poniedziałek, 6 stycznia 2014

Bajka o wojowniku - z dedykacją dla tych, którzy walczą sami ze sobą ;)

M. opowiedział mi wczoraj bajkę. Opowiem i ja :D

Był raz sobie dziedzic możnego rodu. Bardzo bogaty i bardzo potężny, a przy tym wojownik jakiemu nikt nie dorówna. Sława jego czynów sięgała daleko, do innych królestw i za morza. Gdy stawał do walki, ludzie uciekali przed nim jak przed burzą. Potrafił za jednym razem pozbawić życia wielu silnych wojowników, a jego osiągnięcia na polach bitew wkrótce stały się legendarne. Jego odwaga, siła i zręczność zjednały mu tylu wrogów, co przyjaciół, ale wkrótce stał się największym z wojowników swoich czasów i nie było nie tylko człowieka, ale i potwora czy demona, który stanąłby z nim do walki. Jego poddani byli dumni i dziękowali bogom za tak potężnego pana, bo w okolicy nie odważyło się nigdy zamieszkać najmniejsze nawet zło, ani zbójnik ani demon. Wtedy już nikt nie chciał mieć w nim wroga.

Wkrótce jednak okoliczne wioski opustoszały. Wielkiego wojownika opuścili przyjaciele. Zaczęła się go bać własna rodzina, o służbie już nie wspominając, bo w swojej złości był niczym wicher pustoszący wszystko wokół. Jego przystojną niegdyś twarz zasłoniła czarna, posępna chmura złości. Jego poddani ginęli jeden po drugim, bo gnębił ich okrutnie. Jego siedziba zamieniła się z bogatego i pełnego życia pałacu, dumy całego królestwa, w ponure zamczysko, gdzie zdawało się, że mieszkają już tylko duchy. Sam wojownik wyglądał niczym najsroższe z bóstw, uzbrojone w spojrzenie płonących oczu tak ostre, że nie musiał sięgać po broń, by mrozić serce każdego, kto odwiedzał jego komnaty. Od dawna już plotkowano w okolicy, a opowieści te docierały aż do cesarskich uszu, że w wielkiego wojownika wstąpił zły duch, który czyni go potężnym lecz pożera od środka. Cesarz nie odważył się jednak wysłać nikogo, by pozbawić życia wielkiego wojownika, póki ten gnębi i dręczy tylko najbliżej jego siedziby leżące wioski.

Pewnego razu pan ponurego zamku, wpadając w złość z jakiegoś lichego powodu, zabił swego najukochańszego syna. Nad zakrwawionymi zwłokami dziecka zmarła ze zgryzoty żona wojownika. Wtedy to zdało się, że zły czar na chwilę prysł i możny pan się obudził. Przywdział szaty żebraka i zaczął wsłuchiwać się w głos zgnębionego ludu, wędrując między swymi poddanymi. Posłyszał opowieści przekazywane szeptem i z trwogą. Historie o nim samym i jego zarówno legendarnych, jak i okrutnych czynach. Co jakiś czas jego uszu sięgały wypowiadane gniewnie lub trwożliwie słowa o złym duchu, który posiadł duszę i ciało wielmoży. Wojownik powrócił do siebie, udręczony tym, czego wysłuchał i kazał posłańcom sprowadzić na swój dwór najtęższe umysły, najzdolniejszych medyków, najświętszych ze świętych mężów. Darował im największe bogactwa, a i kusiła ich sława wyleczenia potężnego pana, o którym w całym Cesarstwie zaczęto mówić jak o najstraszliwszym z potworów. Nikt jednak nie potrafił mu pomóc, a i wkrótce gniew zaczął w nim na nowo się tlić aż wybuchł płomieniem i znów stał się nieobliczalny. Stracił przy tym resztki wielkich bogactw, uciekli od niego wszyscy, którzy jeszcze przy nim zostali. Wtedy, próbując ocalić resztki człowieczeństwa, wybrał się w daleką podróż jako biedak. Dotarł w góry, w których mieszkał jedyny mnich, który do niego nie przybył, którego ani sława ani bogactwa nie skusiły. Powiadano o tym świętym mężu, że sam niegdyś był wielkim wojownikiem, ale było to tak dawno temu, że nie pamiętano już kiedy. Powiadano, że świętość przedłużyła mu życie, a pomógł w tym czasie setkom ludzi. 

