wtorek, 28 stycznia 2014

Wyzwanie (Tolkien, Pratchett, złe książki i jeszcze gorsze filmy)

No to dziś wygrzew, czyli uzupełnianie zaległości w książkowym wyzwaniu.

11. Książka, której nie znoszę.

Nie mam pojęcia. Żadna? Mam taką złotą zasadę - nie zabieram się za rzeczy, co do których nie jestem przekonana. W ten sposób unikam spotkań z tym, co mogłoby mi się nie podobać. Jak już coś mi się nie podoba, to są dwa wyjścia: nie czytam wcale (wtedy raczej nie stanie się to książką nie do zniesienia) albo czytam, bo z jakiś niepojętych powodów perwersyjnie mnie to kręci. Kiedy się czyta sporo, czyta się też rzeczy złe, które dobrze się czyta. Ludzie są dziwni. Przyjemność z oglądania złych filmów i czytania złych książek jest dla koneserów.

Może lektury szkolne? Wszyscy marudzą, że musieli w szkole czytać jakieś straszne rzeczy. Ja tam nie wiem. Nie pamiętam takich stanów czytelniczych. Jedyną rzeczą, której nigdy z listy lektur nie tknęłam jest "Nad Niemnem". Strasznie mnie znudziło po paru stronach i nigdy więcej nie zajrzałam. Są też jakieś lektury z bardzo odległej przeszłości, "Łysek" czy "Nasz szkapa", pamiętam to tak słabo, słabiutko, że nie umiem żadnych emocji w sobie wzbudzić. Lubiłam za to powszechnie znienawidzonego Mickiewicza, Słowackiego i "Lalkę".

12. Książka, którą jednocześnie lubisz i nie znosisz

W sumie odpowiedziałam na to pytanie wyżej. To będą rzeczy, które są kiepskie, denerwujące, straszne, kiczowate i co tam jeszcze i które czytam tak, jak się ogląda filmy Eda Wooda. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to stan pijacki, amok, bachanalia. Nie pamięta się tytułów ani nazwisk. Zupełnie inna odmiana książkowego kaca niż ta, gdy kończysz dobrą rzecz i Twój umysł potrzebuje następnej.
13. Ulubiony pisarz

No proszę... Znów mam pisać o Tolkienie? Pisałam już setki razy. Chciałam być Tolkienem. Widziałam siebie siedzącą marzycielsko pod starym drzewem, z fajeczką. Widziałam siebie jako starszą panią, nie pana, ale co za różnica. Chciałam być tolkienologiem. Brat się ze mnie śmiał. Aż takim wielkim znawcą Tolkiena zresztą się nigdy nie stałam (a znam takich), może jeszcze kiedyś nadrobię.

Przyzwyczaiłam się myśleć, że to Tolkien jest moim ulubionym pisarzem, ale to nie tak. Jak powyżej - Tolkien był moją pierwszą, dziewczyńską miłością. Potem były inne zakochania, zadurzenia, krótkie i bolesne romanse, długie i obfitujące w rozkosze związki, przyjacielskie rozstania, nagłe rozczarowania. Nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić, czułabym, że kogoś pominęłam. Mam napady "na" jakiegoś pisarza. Z czasem mi mija i znajduję takiego, któremu ten poprzedni mógłby stopy całować. Ogólnie jednak wszystkim swoim byłym i obecnym ulubieńcom coś tam zawdzięczam i byłoby grubym nietaktem o kimś zapomnieć tak publicznie, oficjalnie.

Tolkien zajmuje jednak miejsce szczególne w moim życiu, niech mu będzie...

