środa, 22 stycznia 2014

Wyzwanie: książka, którą uważam za najbardziej przereklamowaną i książka, o której myślałam, że jej nie polubię, ale bardzo polubiłam (Harry Potter, Jane Austen)


Książka, którą uważam za najbardziej przereklamowaną

Ale, że tak najbardziej, najbardziej? Cóż. Większość chwilowych bestsellerów, o których za moment nikt nie będzie pamiętał, to takie przereklamowane książki. Może tylko jeden Pałlo się ostał z tych dawnych wielkich hitów, ale pewnie nie tak jak sam by chciał - stał się synonimem mądrości z pupy, a przecież jego powieści nie wypadają aż tak fatalnie w towarzystwie innych, współczesnych grafomaństw. Czytałam, no dobrze, trafiałam na fragmenty gorszych rzeczy. Z hitami tak to już jest, że ich poczytność jest wynikiem pewnych sukcesów raczej marketingowych niż literackich.

Takim bestsellerem, który chyba nie do końca jest zwykłym hitem, jest dla mnie seria o Harrym Potterze. Nie rozumiem tego fenomenu, ale właśnie, to nie zwykły hit, ale kulturowy fenomen. Jako taki przestaje być po prostu bestsellerem. Inaczej uznałabym właśnie Harrego Pottera za taką najbardziej przereklamowaną serię książek. Próbowałam czytać dwa razy, nic z tego, a mugolem raczej nie jestem ;) To bardzo osobista opinia, bo zdaję sobie sprawę z tego, że Harry Potter musiał odpowiedzieć na jakąś powszechną potrzebę. Patrząc na historię Rowling zdaję sobie sprawę z tego, że nie stała za nią od początku wielka machina marketingu i że jest trochę takim Kopciuszkiem. I właśnie ta jej historia wydaje mi się z całej sprawy z Harrym najbardziej interesująca.

Bestselery kwalifikują się do mojej kategorii rozrywka, bo czystej klasyki nie śmiałabym ruszyć i nazwać czegoś przereklamowanym. Nie mnie oceniać wartość dzieł z uznanym arcy- na przedzie, bo zrobili to lepsi ode mnie. Do pewnych rzeczy się czasem dorasta i dopiero po czasie człowiek widzi, o co chodzi z tym fejmem Lalki czy Conrada. Pewne rzeczy nadal irytują czy rozczarowują.

Książka, o której myślałam, że jej nie polubię, ale ją polubiłam

Opowiem Wam historię o tym, jak tknęłam Jane Austen. Jestem osobą uwielbiającą powieści z końcówki XVIII wieku, XIX-wieczne, klasykę. Od niektórych rzeczy jednak trzymam się z daleka przez to, że nie kojarzą mi się najlepiej. Nie wystarczy znać fabułę tej czy tamtej powieści Jane z opisu, żeby wiedzieć co i jak? Wystarczy. Moje zainteresowania literackie nie obyłyby się bez wiedzy o tym kim Jane była i o czym są jej powieści. Znałam ich fabułę również z ekranizacji, przyznaję się bez bicia, niekoniecznie obejrzanych od początku do końca. Miałam tyle pociągających rzeczy do przeczytania, że Jane zostawiałam sobie na kiedyś tam, gdy trzeba będzie... Skąd u mnie taka niechęć? Jedni trzymają się z daleka od Carmilli Le Fanu, inni od Austen. Jej pisarstwo kojarzyło mi się z typowo "babskim" światem falbanek i proszonych herbatek. Idealne dla wielbicieli łzawej części kinematografii kostiumowej, do grona których nie należę. Do tego doszły jeszcze genialne panny Brontë, z których jedna, Charlotte nie kryła swojej wielkiej niechęci do Jane tak dalece, że jest to fakt raczej powszechnie znany ;)

