piątek, 31 stycznia 2014

Królowa śniegu - elfia, piękna i zimna cz.2


Vania Zouravliov
Dudley Hardy
Milo Winter, 1916

P.J. Lynch
Rudolf Koivu, 1940
Elena Ringo, 1998
Robinson, W. Heath (William Heath), 1913
Jeśli ktoś ma w sobie łakomczucha, który pożera stare księgi i chce obejrzeć sobie wydanie Baśni Andersena z 1913, to proszę bardzo: TU.

W następnych postach baśniologicznych nadal Królowa śniegu Andersena, poza tym rosyjska Śnieżynka (czy kojarzycie?). Szybko, szybko zanim luty się skończy i zacznie się wiosna :D

wtorek, 28 stycznia 2014

Artysta tygodnia - William Blake i pewien kot

Ilustracje do Thomasa Graya  Ode on the Death of a Favourite Cat, Drowned in a Tub of Gold Fishes. Kociologia w sztuce i poezji. Piękne, prawda?








Tekst utworu dostępny TU
wiki

Wyzwanie (Tolkien, Pratchett, złe książki i jeszcze gorsze filmy)

No to dziś wygrzew, czyli uzupełnianie zaległości w książkowym wyzwaniu.

11. Książka, której nie znoszę.

Nie mam pojęcia. Żadna? Mam taką złotą zasadę - nie zabieram się za rzeczy, co do których nie jestem przekonana. W ten sposób unikam spotkań z tym, co mogłoby mi się nie podobać. Jak już coś mi się nie podoba, to są dwa wyjścia: nie czytam wcale (wtedy raczej nie stanie się to książką nie do zniesienia) albo czytam, bo z jakiś niepojętych powodów perwersyjnie mnie to kręci. Kiedy się czyta sporo, czyta się też rzeczy złe, które dobrze się czyta. Ludzie są dziwni. Przyjemność z oglądania złych filmów i czytania złych książek jest dla koneserów.

Może lektury szkolne? Wszyscy marudzą, że musieli w szkole czytać jakieś straszne rzeczy. Ja tam nie wiem. Nie pamiętam takich stanów czytelniczych. Jedyną rzeczą, której nigdy z listy lektur nie tknęłam jest "Nad Niemnem". Strasznie mnie znudziło po paru stronach i nigdy więcej nie zajrzałam. Są też jakieś lektury z bardzo odległej przeszłości, "Łysek" czy "Nasz szkapa", pamiętam to tak słabo, słabiutko, że nie umiem żadnych emocji w sobie wzbudzić. Lubiłam za to powszechnie znienawidzonego Mickiewicza, Słowackiego i "Lalkę".

12. Książka, którą jednocześnie lubisz i nie znosisz

W sumie odpowiedziałam na to pytanie wyżej. To będą rzeczy, które są kiepskie, denerwujące, straszne, kiczowate i co tam jeszcze i które czytam tak, jak się ogląda filmy Eda Wooda. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to stan pijacki, amok, bachanalia. Nie pamięta się tytułów ani nazwisk. Zupełnie inna odmiana książkowego kaca niż ta, gdy kończysz dobrą rzecz i Twój umysł potrzebuje następnej.
13. Ulubiony pisarz

No proszę... Znów mam pisać o Tolkienie? Pisałam już setki razy. Chciałam być Tolkienem. Widziałam siebie siedzącą marzycielsko pod starym drzewem, z fajeczką. Widziałam siebie jako starszą panią, nie pana, ale co za różnica. Chciałam być tolkienologiem. Brat się ze mnie śmiał. Aż takim wielkim znawcą Tolkiena zresztą się nigdy nie stałam (a znam takich), może jeszcze kiedyś nadrobię.

Przyzwyczaiłam się myśleć, że to Tolkien jest moim ulubionym pisarzem, ale to nie tak. Jak powyżej - Tolkien był moją pierwszą, dziewczyńską miłością. Potem były inne zakochania, zadurzenia, krótkie i bolesne romanse, długie i obfitujące w rozkosze związki, przyjacielskie rozstania, nagłe rozczarowania. Nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić, czułabym, że kogoś pominęłam. Mam napady "na" jakiegoś pisarza. Z czasem mi mija i znajduję takiego, któremu ten poprzedni mógłby stopy całować. Ogólnie jednak wszystkim swoim byłym i obecnym ulubieńcom coś tam zawdzięczam i byłoby grubym nietaktem o kimś zapomnieć tak publicznie, oficjalnie.

