale i od strony orientalistyki z początku XX wieku) to zresztą wbrew pozorom osoba dość mocno związana z tym, co akurat wyszło przy okazji sprawy Cottingley. Był związany z Towarzystwem Teozoficznym (zresztą, chyba był założycielem w Dublinie) i przecież jednym z autorów celtyckiego renesansu (te dwie rzeczy ze sobą związane). Sprawa tych zdjęć również była związana z Towarzystwem i również z odkrywaniem źródeł faerie i wiary w nie na terenie Anglii...No i o tych różnych płaszczyznach banalnej sprawy ze zdjęciami miałam napisać przy okazji A.C.D., a potem ruszyć w kierunku bardziej poważnej tematyki związanej z "wróżkami" (wiedziałam, że kiedyś ten dzień nadejdzie na tym eskapistycznym blogu i przy okazji śmiechowych dotąd wróżek-ciekawostek) i patrz, zaczynam ubiegać samą siebie odpowiadając na ten komentarz :D

      Usuń
    2. No ja neguje raczej te popkulturalne wróżki na których trzepie się ciężkie pieniądze, bo takie pixies ogrodowe to bardzo bym chciała zeby i u mnie zamieszkały :D ale chyba mam coś pecha jeśli chodzi o wróżki.
      AE trochę połączył właśnie te wierzenia celtyckie z różnymi indyjskimi duchami wodnymi głównie, zapomniałam ich nazwy teraz a mam całe 4 metry do przejścia po odpowiednia ksiazke o Indiach, tym bardziej ze zatarasowal mi droge stos ksiazek o heydrichu, ale chyba zaczynaly sie na A :D (stąd te super "pióropusze" nad głowami postaci w jego obrazach) i dla mnie jest to bardzo "appealing" miks i jest to tez jakby nie patrzec popkultura tamtego okresu, ale jakos bardziej przystepna niz WINX :D

      Usuń
    3. "appealing" miks - pięknie ujęte :D Przy takim pojęciu popkultury chyba nie ma zbyt wielu rzeczy, które by do niej nie należały :)

      Przy okazji tego, że Conan Doyle w te wróżki uwierzył najczęściej mówi się o jego chorobie "noblisty" i starczej demencji ;) Tymczasem właśnie ten szeroki kontekst jest ciekawy, celtycki renesans, który się łączy z zainteresowaniem orientalistyką (to są bardzo, bardzo moje tematy) i o tym będę w przyszłości tu pisać. Przykład Russella jest wyśmienity.

      Usuń
  2. Nigdy nie słyszałam ani o tych zdjęciach, ani o filmie! Zdjęcia są naprawdę magiczne i niesamowicie pomysłowe. Nic dziwnego, że zainspirowały kogoś do nakręcenia filmu :) Też uwielbiam klimaty takich pokoików pełnych drobiazgów! Niestety, ostatnio sama usuwam z mojej przestrzeni różnego rodzaju bibeloty, bo nie potrafię znaleźć w sobie wystarczających chęci na to, żeby je regularnie wycierać z kurzu :D A tak poza tym to myślę, że wiata w cudowność jest na tym świecie niesamowicie potrzebna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ze swoich bibelotów rzadko usuwam kurz. Może to nieładnie, ale tłumaczę sobie, że poprawiają klimat :D Mam nieduże mieszkanie i zagracenie nie pomaga, ale nie daję rady inaczej.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.