sobota, 28 grudnia 2013

Trochę o Hobbicie, trochę o Tolkienie, trochę o dorosłości i o sercu absyntowym

Uwaga! Ten wpis nie ma nic wspólnego z recenzją filmową, właściwie to nie zawiera mojej oceny filmów, jeśli rozumieć to tradycyjnie w trybie "tak/nie". To jedynie kilka luźnych refleksji ujętych w dłuuugi wpis...

Moje Shire 

Wyprowadziłam się z domu w wieku 19 lat. Wyjechałam daleko "w Polskę". Przez 10 lat nie zamieszkałam bliżej niż 250 km od domu rodzinnego. Początkowo, podczas mieszkania na wynajmie, gdy przyjeżdżałam na Mazury, ciężko mi było wracać do miasta, w którym wiodłam swoje odpowiedzialne, pełne dorosłych rozrywek życie. Kraina dzieciństwa miała swój szczególny smak ideału i straty. Widziałam jak z czasem więź łącząca mnie z tą krainą pryska i w końcu miejsce, gdzie przyjeżdżałam z okazji różnych świąt, mijało się już zupełnie z tym, co powstało przez te lata w mojej głowie - ze wspomnieniem.

Byłam dzieckiem, gdy pierwszy raz zetknęłam się z Tolkienem, na długo przed ekranizacją Jacksona. To była dziwna proza, strasznie źle mi się ją czytało, ale we wnętrznościach palił jakiś głód wiedzy o tym, co będzie dalej, apetyt rosnący w miarę jedzenia, chęć wczytywania się w dodatki, słowniczki i takie tam. Trzecią część "Władcy" przeczytałam chyba w dwie noce. Obecnie nadal uważam, że Tolkien ma koszmarne pióro. Nikt inny nie wyczarował jednak przede mną tak pełnego uniwersum, świata tak żywego, mieniącego się barwami, na swój sposób prawdziwego. Wczoraj zastanawialiśmy się z przyjacielem z jakiej substancji właściwie powstał arcyklejnot i przyłapałam się na tym, że roztrząsamy problem tak, jak się mówi o realnie istniejących rzeczach. Władcę czy Silmarilliona można czytać w nieskończoność.

Kiedy szłam do kina na pierwszą część Hobbita nie miałam wielkich nadziei. Spodziewałam się, że znów trafię do Śródziemia, bo pan P.J. wyprodukował w końcu jako pierwszy prawdziwe bilety do tego miejsca. Jego filmy są nierówne, do wielu rzeczy można się przyczepić, ale jednak - on zrobił to, czego ja jako zwykła fanka zrobić nie mogę. Zmaterializował Śródziemie, nie jego fragment, ale całość. Nie jest to tylko zapis wyobrażeń, to próba zmajstrowania krainy, której można doświadczyć. Mistrz pisał niezwykle sucho, precyzyjnie opisując każdy kamyk na drodze, nie serwował wrażeń, ale dawał niesamowite pole dla wyobraźni. Fascynujące - to, co powinno być w zasadzie wadą stało się zaletą przez ogrom kreacji, jakiej podjął się Tolkien. Wielka ambicja powołania do życia całego nowego świata, z najmniejszymi szczegółami i kompletna nieumiejętność oddania go w zmysłowych obrazach dały całkiem poetycki efekt, gdzie słowo ma twórczą siłę silniejszą niż obraz, przywołuje wiele skojarzeń i motywuje wyobraźnię do poruszania się z impetem po rozległych obszarach. Nie spotkałam się jeszcze nigdy z taką kreacją świata w wykonaniu jednej tylko osoby. Tolkien osiągnął zamierzony efekt - sięgnął skali mitologii. Może jeden tylko Lovecraft powołał do życia swoje własne światy w tak osobliwy sposób, ale jego proza porusza się ścieżką między jawą i snem, to nie to samo.