Tolkien zajmuje jednak miejsce szczególne w moim życiu, niech mu będzie...

14.  Książka, która została zekranizowana i w ten sposób sprofanowana

Historia kina nie jest długa, ale burzliwa to i owszem. Od samego początku powieści czy dramaty były zaciągane do filmu, a efekty tych amorów były różne, różniaste. Mam w sobie dużą przestrzeń tolerancji, jeśli chodzi o ekranizacje. Nie wiem z czego to wynika - może z tego, że na kulturoznawstwie jednak chodziło się na te zajęcia filmoznawcze i człowiek się przyzwyczaił do myślenia, że język kina jest inny niż język literatury. Inne środki wyrazu, przekazu, inne rozwiązania. Tam, gdzie wiele osób widzi nieścisłości i rwie sobie włosy z głowy, ja patrzę jak mistrz zen po słusznej miseczce ryżu. Nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Machnę ręką najwyżej. Najbardziej boli mnie, nie gdy w filmie leci na łeb na szyję fabuła, ogółem: "ten film nie ma nic wspólnego z książką", gdy pojawiają się eksperymenty itd., ale gdy twórcy kina nie dorastają do pięt autorowi powieści czy dramatu. Ciężko jest być Szekspirem, zgoda, ale nie o to mi chodzi. Kiedy książka jest dobra, bardzo dobra, wspaniała, a film zwyczajnie jest zły, bardzo zły, okropny - rozdźwięk jest zbyt duży. To nie chodzi o to, że ekranizacja jest kiepska względem książki, ale o to, że gdyby film nie był ekranizacją byłby sam w sobie paskudny.

Ostatnim takim wydarzeniem, które przeorało moją kinomaniacką i książkożerczą duszyczkę była najnowsza "Anna Karenina", nie wiem ile razy (obejrzałam w końcu ten film, po kawałku) wyrwał mi się przy tym jęk "Litości!". I nie, nie chodzi tylko o aktorkę, za którą nie przepadam, bo taka antypatia to rzecz osobista, ale o to, jak świetny pomysł, który tak ładnie wypadł w początkowych minutach filmu, stał się pogrzebaczem, którym dobijano to histeryczne dzieło aż iskry szły. Jeśli jakiegoś wielbiciela filmu swoją entuzjastyczną oceną uraziłam, przepraszam. Słowa mnie niosą, a ironia i sarkazm to zmyślne bydlaki.

15. Ulubiony męski bohater

Ajajajajajaj! Kolejne pytanie, na które mi ciężko odpowiedzieć. W ogóle boję się pytań zawierających słówko typu "ulubiony". To nieludzkie, to jak wybór lepszego kota!

Czuję, że muszę odwołać się znów do porzuconej w poprzednich odpowiedziach metody - wybrać najpierw kategorię. Wybieram rozrywkę.

Jeśli chodzi o czysto rozrywkową część czytelnictwa, to niewątpliwie na pierwszy plan wybija się komendant Vimes. Uroczy, dobroduszny, cyniczny w porywach. Piękna postać.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pod pierzynką ze śniegu (The Winter Wonderland)

Ito Shinsui, Burza śnieżna (Snowstorm), 1932
Dam dziś upust swemu uwielbieniu dla sztuki japońskiej. Jestem pod tym względem kompletnym świrem i kiedy ktoś mówi "sztuka", wyświetla mi się od razu w głowie japoński drzeworyt. No cóż...

