czwartek, 3 kwietnia 2014

"Malarz świata ułudy", Kazuo Ishiguro - ciekawa nudna powieść

Akcja tej powieści wlecze się niemiłosiernie, więc ostrzegam już na wstępie, że dla wielu osób wyda się ona po prostu nudna. Osobiście bardzo lubię, gdy nic się nie dzieje. Nie ma tu też niczego szczególnego, co odwróciłoby uwagę od snującej się narracji: jakiejś specjalnej urody języka (wbrew zapowiedziom na okładce przekład nie dostarczył mi szczególnych doznań estetycznych), poetyckiego obrazowania czy gry wyobraźni. Bardzo introwertyczny punkt widzenia, gdzie narrator opowiada wolno i leniwie, wiele osób może zniechęcić. Świat zaraz po drugiej wojnie światowej, widziany oczami starszego Japończyka - w sumie w tym też nie ma nic specjalnie ciekawego. Autorem jest wielokrotnie nagradzany Kazuo Ishiguro, pisarz brytyjski japońskiego pochodzenia i to punkt zaczepienia, który powinien skłonić do sięgnięcia po lekturę. Nie wystarczy jednak tylko zaczerpnąć, dobrze byłoby się raczej zanurzyć. Dopiero wtedy Malarz stanie się ciekawą przygodą.


Początkowo Masuji Ono po prostu wspomina życie przed wojną, portretuje kilka postaci, opowiada o spotkaniu z córkami, przywołuje rozmowy z nimi. Wizyta córki w domu starszego pana jest pretekstem do jego rozmyślań o zmieniającym się świecie, o przyszłości jego wnuka i snucia luźnych opowieści o istotnych, ale niezbyt ciekawych sprawach takich, jak kiedyśny rytuał zakupu domu (od tego zaczyna się powieść) czy pertraktacje przedmałżeńskie młodszej córki. To ostatnie wydarzenie staje się ośrodkiem zainteresowania jej siostry, która próbuje się dowiedzieć co rzeczywiście miało miejsce. Ojciec jest niechętny wyjawianiu szczegółów. Jak przy kwestii zakupu domu, jak we wspomnieniach o swojej roli mistrza, gdy był czynnym malarzem, powraca tu temat starego porządku społecznego, statusu, szacunku, jaki wzbudzała osoba starszego pana w czasach, gdy czuł się ważny.

Artyści tacy, jak bohater powieści portretowali pełną blasku urodę świata, który po wojnie przygasł. Malarz wspomina witalność i urok dawnej dzielnicy rozrywki, gdzie życie toczyło się między rozmowami poetów i twórców drzeworytów, wizytami w teatrze, wieczorami w herbaciarniach. Swoje wspomnienia kontrastuje z leniwą i raczej nieprzychylną obserwacją współczesności. Pan Ono zdaje się żyć na granicy światów i w żadnym z nich nie uczestniczyć. Ogląda przez nostalgiczną mgłę czas miniony, a teraźniejszość jest miejscem, gdzie czuje się zagubiony, gdzie snuje się, nie podejmując żadnych konkretnych zadań. Ogląda współczesność przez grubą szybę, jak ludzie w depresji, chociaż pozornie nic na to nie wskazuje. Starszy pan jest po prostu na emeryturze i nie bardzo wie, co dalej ze sobą począć. Jego zagłębianie się w sobie i swoich wspomnieniach też nie ratuje go przed poczuciem, że trafił próżni. Co jakiś czas wyrywa go z niej muśnięcie jakiejś nadziei, aktywności, która zdaje się mieć sens. A to ciche życzenie, by dawna dzielnica rozrywki podniosła się jeszcze z ruin, gdy opisuje lokal pani Kawakami. To znów próba przeprowadzenia lekcji rysunku dla wnuka, który zdaje się mieć talent czy wspólna wycieczka do kina. Nadzieje szybko jednak kruszeją i mężczyzna ponownie zapada się w sobie z coraz większą niechęcią do świata na dokładkę.