W końcu przyszedł ten moment, gdy zajmując się zjawiskiem powieści gotyckiej musiałam przebrnąć przez Opactwo Northanger, które jest parodią tego gatunku (przynajmniej do pewnego stopnia). Piszę "przebrnąć", bo faktycznie tak było. Skupiona na swoim zadaniu, robiąc notatki, odnalazłam Opactwo jako średnią parodię, a niektóre fragmenty mnie bardzo znudziły. Oczywiście, że się momentami przy tej powieści naśmiałam, ale nie była to jedna z tych przyjemnie wciągających lektur. Potem, czytając bez robienia notatek, miałam samej frajdy więcej, ale nadal żadnej chemii. Zaciekawiły mnie jednak powody, które sprawiły, że Jane zabrała się za pisanie parodii powieści gotyckiej. Sama była miłośniczką tego typu prozy, która swego czasu była bardzo modna i bardzo mieszająca młodym damom w głowach. Pomyślałam: inteligentna babka, skoro była nie tylko czytelniczką, ale i obserwatorką innych czytelniczek, bo na tej podstawie zbudowała swoją parodię.

Zabrałam się za Dumę i uprzedzenie i byłam już od drugiej strony kupiona. Potem jeszcze lepsza Rozważna i romantyczna. Sądziłam, że tych książek nie przeczytam, ale nie dość, że je przeczytałam, to jeszcze wracałam do Jane (chociaż już nie trafiłam na nic równie przyjemnego, jak te dwie). Wspaniałe, lekkie pióro. Błyskotliwie rysowane sylwetki psychologiczne postaci, bez nadmiernego grzebania w głowach, bez mrocznych zakrętasów duszy. Fabuła zupełnie zwyczajna, żadnych wielkich wydarzeń, epickiego rozmachu ani szalonych namiętności. A jednak wciągająca. Konflikty rozrysowane bardzo moralnie, wiadomo, że czarny charakter dostanie za swoje. A jednak nie ma tu niepotrzebnego dramatyzmu ani też tendencji do upraszczania spraw. Najpodlejsi bohaterowie nie psują sielskiego na dobrą sprawę, chociaż realistycznego, obrazu świata. I nie przeszkadza mi to wcale. Nie czuję w tej prozie wymuszenia, sztuczności, łzawej ckliwości, o które, przyznaję, posądzałam Jane. Jej powieści pełne są za to sympatycznej, ciepłej ironii, na którą sobie pozwala nawet przy poważnych życiowych sprawach, które dotyczą jej zwyczajnych bohaterów. Kto z nas nie chciałby tak patrzeć na życie?

9 komentarzy:

  1. Ooo to ciekawe pytania! Harrego lubię, bo wraz z ukazaniem się w PL 1 części, ja miałam 11 lat jak główny jej bohater i równocześnie z nim dorastałam, chociaż to chyba tylko bardziej taki sentyment niż prawdziwa sympatia.
    Myślałam, że nie polubię Przeminęło z Wiatrem, które okazało się być czymś więcej niż zwykłym romansidłem i pochłonęłam je błyskawicznie, chociaż zaczynałam z podejściem- poznać wroga.
    A Austen nie polubię i nie. No po prostu zaprę się rękami i nogami i basta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale już czytałaś Janeczkę i nie podobało Ci się czy po prostu nie masz ochoty nawet się zapoznawać?