Zrujnowany wielmoża pełen gniewu stanął przed mnichem. Miał mu za złe, że ten nie odpowiedział na jego wielokrotne wezwanie. Wojownik przygasił płomień wściekłości, która pomogła mu wspiąć się w samych łachmanach tak wysoko i pokonać drogę tak długą, niebezpieczną i dziką. Pomyślał, że musi starca zabić dopiero, gdy ten wyjawi mu sekret przekleństwa. 

Staruszek przywitał go i kazał usiąść przy ogniu, a potem podał mu miskę z parującym jadłem:
- Posil się.
Wojownik cały napięty jak struna nie chciał spocząć ani jeść, tylko zaciskając potężne pięści, wycedził przez zęby:
- Powiedz mi zarozumiały starcze, a wiesz co mnie tu przywiodło, bo znasz moje imię, powiedz mi starcze, co mi dolega i jak mam zgasić ten żar, który mnie pali. Powiedz, a oszczędzę ci cierpień, łamiąc twe suche ciało jak patyk, bo wiesz, że i tak cię zabiję.
- Usiądź, a opowiem ci wszystko. Posil się jednak przy okazji, bo będzie ci to potrzebne. - Powiedział mędrzec łagodnie, a patrzył przy tym w oczy wojownika bez strachu. Siła spojrzenia starca okiełznała złość mężczyzny tak, jak się zmusza do posłuszeństwa bestię i wojownik usiadł, sięgając po miskę z jedzeniem. Posilił się i poczuł, że jego wnętrzności i coś ukrytego w głębokich ciemnościach jego wnętrza zalała fala przyjemnego chłodu. Przypomniał sobie, jak będąc dzieckiem, patrzył na spokojne wody jeziora, gdy zapadał letni wieczór.
- Teraz możemy rozmawiać bez świadków. Ja znam twoje imię, owszem, ale ty nie znasz imienia swojego dręczyciela. - rzekł staruszek.

Mędrzec wyjawił przybyszowi tajemnicę gniewnego szału: otóż rzeczywiście zamieszkał w wojowniku zły duch. Żywił się jego zdolnościami i wrodzonymi talentami. W końcu jednak, gdy sława mężczyzny osiągnęła swoje szczyty, a czyny stały się legendarne, potwór wbił pazury w jego duszę, by spłynęła mu do gardła posoka tak szlachetnej ofiary. Odtąd ból rozrywał i szarpał wnętrzności mężczyzny, a do jego czynów wkradły się niepostrzeżenie bezpodstawne okrucieństwo, mściwość, jadowita złość. Te trucizny otulały złego ducha dymem niepamięci i na jakiś czas przestawał dręczyć duszę wojownika, a ten tkwił wtedy przez czas jakiś w letargu, z ciałem spuchniętym, bo w żyłach krążyły mu ciemne płyny jego win. Gdy narkotyczny sen mijał, możnego pana budziła nagła żądza krwi, bo zły duch także się budził i szarpał wnętrznościami i duszą przeklętego, wściekły i głodny.