Ito Shinsui, Śnieg w chramie (Snow at the Shrine), 1930

Ohara Shoson, Lecący orzeł (Flying Eagle), 1933

Ohara Shoson, Gęś na śniegu (Goose on the Snow)

Ohara Shoson, Jastrząb na śniegu (Hawk in Snow), 1926 (Watanabe Shozaburo)

Hokusai, Żurawie na ośnieżonej sośnie (Cranes on the Snowy Pines), lata 30-te XIX wieku - jeden z zimowych wpisów planuję poświęcić temu mojemu ulubieńcowi (jednemu z wielu hehehe)
Kawase Hasui
Kiyochika,  Most Shinkyo pod śniegiem (The Sacred Bridge (Shinkyo) under Snow)

Koitsu, Śnieg w chramie Nezu (Snow at Nezu Shrine), 1934

Hiroshige, Mężczyzna przechodzący po moście w śniegu  (Man Crossing a Bridge in the Snow)

Kawase Hasui

Ito Shinsui, Nocny śnieg (Night Snow),  1923 (Watanabe Shozaburo)

Ohara Shoson, 1927

Toshi Yoshida

Shotei (Takahashi Hiroaki), Kwiecie śliwy pod śniegiem (Plum Blossom in Snow), 1936
Hiroshige, Ośnieżony wąwóz (Snowy Gorge), (Edo period)

Korzystałam i Wy też możecie:
http://gregcookland.com/journal/uploaded_images/picRISDHokusai-713950.jpg
http://www.hanga.com/viewimage.cfm?ID=847
http://www.wikipaintings.org/en/ohara-koson
http://www.castlefinearts.com/search_results.php?searchByArtist=&searchArchives=85&search=search
http://www.japanprints.com/Print.asp?PrintID=11015
http://www.metmuseum.org/
http://www.ebay.com/bhp/japanese-woodblock-print-snow

Jeśli chodzi o to ostatnie źródło, które podaję - uświadomiłam sobie, że nie mam żadnego zimowego drzeworyciku (ogólnie w tej chwili uważam, że kolekcjonowanie reprintów, na przykład z początku XX wieku, to rzecz dla mnie dostępna, to fantastyczna sprawa, niegłupia inwestycja; XX-wieczni artyści też, jak widać tworzyli piękne dzieła) - trzeba nadrobić :D

Nie wiem czy kogokolwiek poza mną zachwycają japońskie "obrazki", ale chyba raz w miesiącu skuszę się na taki encyklopedyczny wpis o moich ulubieńcach, może ktoś skorzysta, a ja odczuję przyjemność dzielenia się :D

niedziela, 26 stycznia 2014

Niedzielne wróżki - leśnie duszki - OOAK fairies (chicorydell)

Artystka chicorydell (Candice) tworzy małe leśne duszki :D Podobają mi się przede wszystkim te gałązkowo-drzewcowe. Kiedy w końcu zabiorę się za lepienie laleczek (od dwóch lat się zabieram i zabieram), to z pewnością będę o nich pamiętać.






(z moją ręką już lepiej; mam w planach posprzątać na tym blogu, ale mam nadzieję, że jak się pojawią jeszcze jakieś obsuwy, to nadgonię  zaległości - bo wiecie, od jakiś dwóch miesięcy grzebię w kopiach roboczych i dodaję zaległe wpisy ;))

czwartek, 23 stycznia 2014

Wyzwanie-wyznanie 10: książka, która przypomina mi dom


No i właściwie nie wiem co mam napisać. Powinnam napisać o Tolkienie, ale już o nim pisałam przy okazji Hobbita. Kto jest ciekawski, ten sam sobie poszuka, bo mam taką zasadę, że linku do swojego wpisu więcej niż dwa razy nie podaję (a chyba tak już zrobiłam) ;) O Ani z Zielonego Wzgórza też pisałam ostatnio i nic interesującego więcej nie napiszę. Może tyle tylko, że poza faktem, że była to moja wakacyjna lektura, że czytana w dzieciństwie i w pięknych okolicznościach przyrody, to i sama jestem Anią i to tego samego rodzaju co tamta Ania: wrażliwą na swoim punkcie, obdarzoną wredną wyobraźnią, w dzieciństwie pakującą się w kłopoty i mającą na swoim koncie dziwne wybryki od pałętania się samotnie po lesie - o mały włos się nie zgubiłam na amen, po ostro kontuzjowaną rękę przy skakaniu z drzewa na kupę liści - podejrzewałam, że sobie złamałam kończynę, ale nie pisnęłam rodzicom nawet słówka ;) Miejsce, w którym mieszkałam też na dobrą sprawę w mojej wyobraźni jest trochę takim Zielonym Wzgórzem - dom na górce, z sadkiem, ogródkiem, tarasem, winoroślą, na spokojnym osiedlu, w pobliżu las, jeziora, pola, a jak byłam dzieckiem pełno nieużytków.

