piątek, 10 stycznia 2014

E.T.A. Hoffmann i "Dziadek do orzechów i Król myszy" (Nussknacker und Mäusekönig)

Urodził się pod koniec XVIII wieku w Królewcu. Mieszkał w Poznaniu. Niemiec, ale można powiedzieć, że taki "prawie polski" ;) Oczywiście, że sobie żartuję, ale miał z Polską więcej wspólnego niż się może na pierwszy rzut oka wydawać. Przyjaźnił się z Polakami, a jego żoną była Maria Tekla Michalina Rohrer zwana Misią. Nie to jednak sprawia, że Hoffmann jest jednym z moich ulubieńców.

Może więc kot? Miał Hoffmann kota. Ten kot, niejaki Murr*, musiał się przyglądać pracy słynnego pisarza tak, jak to potrafią robić tylko koty. A co takiego Hoffmann pisał? Opowieści niesamowite. Wywierał tymi swoimi bajeczkami wpływ na wielu późniejszych pisarzy. Między innymi na twórczość Edgara Allana Poe. Kolejnego mojego ulubieńca. Jak w przypadku wielu osób tego rodzaju, obdarzonych szaloną wyobraźnią i snujących oniryczne wizje, Hoffmann zajmował się poza tym całkiem poważnymi rzeczami - był prawnikiem, kompozytorem i krytykiem. Pamiętamy o nim jednak przede wszystkim jako o autorze pięknych i niezwykłych opowieści, w tym "Dziadka do orzechów i króla myszy", który zainspirował Czajkowskiego (dzięki uprzejmości pana Dumasa, który przetłumaczył utwór) do stworzenia znanego baletu.

"Dziadek do orzechów" to klasyka dla młodego czytelnika. Inne dzieła Hoffmanna pełne są sennej grozy i fantastycznych pomysłów, mają stałe miejsce w moim serduchu. Dziś będzie jednak właśnie o "Dziadku". O opowieści sielskiej, wsamraśnej na długi zimowy wieczór, a przy tym nadal hoffmannowskiej, czyli pełnej niesamowitości. Baśń, bo sądzę, że tak należy traktować ten utwór, ukazała się na Boże Narodzenie 1816 roku. Znajdziemy w niej przygody siedmioletniej dziewczynki, przeżywane w krainie fantazji, gdzie zabawki żyją. Wszystko zaczyna się w Wigilię. Myślę, że znacie tę historię bardzo dobrze, a jeśli nie, zachęcam do czytania. To bardzo świąteczno-zimowa lektura. Nie wiem jak Wam, ale mi się zawsze ogromnie podobały domki dla lalek, stare mechaniczne zabawki, ogółem te cudeńka z XIX/początku XX wieku, gdy zaczęto wyjątkowo dbać o dzieci. Tak naprawdę w prawdziwe dzieciństwo, takie wiecie, z książkami dla dzieci, z zabawkami, rozpieszczaniem zaczęto wierzyć dopiero w czasach wiktoriańskich ;) W tym czasie też Gwiazdka stała się świętem dzieci**. Jeśli lubicie taki właśnie "dziecięcy" klimat świąt czy zimowych wieczorów, to zawdzięczacie go właśnie XIX-wiecznym przemianom.

Jest wiele baśni, które kojarzą mi się z zimą. Może i dlatego, że najładniejsze egzemplarze dostawałam pod choinkę. Pewnie niemałe też znaczenie ma fakt, że tak wiele bajek, baśni i opowieści niesamowitych nawet jeśli nie toczy się w okolicach zimy, to kusi by czytać je właśnie w babciowy sposób: przy kominku i z kotem na kolanach ;)

Jan Marcin Szancer, 1951

Autentyczne XIX-wieczne żołnierzyki
 Mam dziś problemy z netem, więc obrazków za bardzo nie będzie, a szkoda, bo "Dziadek" był pięknie ilustrowany. Może nadrobię później ;)

*Hoffmann był prawdziwym wielbicielem kotów. Nekrolog jego ulubieńca brzmiał następująco: W nocy z 29 na 30 listopada br. zasnął, aby zbudzić się do lepszego życia, mój drogi, ukochany wychowanek, kot Murr, w czwartym roku swego obiecującego życia. Kto znał tego wpisanego do wieczności młodzieńca, kto widział, jak kroczy drogą cnoty i prawa, zrozumie mój ból i uczci go milczeniem. (podaję za Wikipedią)

** Oczywiście, nie mówimy tu o najuboższych warstwach społecznych i o różnych dziwnych metodach wychowawczych...



2 komentarze:

  1. Bardzo lubiłam tę książkę i te ilustracje! :-)
    Ale mi obudziłaś wspomnienia... ;-)

    OdpowiedzUsuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.