"Władca Pierścieni: Dwie wieże"

Hobbity, Legoś-cyborg, inne dziwne atrakcje i moja niewiarygodna tolerancja

Wracając do Hobbita Jacksona - liczyłam na ten sam obraz Śródziemia, który przekazał mi w trylogii Władcy. Świat Tolkiena w wydaniu Jacksona jest bardzo namacalny, dosłownie. Czuć grozę w czających się ciemnościach, w gęstym, starym lesie, na pustej drodze. Można dostać ciarek wzdłuż kręgosłupa, gdy do akcji wkraczają Upiory, poczuć niepokojący urok Martwych Bagien na własnej skórze... Światło przelewa się przez ekran, gdy trzeba, jak pod koniec najprzyjemniejszego, słonecznego dnia. Krajobrazy są przepiękne, majestatyczne i mimo poczucia, że "nie ma naprawdę czegoś takiego", człowiek czuje w nich oddech (inna sprawa, że Nowa Zelandia oferuje takie widoki realnie i chciałabym kiedyś tam pojechać). Ten swobodny oddech wielkiej przygody. I na to liczyłam, gdy szłam do kina na pierwszą część Hobbita. Zawiodłam się. Jackson już w pierwszej części przygód Bilba i krasnoludów spłaszczył Śródziemie do rozmiarów widokówki 3D. Zabrakło tego oddechu wolności i przygody, efekty przesłoniły prawdziwe, surowe piękno krajobrazów, autentycznie trący o uszy szczęk zbroi i broni (sceny w podziemiach są faktycznie jak z gry komputerowej, a postaci poruszają się jakby żyły w matrixie). Bardzo realistyczne oślizgłe grzybki, na które spada Bilbo i wdzięczna kupa na głowie Radagasta nie potrafią wyczarować wrażenia, że jest się w tym świecie, jeśli wiecie o co mi chodzi ;)

The Hobbit: An Unexpected Journey
A jednak bawiłam się świetnie! Czort palił pocztówkę ze Śródziemia - to nadal jest Śródziemie, chociaż jakoś dziwnie okrojone do wersji kieszonkowej. Jackson podarował mi w pierwszej części Hobbita coś więcej - frajdę z opowiadanej historii. Nie spodziewałam się tego. Hobbita czytałam po Władcy i książeczka ta wydała mi się biedna. Jawiła mi się jako bajeczka dla dzieci, czym zresztą jest w istocie. Niby świat ten sam, ale jak ma się ta opowiastka do nastroju i wielkich wydarzeń z Władcy? Oczywiście, że się ma i to ma się całkiem konkretnie i każdy fan Tolkiena o tym wie, ale gdy się czyta Hobbita tego zwyczajnie nie czuć. Do pomysłu ekranizacji akurat Hobbita podchodziłam bez entuzjazmu. Coś na zasadzie - na nic innego nie "dostał pozwolenia", a mało mu Tolkiena. Konieczność. Ile da się wyciągnąć z takiej tam bajeczki dla dzieci? I się dało! Moje podejście do pierwszej części Hobbita, bardzo przyjazne, być może motywowane jest też tym, że miałam tak niskie oczekiwania  - bo o tym, że zostawiam w domu swoje filmoznawcze narzędzia zbrodni, przez szacunek dla Tolkiena, gdy zabieram się szlachtowanie ekranizacji jego dzieł, chyba nie muszę wspominać?

