czwartek, 6 marca 2014

Wyzwanie (baśnie, Martin Amis "Strzała czasu", Hrabal, Kundera, Conrad, Zola, A. Christie, Anna Karenina, E. A. Poe)

I cóż. I zapomniałam, że mam już przygotowane odpowiedzi. Codziennie robiłam. Sumienna jestem. Grunt, że sobie przypomniałam :D Na godzinę przed północą.



21 - Pierwsze opowiadanie jakie przeczytałam, czyli Poe u dentysty

W oryginalnym pytaniu jest "novel", więc trochę sobie jaja robię, ale pomyślałam, że pytanie o opowiadanie będzie zabawniejsze, bo o powieściach już tyle pisałam.

Umówmy się, że nie chodzi o takie opowiadanie, które się czytało w dzieciństwie, bo nawet nie pamiętam na tyle, by odpowiedzieć zgodnie z prawdą ;) Sięgałam raczej po powieści dla dzieci i młodzieży (nie licząc wcześniejszego czytania baśni). Opowiadania z okresu dziecięcego pewnie najprędzej znalazłabym wśród lektur szkolnych, a kanonu z podstawówki zwyczajnie nie pamiętam :D Umówmy się, że chodzi o "bardziej dorosłe" lektury ;) 

W pierwszej klasie liceum (jestem stara i nie chodziłam do gimnazjum) często wypożyczała sobie coś w bibliotece, nie do końca przyglądając się swej zdobyczy ;) Czytelnictwo odbywało się metodą prób i błędów. Trafiały się babole, ale też perełki, które do dziś leżą w moim czytelniczym serduchu na puchowych poduszkach. Siedziałam kiedyś w poczekalni, trwożąc się mającym nastąpić za chwilę zabiegiem stomatologicznym. Właściwie to nie była taka prawdziwa poczekalnia, która robiłaby mroczny klyyymat,  tylko pokoik przy gabinecie prywatnego dentysty. Wiecie jak wyglądają takie pokoiki. Beżowe, raczej niewygodne krzesła, jakieś obrazki na ścianie, z reguły nie mające nic wspólnego z niczym, stosik starych magazynów na stoliku. Pod drzwiami unosi się ledwo wyczuwalny, ale jednak obecny, zapaszek, który zawsze kojarzy się z takimi miejscami. Zapaszek medyczny. Zza drzwi dochodzą ponure pomruki jakiejś maszyny do tortur. A człowiek czeka. Mimo umówionej godziny zawsze jest to czekanie. Czekanie musi być. A jeśli się spóźnisz specjalnie, specjalista uwinie się wcześniej i ktoś wejdzie przed tobą...

Nigdy nie sięgałam po rozłożone na stoliku magazyny, ale nie należę do osób, które mogą siedzieć i czekać spokojnie. Na egzaminy i do dentysty zawsze lubiłam wchodzić prosto po przyjściu. Czekanie uważam za najgorszy element tego typu wydarzeń ;) Umilić sobie jakoś trzeba tę udrękę. Tego dnia wypożyczyłam sobie z biblioteki parę książek. Wyciągnęłam z plecaka cieniutki tomik opowiadań ze znanym mi ze słyszenia nazwiskiem wykaligrafowanym na okładce: E.A. Poe. Tak zaczęła się moja wielka miłość do tego pana. Czytałam Zagładę domu Usherów (nie zdążyłam przeczytać przed wejściem i skończyłam później). Mrużąc potem oczy pod stomatologiczną lampą i czując jak znieczulenie paraliżuje mi policzek, przewijałam w swojej głowie obraz starego domostwa i jego nieziemsko pięknych i dziwnych mieszkańców ;)

22 - książka, która sprawia, że płaczesz, czyli Absynt ryczy zbyt często czytając i oglądając filmy, by o tym napisać coś sensownego i robiącego wrażenie

Nie ze śmiechu. Nie z bólu. Tak po prostu? Możliwe, że ryczałam przy wielu książkach, bo ogólnie jestem raczej emocjonalnym człowiekiem. Jeśli chodzi o te książki, które już wymieniałam, to na pewno popłakałam sobie przy Annie Kareninie.