To nie jest powieść o starości, chociaż myślę, że tak może być odebrana i paradoksalnie świetnie pasuje do czasów nam współczesnych, gdy starość jest czymś niepożądanym i wstydliwym. Zwłaszcza, że dawne systemy wartości przestają "pasować" do nowoczesnego świata i okazuje się, że kiedyś podjęte wybory mogą się z czasem stać ciężarem. Pan Ono ma na swoim koncie udział w pewnych wydarzeniach (o których tu nie powiem, by nie zdradzać fabuły), które kładą długi i gęsty cień na jego sytuacji po wojnie. To również nie jest powieść o zmianach cywilizacyjnych w powojennej Japonii, chociaż tego się właśnie po niej spodziewałam. Nową Japonię obserwujemy przez matową, nieco brudną szybkę, gdzie jej nijakość miesza się z nieuporządkowanymi wspomnieniami starzejącego się malarza. Nie ma tu dynamizmu gwałtownych zmian, wielkich dylematów nowoczesności. Jest codzienne życie. Zaprzyjaźniony czytacz stwierdził, że jest w tej książce podobny klimat zwyczajności i niedopowiedzeń, co w filmach Jarmuscha. Coś jest w tym porównaniu, ale nastrój chłodnego smutku, który unosi się nad tą powieścią nie pasowałby do narracji w stylu tego reżysera.

Z czasem bohater odsłania nam coraz więcej ze swojej przeszłości, a my zaczynamy rozumieć jak jego teraźniejsza sytuacja łączy się z tym, co wydarzyło się przed wojną. Dialogi między postaciami zdają się dokładnie tyle samo odsłaniać, co zasłaniać i w ten sposób niczego, poza osobistymi wspomnieniami bohatera nie jesteśmy pewni. Nawet emocje postaci zdają się stłumione lub przyciszone, a introwertyczne wycieczki pana Ono nie ukazują jego osobowości ani silniejszych uczuć, jakby sam je przed sobą ukrywał. Siostry wydają się nie mówić tego, co myślą naprawdę, a nawet sugerują, że myślą dokładnie odwrotnie niż mówią. Pan Ono koniec końców wyraża wiarę w przyszłość, ale wydaje się przegranym człowiekiem, który zrozumiał na czym polegały błędy jego przeszłości trochę za późno.



Polecam wielbicielom niespiesznej, introwertycznej narracji. W nieco mniejszym stopniu polecam osobom lubiącym czytać o Japonii rekreacyjnie, bo na pewno nie jest to Japonia "wypoczynkowa", przy której można przyjemnie odpłynąć od codzienności.


malarz podczas pracy, T. Enami 1915


4 komentarze:

  1. Oj tam, nudna... z tego, co pamiętam jest raczej epicka. Tworzenie klimatu, opisy, itp. Osobiście nie lubię książek typu akcja-akcja-akcja w rodzaju tego, co teraz "modne" jest (na szczęście zwykle przez jeden sezon).

    "Kazek" jest ponadczasowy i umie pisać. Zdołować przy okazji też potrafi, ale ja tam wolę to niż "motywująco-inspirujący optymizm" autorów i autorek "naparzających szczęściem", że aż boli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kazek" hahahah :D

      Oj, nie wiem chyba za bardzo z jakim typem literatury kontrastujesz "Malarza". Muszę być bardzo niemodna (ale to w sumie prawda, nie czytuję bestselerów). Ta nuda to podane z przymróżeniem oka, bo wiem, że większość osób woli czytać raczej powieści,w których dzieje się więcej albo zaglądać do światów tak różnych od naszego, że czasami nawet surreal się jakiś gdzieś nawinie (to ja! to ja!) Przyznam jednak, że nie nazwałabym jej epicką, raczej jest właśnie introwertyczna, kameralna, a opisy ledwie naszkicowane. Taka ręka wprawnego, ale nieco zaspanego malarza - myślę, że to dobre porównanie. Chyba zdecydowanie myślę o czymś innym, gdy ktoś mówi "epicki", a już zwłaszcza w przypadku Japonii ;)

      Usuń
  2. Zawsze zastanawiał mnie fenomen Ishigury... Za co się nie brałam, to nie dawałam rady. Ten szeroko komplementowany język wydaje mi się toporny. I to nie ze względu na tłumaczenie, bo czytałam też po angielsku... Ciekawa kwestia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pocieszenie wrzuciłam zdjęcie pana malarza z 1915 roku :D

      Nie wiem jak się czyta w oryginale. Przekład dał mi poczucie bardzo surowego języka, nie wiem, gdzie ta jego słynna uroda, chociaż swój surowy wdzięk jak najbardziej ma. Bardzo ciekawy jest natomiast ten zabieg ukrywania-odkrywania. Z chęcią sięgnę jeszcze po jakieś inne dziełko, którego nie czytałam.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.