Może Wy chcecie mi coś powiedzieć o swoich lekturach kojarzących się Wam z domem? Oczywiście, o ile to dobre skojarzenia.

środa, 22 stycznia 2014

Wyzwanie: książka, którą uważam za najbardziej przereklamowaną i książka, o której myślałam, że jej nie polubię, ale bardzo polubiłam (Harry Potter, Jane Austen)


Książka, którą uważam za najbardziej przereklamowaną

Ale, że tak najbardziej, najbardziej? Cóż. Większość chwilowych bestsellerów, o których za moment nikt nie będzie pamiętał, to takie przereklamowane książki. Może tylko jeden Pałlo się ostał z tych dawnych wielkich hitów, ale pewnie nie tak jak sam by chciał - stał się synonimem mądrości z pupy, a przecież jego powieści nie wypadają aż tak fatalnie w towarzystwie innych, współczesnych grafomaństw. Czytałam, no dobrze, trafiałam na fragmenty gorszych rzeczy. Z hitami tak to już jest, że ich poczytność jest wynikiem pewnych sukcesów raczej marketingowych niż literackich.

Takim bestsellerem, który chyba nie do końca jest zwykłym hitem, jest dla mnie seria o Harrym Potterze. Nie rozumiem tego fenomenu, ale właśnie, to nie zwykły hit, ale kulturowy fenomen. Jako taki przestaje być po prostu bestsellerem. Inaczej uznałabym właśnie Harrego Pottera za taką najbardziej przereklamowaną serię książek. Próbowałam czytać dwa razy, nic z tego, a mugolem raczej nie jestem ;) To bardzo osobista opinia, bo zdaję sobie sprawę z tego, że Harry Potter musiał odpowiedzieć na jakąś powszechną potrzebę. Patrząc na historię Rowling zdaję sobie sprawę z tego, że nie stała za nią od początku wielka machina marketingu i że jest trochę takim Kopciuszkiem. I właśnie ta jej historia wydaje mi się z całej sprawy z Harrym najbardziej interesująca.

Bestselery kwalifikują się do mojej kategorii rozrywka, bo czystej klasyki nie śmiałabym ruszyć i nazwać czegoś przereklamowanym. Nie mnie oceniać wartość dzieł z uznanym arcy- na przedzie, bo zrobili to lepsi ode mnie. Do pewnych rzeczy się czasem dorasta i dopiero po czasie człowiek widzi, o co chodzi z tym fejmem Lalki czy Conrada. Pewne rzeczy nadal irytują czy rozczarowują.

Książka, o której myślałam, że jej nie polubię, ale ją polubiłam

Opowiem Wam historię o tym, jak tknęłam Jane Austen. Jestem osobą uwielbiającą powieści z końcówki XVIII wieku, XIX-wieczne, klasykę. Od niektórych rzeczy jednak trzymam się z daleka przez to, że nie kojarzą mi się najlepiej. Nie wystarczy znać fabułę tej czy tamtej powieści Jane z opisu, żeby wiedzieć co i jak? Wystarczy. Moje zainteresowania literackie nie obyłyby się bez wiedzy o tym kim Jane była i o czym są jej powieści. Znałam ich fabułę również z ekranizacji, przyznaję się bez bicia, niekoniecznie obejrzanych od początku do końca. Miałam tyle pociągających rzeczy do przeczytania, że Jane zostawiałam sobie na kiedyś tam, gdy trzeba będzie... Skąd u mnie taka niechęć? Jedni trzymają się z daleka od Carmilli Le Fanu, inni od Austen. Jej pisarstwo kojarzyło mi się z typowo "babskim" światem falbanek i proszonych herbatek. Idealne dla wielbicieli łzawej części kinematografii kostiumowej, do grona których nie należę. Do tego doszły jeszcze genialne panny Brontë, z których jedna, Charlotte nie kryła swojej wielkiej niechęci do Jane tak dalece, że jest to fakt raczej powszechnie znany ;)