14.  Książka, która została zekranizowana i w ten sposób sprofanowana

Historia kina nie jest długa, ale burzliwa to i owszem. Od samego początku powieści czy dramaty były zaciągane do filmu, a efekty tych amorów były różne, różniaste. Mam w sobie dużą przestrzeń tolerancji, jeśli chodzi o ekranizacje. Nie wiem z czego to wynika - może z tego, że na kulturoznawstwie jednak chodziło się na te zajęcia filmoznawcze i człowiek się przyzwyczaił do myślenia, że język kina jest inny niż język literatury. Inne środki wyrazu, przekazu, inne rozwiązania. Tam, gdzie wiele osób widzi nieścisłości i rwie sobie włosy z głowy, ja patrzę jak mistrz zen po słusznej miseczce ryżu. Nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Machnę ręką najwyżej. Najbardziej boli mnie, nie gdy w filmie leci na łeb na szyję fabuła, ogółem: "ten film nie ma nic wspólnego z książką", gdy pojawiają się eksperymenty itd., ale gdy twórcy kina nie dorastają do pięt autorowi powieści czy dramatu. Ciężko jest być Szekspirem, zgoda, ale nie o to mi chodzi. Kiedy książka jest dobra, bardzo dobra, wspaniała, a film zwyczajnie jest zły, bardzo zły, okropny - rozdźwięk jest zbyt duży. To nie chodzi o to, że ekranizacja jest kiepska względem książki, ale o to, że gdyby film nie był ekranizacją byłby sam w sobie paskudny.

Ostatnim takim wydarzeniem, które przeorało moją kinomaniacką i książkożerczą duszyczkę była najnowsza "Anna Karenina", nie wiem ile razy (obejrzałam w końcu ten film, po kawałku) wyrwał mi się przy tym jęk "Litości!". I nie, nie chodzi tylko o aktorkę, za którą nie przepadam, bo taka antypatia to rzecz osobista, ale o to, jak świetny pomysł, który tak ładnie wypadł w początkowych minutach filmu, stał się pogrzebaczem, którym dobijano to histeryczne dzieło aż iskry szły. Jeśli jakiegoś wielbiciela filmu swoją entuzjastyczną oceną uraziłam, przepraszam. Słowa mnie niosą, a ironia i sarkazm to zmyślne bydlaki.

15. Ulubiony męski bohater

Ajajajajajaj! Kolejne pytanie, na które mi ciężko odpowiedzieć. W ogóle boję się pytań zawierających słówko typu "ulubiony". To nieludzkie, to jak wybór lepszego kota!

Czuję, że muszę odwołać się znów do porzuconej w poprzednich odpowiedziach metody - wybrać najpierw kategorię. Wybieram rozrywkę.

Jeśli chodzi o czysto rozrywkową część czytelnictwa, to niewątpliwie na pierwszy plan wybija się komendant Vimes. Uroczy, dobroduszny, cyniczny w porywach. Piękna postać.

4 komentarze:

  1. Widze ze nie tylko ja nie przepadam za Keirą i nową Kareniną. Jak ją można było obsadzić w tej roli... No jak? Ona zupełnie nie ma twarzy ani ciała ani wdzięku ani tym bardziej talentu do grania w filmach kostiumowych a na sile sie ja tam pcha jakby w istocie miała dawną urodę. Nie sądzę.
    A sam pomysł z takim teatralnym ukazaniem kareniny jest potwarza dla ksiazki, wielką. No ale co mialo byc dla dziewczyn zafascynowanych ladnymi strojami i swiatlem a niekoniecznie sama historia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, za Keirą nie przepadam ;) ale ten film sam w sobie jest przykry. Sam pomysł z pierwszych minut filmu, zmiana dekoracji w tle, rytm - to było fajne, ale bardzo krótko. "Anna Karenina" to jedna z moich ulubionych powieści i szczególnie jakoś mnie wątpliwa uroda tego filmu zabolała ;) Zresztą, w moim odczuciu, jeśli chodzi o kostiumy, scenografię też nie wypada aż tak ładnie jak się tego można było spodziewać.

      Usuń
  2. Kurde, a myślałem że jak ulubiony męski to Aragorn. Aczkolwiek tu bym popełnił błąd utożsamienia książkowego z filmowym, a to nie to samo wbrew pozorom.

    Także nie.

    Ale sam pomysł wyzwania ciekawy. Mogę podkraść na swojego pingeja?
    Wiem, że stare, ale uwielbiam takie quizo-challenge a omijają mnie wiecznie szerokim łukiem ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie wyliczanki się nie starzeją, to jak specyficzny rodzaj plotki przy piwie. Kiedyś usłyszałam, po kilku latach, nie tyle nieświeżą, co już zalatującą zombie tę samą plotkę. Temat nie był z tych bieżących, raczej ukrywana, wstydliwa tajemnica, która podobno wyszła na jaw. Takie się nie starzeją. A wyznania kulturożerne są trochę, jak wstydliwe tajemnice, wcześniej czy później ;)

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.