- Dałem ci lekarstwo, ale wyleczy ono tylko połowę twojej duszy. Od niej odstąpi twój wróg, bo będzie dla niego gorzka i niestrawna. Przestaniesz zabijać. Nie będziesz jednak wyleczony do końca. O drugą połowę swojej duszy musisz zawalczyć sam. Potwór będzie pożerał cię od środka, ale tym razem nie da ci spokoju. Gdy tylko lekarstwo wsiąknie w połowę twojej duszy, poczujesz od razu jak wraca niepokój i głód, którego nic na tym świecie nie zaspokoi.
- Mędrcze, jak mam się wyleczyć? Co robić?
- Idź i szukaj imienia twego wroga. Ja go nie znam. Idź i szukaj, a gdy znajdziesz wezwij go. Wyjdzie z ciebie jak z pieczary i staniesz z nim oko w oko. Pamiętaj tylko, że nie będziesz miał już tylu sił co kiedyś, będziesz tylko zwykłym człowiekiem i tak masz przed nim stanąć i go pokonać. W przeciwnym razie on cię pożre, a tę część duszy, do której nie ma dostępu wyrzuci jak skorupkę po wyssanym jajku. I nigdy duszy nie odzyskasz.

Wojownik wyruszył w kolejną podróż, a gnał go przy tym dziki niepokój. Nie mordował jednak nikogo już na swej drodze, wzbraniał się przed skrzywdzeniem jakiegokolwiek stworzenia. Żywił się igłami sosnowymi jak cnotliwi mnisi. Wędrował od miasta do miasta, od wsi do wsi, od zamku do zamku. Spotykał mędrców, wielkich panów i świętych mężów. Zdobył wielką wiedzę, ale do dziś nikt nie wie co się stało z wędrownym pokutnikiem. Czy poznał imię swego wroga, pokonał go i zamieszkał w odosobnieniu wiodąc takie samo życie jak ten, który mu pomógł? Czy może potwór pożarł jego ciało i połowę duszy, a drugą wyrzucił jak skorupkę od jajka?

(Mała ciekawostka, którą chciałabym się przy okazji podzielić - okazało się jakiś czas temu, że i moja rodzina może mieć coś wspólnego ze Wschodem, jak rodzina M. (w mniejszym stopniu, ale jednak). Ciekawe, jak dziwnie czasami prowadzi człowieka intuicja przez życie - moje dawne zainteresowanie Azją, to, jak M. mnie dodatkowo w tym kierunku zmotywował...Wydawało mi się, że kierunek Wschód jest całkiem naturalny, gdy spotykasz kogoś, kto ma z tym coś wspólnego, ale widać jak się człowiek wsłucha w swoje serducho prowadzi go coś więcej niż tylko jego wola i bieg wypadków. Bajeczka? Pewnie tak. Za to jaka kojąca ;))

2 komentarze:

  1. Fajny ten Twój M. opowiada Ci bajki :) I to takie ładne w dodatku.
    Ad ostatnich dygresji- bo to wszystko jest sprytnie połączone, gdzieś tam we wszechświecie, a intuicja, porozumienie wewnątrz i na zewnątrz siebie lepiej pomaga nam się poprowadzić po tej nieodgadnionej pajęczynie losów, jakie mogą nam się zdarzyć. Bo jednego nie ma, według mnie, przeznaczenie to przereklamowana sprawa ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Można zainspirować się na przykład brytolskim podejściem do sprawy i rozróżnić fate-los i destiny-przeznaczenie. Los jest nieprzebłagany i człowiek wobec niego malusi. Nie moja bajka. W mojej przeznaczenie będzie tylko wypełnieniem czegoś na kształt powołania, misji...Naiwnie wierzę, że każdy człowiek ma do zrobienia coś ważnego w życiu, dlatego można się ze swoim przeznaczeniem minąć, jak wiele osób pewnie to robi albo i robią to za nich inni...Co jakiś czas ktoś jednak trafia na swoją ścieżkę i może dzięki temu innym trochę łatwiej. Może bredzę jak Pablo C. :D Mam w głowie różne stare opowieści, legendy, baśnie - powszechnie zwane bajeczkami, czyli czymś nieprawdziwym, wymyślonym, bzdurnym. Mam wrażenie, że to jednak serducho decyduje za nas czemu mamy ufać i kurna, te bajeczki mają dla mnie często większą siłę przekazu niż wiele współczesnych "mądrości".

    OdpowiedzUsuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.