      Usuń
  2. Harry'ego nie cierpię, chociaż byłam w zamierzeniu targetem tej serii to mnie nigdy ten świat nie chwycił i zawsze wydawało mi się skrajnie naiwne, że nastolatek walczy z jakimś strasznym magiem. I ten humor na siłę, czerstwy jak chleb ze szkolnej torby odkryty po wakacjach. fuu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawe zjawisko, bo mój rocznik już nietargetowy, a jednak mnóstwo osób Harrego złapało ;)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. dla mnie najbardziej przereklamowaną była Mechaniczna Pomarańcza. zarówno książka jak i film Kubricka. no nie wiem, co takiego WOW w tym miało być. zaraz mnie ktoś skrzyczy, że nie zrozumiałam, a ja zrozumiałam bardzo dobrze. tylko wspaniałości tego dalej nie pojmuję. jedynie scenografia i kostiumy z filmu były ciekawe, ale to za mało, abym łyknęła to jako 'kultowość' w swej własnej hierarchii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie książka ma swój urok, urok natury formalnej, bo stworzenie tego języka, którym posługują się bohaterowie to ciekawy eksperyment ;) Sama fabuła jest według mnie bardzo łopatą przez łeb, a Kubrick jeszcze to wyostrzył. Wiele osób nie lubi Mechanicznej Pomarańczy. Sam Kubrick chyba też nie przepadał za tym filmem, bo miał z nim problemy i widać (tak mi się wydaje), że chciał jakby zrobić film o zupełnie innym wydźwięku niż to, co wyszło. Brakuje w tym tworze nawet tego, co zawsze broni filmy tego reżysera - Kubricka można nie lubić, nie robił magii kina tylko zimne, autorskie opowieści, jest też noszony na rękach przez krytyków bezdyskusyjnie, ale warsztatowo jest świetny i zawsze miał specyficzne ambicje, których większość rzemieślników kina nie sięga. W przypadku Pomarańczy chyba coś poszło nie tak. Pamięta się scenografię, kostiumy, właśnie tak. Nawet to, co w innych filmach K. robi z muzyką tu wychodzi niewiarygodnie łopatologicznie - użycie Beethovena wypada groteskowo w kontekstach, które się w tym filmie pojawiają ;) Noooo, lewą ręką pisze mi się tak samo dobrze komcie, widzę :D

      Usuń
    2. (przecież sama wspominałaś, że jesteś oburęcznym dziwakiem ;))

      tak jest. ogólnie doceniam bardzo inne dzieła Stanleya K. z Lśnieniem na czele.
      nie rozumiem fenomenu za to, noszenia na rękach przez krytyków i wciskania ludziom, jako ucztę intelektualnie emocjonalnie górnolotnie fantastycznie blablablablbla wyrafinowaną i głęboką filmów Von Triera, zawsze mam problemy z oceną tych dzieł, podobało się mi tylko Tańcząc w ciemnościach, ale tylko dlatego, że grała tam Bjórk^^
      Ogólnie nie oceniam tych filmów jako tragiczne, są na pewno specyficzne, mówią o czymś w sposób trudny na pewno w odbiorze,
      ale robienie z tego w okół czegoś ponad naturalnie wspaniałego kompletnie mnie konsternuje, a wręcza irytuje. o, efekty jeszcze są ciekawe. ale to już temat na osobną rozkminę, której miałam się kiedyś oddać u siebie na blogu. chociaż w skrócie wyczerpałam temat, pisząc nie na temat pod tym Twoim postem :P

      Usuń
    3. Von Trieria lubię z czasów dogmy, "Przełamując fale" nie, a "Tańcząc w ciemnościach" tak; chociaż nie, lubię to źle powiedziane - powiem tak: był ciekawy. "Królestwo" jest ciekawe. To, co potem to już manipulowanie emocjami widza, mnie nie rusza ;) A wiesz, że Zentropa, czyli wytwórnia Larsa ma jakąś odnóżkę produkującą porno dla kobiet? :D Może stąd w jego ostatnich filmach, z najnowszym na czele, seks się tak wybija na pierwszy plan i takie egzystencjalne dyrdymały do niego są podczepiane :D Trier jest straszliwie przegadany, w złym sensie, bo ogółem lubię, jak reżyser "gada", ale konwersacja żeby była zajmująca musi być ciut błyskotliwa i ciut muskać pewne tematy, a nie babrać się w nich jak we flakach metafizyki :D To należy zostawić filozofom i to tym z tęgimi łbami, czyli gatunkowi już dawno na wyginięciu.

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.