23 - książka, którą zawsze chciałam przeczytać, ale wciąż mi się  nie udało, bo czasu mam za mało

Niestety, ale stale brakuje mi czasu na zgłębianie tych zagadnień, które tak naprawdę interesują mnie najbardziej. Ich natura do najlżejszych nie należy i nie da się przeczytać tylko jednej rzeczy, czy wrócić beztrosko do tego, co już przeczytane. Trzeba zasiąść do tego na kujońską modłę ;)

24 - książka, po którą ludzie powinni czytać częściej, bo tak bym chciała :D

Chyba nie mam zadatków na ojca (matkę?) narodów, bo nie czuję się jakoś szczególnie w roli radziciela :D Co radzić ludowi, by czytał? Powiem ogólnie: chciałabym, żeby ludzie częściej sięgali po literaturę z innych kontynentów, pisarzy innych kultur. Z tego powodu cieszy mnie popularność Murakamiego, który na tle innych japońskich pisarzy wcale nie prezentuje się znów tak oszałamiająco ;) Chciałabym również, by ludzie częściej sięgali po klasykę niż po stosy ulotnych bestsellerów. 

Na konkretne książki, które mogłabym polecić, nie starczy mi tu miejsca :D

25 - bohater, z którym się utożsamiam w największym stopniu, czyli nie umiem wybrać, więc wybiorę najmniej prawdopodobnego

Nie wiem czy potrafię wskazać tego jednego bohatera. Hmmm...Nie. Znów Was zawiodę. Nie wiem. Utożsamiałam się z wieloma postaciami i w sumie chyba o to głównie chodzi w literaturze, że gdy czytamy dobrą książkę, to nas wciąga także i dlatego, że potrafimy się utożsamić z bohaterem. Tak to jest skonstruowane. Nie znaczy, że do wszystkich tych bohaterów, z którymi się utożsamiliśmy, się przyznamy :D Wybiorę na chybił trafił z książek, o których jeszcze nie wspominałam.

Uwielbiam staroświeckie książki o detektywach, kryminały retro. I prawie zawsze się z tym bohaterem-detektywem utożsamiam (ha, też tak macie na pewno!) Pewnie działa tu przekonanie o swojej wybitnej bystrości, chociaż czasami bliska jest też słuszna dawka cynizmu, żądza ironizowania, nawet szczypta znoszonej dekadencji :) Niekoniecznie człowiek to w sobie lubi, więc dobrze, że są książkowi bohaterowie, którym to uchodzi na sucho, co my byśmy chcieli powiedzieć, a czego się trochę boimy. Najciekawszym takim detektywem w mojej kolekcji jest niespecjalnie ciekawa panna Marple (stworzona przez A. Christie). Dlaczego w takim razie najciekawszym? Bo to stara panna, a ja jestem jeszcze stosunkowo młoda i mężata. Nie jestem też specjalnie wścibska, mam nadzieję, ale mam wrażenie, że jako staruszka będę w jakimś stopniu pannę Marple przypominać. Jane Marple z opowiadań jest jeszcze taką typową starą panną, staruszką zasuszoną między herbatką a robieniem na drutach, ale powieściowa pani detektyw jest już znacznie bardziej sympatyczna, a przy tym jednak spodziewa się po ludziach najgorszego i zazwyczaj się specjalnie nie myli.

