niedziela, 19 stycznia 2014

Wyzwanie: książka, która mnie uszczęśliwia i książka, która mnie smuci (Ania z Zielonego Wzgórza, Muminki, Dziewczyna z zapałkami)

  

Książka, która mnie uszczęśliwia. 

Tak sobie zakładam, że chodzi o poczucie sielskiej przyjemności, rozleniwienia i ogólne dobre samopoczucie. W kategorii klasyka mogłabym po prostu wyliczyć masę powieści XIX-wiecznych, bo nieważne czy kończą się dobrze czy źle jest w nich coś takiego, co mnie bardzo relaksuje. W większości chodzi o pewien oddech (mimo obecności gorsetów ;)), takie poczucie, że jest się w większym, mniej znanym świecie.

W kategorii rozrywka też sporo, ale przede wszystkim bardziej rozrywkowe niż zwykła taka tam rozrywka są lektury po które sięgałam już w dzieciństwie. Niewątpliwie działa tu mechanizm sentymentu. Skandynawskie autorki, takie jak Astrid Lindgren czy Tove Jansson zawsze sprawiają, że się uśmiecham. Muminki to antydepresant, którego nie można przedawkować.

Uwielbiam też serię powieści o Ani z Zielonego Wzgórza. Nie tylko dlatego, że to moja imienniczka i że tak doskonale rozumiem jej dziecięcy nadmiar wyobraźni i tendencję do bycia niegrzecznym dzieckiem. Nastraja mnie dobrze do ludzi, do świata. To odpowiednik takiego pachnącego bzem, dziewczęcego pokoiku, do którego człowiek chce się schować, gdy dopada do dorosłe życie i wymaga, wymaga, oczekuje, wymaga, daje po tyłku, wymaga, obiecuje, nie spełnia obietnic, wymaga...Rozumiecie.

O baśniach nie będę wspominać, bo to robi się obsesyjne.

Książka, która mnie smuci

Są książki, które mnie smucą tym, że zostały wydane. Zgaduję sobie ponownie (oh, ty, Sherlocku, ty!), że to jednak nie o to chodzi. Znów chodzi o nastrój i tym razem rozstrój emocjonalny, jak mniemam.

Na swój sposób smuci mnie wiele powieści, ale jeśli miałabym wybrać jedną rzecz, która po prostu zawsze wyciska mi łzy z oczu, to będzie to "Dziewczynka z zapałkami" Andersena. Wiem, nie książka, wiem, miałam nie pisać o baśniach, ale widać się nie da :D Andersena czytam od zawsze. Kolekcjonuję. To ukochane baśnie literackie mojego dzieciństwa. Ukochane, ale też przywołujące inny nastrój niż pozostałe dziecięce lektury. Baśnie Andersena pełne są współczucia, jeśli można się tak wyrazić. Byle zabawka, igła do szycia czy inny przedmiot codziennego użytku opowiadają swoje historie w zajmujący sposób. Jego baśnie są nieraz pełne przykrych przygód, a autor jakby od niechcenia porusza się po egzystencjalnej tematyce, umieszczając człowieka w świecie o odpowiednich proporcjach: nasze sprawy są tak samo ważne, czyli nieistotne, względem spraw ostatecznych, jak sprawy zapałek czy ołowianego żołnierzyka. Nic dziwnego, że jako dzieciak zaryczałam się nie przy jednej czy dwóch baśniach tego pana, ale prawie wszystkie budziły we mnie ten sam odruch. Jeśli jednak chcecie mi przewrócić nastrój do góry nogami, gdy jestem cała w skowronkach, wybierzcie "Dziewczynkę z zapałkami" i mi przeczytajcie. Padnę na poduszki i będę ryczeć na głos.

Nie do końca wiem dlaczego ta akurat baśń wywołuje we mnie taki smutek. Może chodzi o to, że moje wspomnienia dziecięce związane z Gwiazdką są bardzo miłe, ciepłe i magiczne, a ta opowieść jest opowieścią zimową, świąteczną na swój sposób i zawsze miałam poczucie, że czytając ją bardziej doceniam to, co mam - sielskość, ciepło domowe, otoczenie pełne troski. Może chodzi o to, że dostałam Andersena kiedyś pod choinkę i czytałam przy kominku, jedząc pyszne ciasto i od tamtej pory być może inaczej patrzyłam na świat (nie twierdzę, że mi zniszczył dzieciństwo czy magię świąt ;)). Może w końcu chodzi i o to, że to zderzenie atmosfery domowej, gwiazdkowej z nastrojem "Dziewczynki z zapałkami" poruszyło jakąś szczególną nutę współczucia we mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.