W końcu przyszedł ten moment, gdy zajmując się zjawiskiem powieści gotyckiej musiałam przebrnąć przez Opactwo Northanger, które jest parodią tego gatunku (przynajmniej do pewnego stopnia). Piszę "przebrnąć", bo faktycznie tak było. Skupiona na swoim zadaniu, robiąc notatki, odnalazłam Opactwo jako średnią parodię, a niektóre fragmenty mnie bardzo znudziły. Oczywiście, że się momentami przy tej powieści naśmiałam, ale nie była to jedna z tych przyjemnie wciągających lektur. Potem, czytając bez robienia notatek, miałam samej frajdy więcej, ale nadal żadnej chemii. Zaciekawiły mnie jednak powody, które sprawiły, że Jane zabrała się za pisanie parodii powieści gotyckiej. Sama była miłośniczką tego typu prozy, która swego czasu była bardzo modna i bardzo mieszająca młodym damom w głowach. Pomyślałam: inteligentna babka, skoro była nie tylko czytelniczką, ale i obserwatorką innych czytelniczek, bo na tej podstawie zbudowała swoją parodię.

Zabrałam się za Dumę i uprzedzenie i byłam już od drugiej strony kupiona. Potem jeszcze lepsza Rozważna i romantyczna. Sądziłam, że tych książek nie przeczytam, ale nie dość, że je przeczytałam, to jeszcze wracałam do Jane (chociaż już nie trafiłam na nic równie przyjemnego, jak te dwie). Wspaniałe, lekkie pióro. Błyskotliwie rysowane sylwetki psychologiczne postaci, bez nadmiernego grzebania w głowach, bez mrocznych zakrętasów duszy. Fabuła zupełnie zwyczajna, żadnych wielkich wydarzeń, epickiego rozmachu ani szalonych namiętności. A jednak wciągająca. Konflikty rozrysowane bardzo moralnie, wiadomo, że czarny charakter dostanie za swoje. A jednak nie ma tu niepotrzebnego dramatyzmu ani też tendencji do upraszczania spraw. Najpodlejsi bohaterowie nie psują sielskiego na dobrą sprawę, chociaż realistycznego, obrazu świata. I nie przeszkadza mi to wcale. Nie czuję w tej prozie wymuszenia, sztuczności, łzawej ckliwości, o które, przyznaję, posądzałam Jane. Jej powieści pełne są za to sympatycznej, ciepłej ironii, na którą sobie pozwala nawet przy poważnych życiowych sprawach, które dotyczą jej zwyczajnych bohaterów. Kto z nas nie chciałby tak patrzeć na życie?

Zaproszenie i XIX-wieczne drobiazgi

Tradycyjnie bawię się w stręczycielkę i zapraszam na drugiego bloga:
http://timeistimeless.blogspot.com/

Pojawiły się tylko dwa wpisy. Jeden maluszek o pewnym japońskim robocie i jeden poświęcony historii fotografii - w tym odcinku Alexander Bassano:

Alexander Bassano, Phyllis Le Grand, 1911

A teraz cykl o XIX wieku.