26 - książka, która zmieniła moje zdanie na jakiś temat, czyli Zola w pigułce

Jeśli podam tu jakąś książkę naukową, naukawą albo popularnonaukową, to będzie zbyt proste. Uczymy się przez całe życie, prawda? Powinnam pogrzebać w biblioteczce powieściowej, na przykład. Pisałam już o Zoli i jeszcze raz tu napiszę. Przed nim XIX wiek jawił mi się jako taki piękny obrazek, gdzie damy w eleganckich sukniach i z fantazyjnymi wachlarzami przechadzają się po salonach. Kryształy, szelest koronek, trochę cylindrów, cygar i dorożek. Liściki. Proszone herbatki. Bukieciki, wpięte tu czy tam odurzają kochanka, który łagodny jest jak letni wietrzyk. Trochę ironizuję, ale Zolę przeczytałam sobie po raz pierwszy dość późno, jak na moje czytelnictwo XIX-wiecznej literatury. Nawet te powieści, które niczego specjalnie nie ukrywają, jak Pani Bovary czy Anna Karenina, żeby wymienić te najsłynniejsze, jednak nie ruszają tematyki nizin społecznych. Pozytywizm na polską modłę z kolei czasami przekazywał to w sposób, który mnie nie ruszał, bez opowiadania kolei losu tak, by w duszy został na dłużej jakiś osad z opowieści. Zostawały raczej dryfujące po tym pięknym XIX wieku obrazki nędzy i głupoty. Oderwane od głównego rdzenia, bolesne smużki czegoś brzydkiego między zasuszonymi kwiatkami i czułymi liścikami XIX-wiecznych dam. Zola natomiast uczynił z bohaterów z nizin społecznych, tych, którzy się staczają i tych, którzy próbują wspiąć się wyżej, pełnoprawne postaci o skomplikowanej psychice, ciekawych losach i ukazał je na bardzo dokładnie narysowanym tle panujących zależności. Jego obraz XIX-wiecznego Paryża, wcale nie miasta romantycznego czy miasta zakochanych jest zupełnie inny niż moglibyśmy się spodziewać. Nie twierdzę, że inni pisali o nim gorzej. Po prostu, obraz, jaki przekazał Zola jest bardzo brutalny, konkretny i tragiczny. 

27 - książka z najbardziej zaskakującym zwrotem akcji lub zakończeniem, czyli wszystko na opak i Holocaust

To może pójdę na całość i zamiast zwrotu akcji lub zakończenia wybiorę powieść z tak poprowadzoną akcją, że sama akcja jest zaskoczeniem, mimo że się spodziewamy (do jakiegoś stopnia) tego, co ma być. Wiem, jak to brzmi. Delirycznie. Mam na myśli powieść Strzała czasu albo natura występku Martina Amisa.

Konstrukcja fabuły w tej powieści jest jednocześnie bardzo prosta i skomplikowana. Oto pisarz wpadł na pomysł, by puścić bieg wydarzeń zupełnie nienaturalnym torem: od końca. Przyznaję się bez bicia, że sięgnęłam po tę książkę zaintrygowana samym pomysłem i spodziewałam się, że dostanę po prostu dawkę solidnej roboty fabularnej (w najlepszym wypadku) lub nudną, pretensjonalną, efekciarską formę (w najgorszym wypadku). Spodziewałam się, że wydarzenia zejdą na dalszy plan. Książka mnie bardzo pozytywnie rozczarowała ;) Jeśli chodzi o zabawę z formą narracji to faktycznie, robota jest tu koronkowa, ale jest w tej powieści coś więcej niż tylko potencjał na dobrą rozrywkę.

Bohatera powieści poznajemy u kresu jego życia. Jakie to życie było, będziemy się dowiadywać czytając dalej, bo nic więcej się w tym życiu już nie wydarzy. Koniec jest więc na początku. I nie, to nie będzie wspomnienie. Nie będziemy też tylko przebiegać poszczególnych wydarzeń, etapów życia bohatera. Będziemy się cofać razem z bohaterem, towarzysząc mu w mało istotnych, codziennych czynnościach. Tym oto sposobem obserwujemy go chociażby podczas jedzenia, gdy w sposób zupełnie niespodziewany wytwarza żywność z resztek, znajdujących się w śmietniku, a nie wyrzuca, jak to powinno mieć miejsce z niedojedzoną kanapką. Ważniejsze wydarzenia z jego życia również pojawiają się w takiej samej formie, więc jego związki zaczynają się od rozstań. Zresztą, nigdy nie wiemy, kiedy to się stanie, z czasem można się tylko domyślać. Nie ma żadnego poznawania ani podrywu, od razu związek, pac przez życie. Tym oto sposobem pisarz zapewnia nam niezłą rozrywkę i przyjemność płynącą z odkrywania nowego w starym. Na dobrze znane rzeczy patrzymy z zupełnie innej perspektywy. Jest miło. Do czasu.

W końcu pojawiają się sny, a w nich tytułowy występek za mgłą niejasności. Zwyczajny bohater i jego nudne życie szybko by znudziły czytelnika. Pojawia się cień zbrodni, zaczyna być interesująco. I tu najważniejsze, chociaż nie chcę zdradzać fabuły. Zbrodnia, o której mowa okazuje się dużo bardziej poruszająca niż może się początkowo wydawać. Bohater okazuje się być uwikłany w ludobójstwo z okresu II wojny światowej, a uniwersum, w którym wszystko jest na opak, w którym z ognia rodzą się przedmioty, a nie giną, to bardzo przewrotny byt wymyślony. Metafora świata po wojnie, świata, który się całkiem rozpadł, swędzące pragnienie odkupienia i cofnięcia czasu, cofnięcia zbrodni, zbawienia. Gdyby historia, która się w tej puszczonej na opak fabułce zamyka, nie łączyłaby się przewrotnie z taką właśnie traumą nie sądzę, by ktokolwiek czułby się poruszony tą opowieścią. Można autorowi mieć to za złe. Można pomyśleć, że wybrał wątek tego rodzaju, by jego pomysł wypadł naprawdę efektownie. Myślę, że odbieranie tej powieści w ten sposób jest możliwe i na miejscu.

Mnie ta książka naprawdę swego czasu poruszyła. Miałam wrażenie spotkania z czymś niesłychanie brudnym i godnym pożałowania i jednocześnie poczucie, że gdzieś tam nam wszystkim, bez wyjątku pisany jest bolesny "powrót do łona" i w końcu jakiś rodzaj wyzwolenia. Inaczej nic nie miałoby sensu, prawda?

Ciekawy jest też zabieg, w którym narratorem nie jest ani bohater ani nie mamy narracji trzecioosobowej. Opowieść snuje jeszcze ktoś inny, kto zdaje się siedzieć w bohaterze (dusza?), dzięki czemu podwójność istnienia zbrodniarza staje się symboliczna (?), metaforyczna.

28 - Ulubiony tytuł książki, czyli czeski

Ha! Niezłe pytanie, tylko nie wiem jakim kryterium mam się kierować... Zabawny? Ciekawy? Piękny? Uwielbiam tytuły dziełek Hrabala. Kain: opowiadanie egzystencjonalne, Schizofreniczna ewangelia, Cierpienia starego Wertera, Protokół, czyli przyczynek do renesansu spisany wspólnie z moim stryjem Józefem, Na strunie między kołyską a trumną... Wybiorę jednak coś innego z czeskiej literatury: Nieznośna lekkość bytu Kundery. Bo to jest taki tytuł-powiedzonko. Sporo się w nim zawiera i są takie momenty w życiu, że człowiek sam sobie po cichu tak właśnie powie, czasami ironicznie, a czasami z pełnym przekonaniem ;)

29 - Książka, której nikt nie lubi, a ty tak, czyli morskie opowieści, a właściwie to wcale nie

Conrad. W całości. Autor mam wrażenie niedoceniany przez zwykłych czytelników (literaci i literaturoznawcy to inny gatunek :D), bo o czym to on pisał, o morzu? Kojarzony z Lordem Jimem (swoją drogą, przeczytany przeze mnie w któreś nastoletnie wakacje, jakiś czas po tym, jak nim smęcono na lekcjach polskiego). Z jakimś niejasnym wyobrażeniem o jakiejś prozie marynistycznej :D A mi się świetnie jego utwory czyta i lubię do nich wrócić. I wcale nie są o morzu ;)

30 - Najulubieńsza książka, taka naprawdę najulubieńsza (of all time), czyli baśnie

Jeśli jest jakaś książka, z którą mogłabym spać pod poduszką, bo tak się przyjaźnimy, to byłyby to baśnie - bracia Grimm lub Andersen. Przez całe życie, a trochę już żyję, do nich wracam. I wcale się nie starzeją (albo to ja się nie starzeję hehe).




4 komentarze:

  1. Co do Conrada to mam takie same zdanie. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo niedoceniany pisarz, niestety.

      Usuń
  2. Jak tu ładnie, świeżo i absyntowo! Ciekawie piszesz nawet o nudnych rzeczach, bo jak wiesz, moje literackie ciągoty w zupełnie inną stronę :) Poza Edgarem. Tak normalnie mam ochotę sięgnąć po Hrabala czy Zolę.

    Olin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowna rodzina ;) mogłaby sobie te konta pozakładać :D

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.