Jak pisałam już wcześniej XIX-wieczne stroje nie są dla mnie szczególnie pociągające (pomijając schyłek wieku), ogólnie moda tego wieku nie bardzo trafia w mój gust, ale uwielbiam wiktoriańskie drobiazgi. Dodatki takie, jak torebki, parasolki, wachlarze czy biżuteria. Mówi się, że to dodatki robią kreację, ale nie wiem jak to odnosi się do XIX-wiecznych ;) Większość osób szyjących kostiumy nie zwraca aż takiej dużej uwagi na dodatki, przede wszystkim dlatego, że próba ich odtworzenia odbywa się raczej z mniejszym powodzeniem niż szycie - dodatki wymagają niezłego znawstwa i umiejętności, to jest specjalistyczne rzemiosło, można też polować na "muzealne" eksponaty ;) O biżuterii nie ma co nawet wspominać. Szczególnie jeśli chodzi o te cudeńka które zrobione są z najszlachetniejszych materiałów. XIX-wieczna suknia robi na mnie podobne wrażenie, gdy jest dobrze uszyta współcześnie (zwłaszcza, gdy materiał został dobrze dobrany) i gdy oglądam oryginał. Jeśli chodzi o dodatki i biżuterię, widzę ogromną różnicę między tym autentykami z epoki, a tym co ma je zastąpić ;) XIX-wieczne cacka mogłabym kolekcjonować sobie tak po prostu :D

bransoletka (silver cuff bracelet), 1860 - 1880

1838, Londyn; taki "szwajcarski scyzoryk" pełnił funkcję bardzo przydasiowego przydasia ;)

pierścionek ze skrytką w formie kopertki, do przechowywania...włosów (envelope ring holding a lock of human hair); w czasach wiktoriańskich włosy były szczególną pamiątką i robiono z nimi dziwniejsze rzeczy niż trzymanie pukla w pierścionku ;)

broszka wiosenna z robalkiem ;) (bug brooch), 1870,  Diamonds in the Library

sekretnik w kształcie serca; złoto, kamienie szlachetne, szkło, w środku pukiel włosów (locket with key) 1830, Anglia

mianiaturowy wisiorek w kształcie jaja wielkanocnego (miniature Easter Egg pendant); złoto, emalia, kamień księżycowy, przed 1899, Fabergé, Rosja

Zawieszka/wisiorek w kształcie klatki dla ptaków z papugą z kamienia (parrot in a cage pendant (?)); agat, awenturyn, kwarc, rubin, złoto, przed 1899, Fabergé , Rosja

jedwabna parasolka ślubna (silk parasol), 1872

pierścionek z ukrytą wiadomością (ring with hidden love messages), 1830-60, Francja

Źródła:

wtorek, 21 stycznia 2014

Galeria styczniowa (zamiast artysty tygodnia)

Na początku filmik, który pewnie większość osób już zna, ale jeśli ktoś nie zna, to może mu się spodoba akurat podczas wizyty u mnie ;) Mniej więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że dzieła dawnych mistrzów były zmysłowe, ale ten filmik uświadamia to wybitnie :D
“Beauty”, Rino Stefano Tagliafierro

A teraz już mix styczniowy:

N.C. Wyeth, 1941
Gustaf Tengren (?)
Snow White and the Seven Dwarfs (concept art), 1937

Miller’s Photo Company, Dover

Anne Whelan Betts
Ralph Hulett Christmas card (Estate of Ralph Hulett)
Honor Charlotte Appleton, Gerda
Julius Diez, (Jugend)1906
Angela Barrett, Beauty and the Beast
MERRY DAYS, 1908

Fabien Fabiano, La Bûche de Noël, 1915




Kay Nielsen

"Zaglądane" i wynalezione na:
 http://animationguildblog.blogspot.co.uk/search/label/Ralph%20Hulett%20Christmas?updated-max=2010-12-14T00:41:00-08:00&max-results=20

http://cabinetcardgallery.wordpress.com/category/snow/

http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/2817078315/in/set-72157607071666481/

http://tuckdb.org/postcards/81646

No a teraz takie małe pytanie mam: uprawiacie jakieś sporty zimowe, łyżwy, narty? Wyjeżdżacie na narty? Co do dwóch osób jestem pewna, że im się zdarza, a reszta jak się czuje z tematem? Mnie osobiście rusza tylko śnieg, a tak to łapię zimowego lenia i ciężko mi ruszyć tyłek z domu (a w swoim przekonaniu jestem fizycznie bardzo aktywną osobą, gdy tylko mogę).

(jutro dwa książkowe wpisy dotyczące wyzwania-wyznania, bo dziś już mi się nie chce, ale znam odpowiedź na pytanie 8, nie bójcie się, robię listę sumiennie jak sam szatan spisujący grzeszników ;))