Jackson przy okazji pierwszej części Hobbita podarował mi coś jeszcze. Książeczkę Tolkiena czytałam parę razy. Ma, według mnie, wady Władcy bez jego zalet. Do tego roi się tam od głupich pomysłów (krasnolud wyciągający zza pazuchy (no nie dosłownie, bo z ganku, taaa...taszczenie ze sobą na wyprawę wiolonczeli i harfy...) wiolonczelę czy gobliny używające pantofli, żeby biegać po cichu) jakich pełno w książkach dla dzieci. Nigdy się nie zastanawiałam jaka jest rola Hobbita w historii literatury (jaka jest rola Władcy chyba nie trzeba się nawet zastanawiać), ale mam poczucie, że nie chodzi w niej o wartość literacką dzieła. Ostatnio sięgnęłam, mimo początkowego oporu, po raz kolejny po Hobbita i zaczęłam go czytać czując się z tym inaczej. Powiesiłam na kołeczku, jak krasnoludy w powieści, swój dorosły kaptur i zaczęłam czytać z czystą głową dziecka. Czyta się inaczej! Jackson wcale nie omijał tych durnowatych pomysłów, które miał Tolkien, nie próbował "udoroślić" pierwszej części Hobbita na siłę. Weźmy pomysł Tolkiena ze śpiewającymi i grającymi na instrumentach krasnoludami - Jackson wybrnął z tego koncertowo, dosłownie i chociaż wiem, że wielu osobom nie podobała się scenka śpiewających i sprzątających krasnoludów (a jest tego więcej, tylko, że nie w skróconej wersji, która weszła do kin), reżyser błyskotliwie sobie poradził z problematycznym detalem fabuły, a do tego zaserwował nam typowy dla kina przygodowego pokaz umiejętności i charakterów bohaterów. I właśnie po obejrzeniu jedynki Hobbita czyta mi się powieść doskonale, łatwiej mi sobie wyobrazić pewne rzeczy bliżej nastroju i stylu Władcy i zdecydowanie poprawia to odbiór tej bajeczki.

A jak to jest z dwójką Hobbita? Powiedziałam na samym początku, że nie będę oceniać tego filmu, dawać mu gwiazdek czy plusików. Nie potrafię tego robić z Hobbitami, co nie znaczy, że bezkrytycznie podejdę do wszystkiego, co nakręci pan Jackson. Nie chcę się rozpisywać na temat całej masy grzechów, błędów i innych szpecących niedoskonałości, ale jednak muszę coś napisać, byście wiedzieli, że mimo najlepszych chęci, nie potrafię patrzeć na ten film naćpana zachwytem, że mogę znów się wybrać do Śródziemia. Nie patrzyłam tak też na pierwszą część.

Jackson tym razem już nawet nie śle pocztówki ze Śródziemia tylko jakieś kiepskiej jakości migawki. Powtórki pod tytułem "niespodziewane pozytywne rozczarowanie" w moim przypadku już nie będzie, bo to część druga, historia już ruszyła w zaskakujący dla mnie sposób. Maszkarek jest w tym filmie całe mnóstwo. Od nieudolnego romansidła elf - krasnolud przez elfkę pozbawioną elfowatości (obcości i wyniosłości typowej dla elfów; aktorka wydawała mi się onieśmielona rolą) czy Legolasa-cyborga, który sprawia, że człowiek się zastanawia "Wojna? Jaka wojna? Jakie armie i sojusze, gdy wystarczy jeden Legolas-Terminator." Od krasnoludów, które większość filmu spędzają jak nie w beczkach, to w wychodku albo zamknięci w melinie Barda do krasnoludów, które w finale serwują kreskówkową, akrobatyczną grę cieni z ciapowatym smokiem. Od Smauga, który wiele stracił na chęciach twórców, by pokazać każdy detal jego wielkiego cielska i paskudnego charakteru po pomysły z arcy(tu wstaw brzydkie słowo), typu wielki, złoty krasnolud przypominający czekoladowego mikołaja. Sceny ze smokiem, po pierwszych, dobrze rokujących minutach, stają się zwyczajnie nużące, co bardzo boli, bo smok był główną atrakcją filmu. Thorin dziwnie stracił na wartości mimo czynów, których nie powstydziłby się Batman, a Beorn to zwyczajne kpiny.

Aby oddać sprawiedliwość Jacksonowi nie wystarczy w porywie słusznego gniewu wymienić wszystkie jego grzeszki. Należy też pomyśleć o tym skąd się wzięły. Część z nich to typowe bobki przy realizacji filmu, wynikające czasami z łopatologicznego myślenia na skróty (zwykle mówi się wtedy o obrażaniu inteligencji widza). Inna część powstała już na etapie scenariusza. Sprawa się trochę komplikuje. Ludzie się czepiają, że Jackson wkręca wątki, których nie ma w Hobbicie. A i owszem, tak robi. Moim zdaniem w dużej części wychodzi to filmowi na dobre, bo z bajeczki Tolkiena ambicje kierują się w stronę wykreowania wielkiej baśni poprzedzającej wydarzenia we Władcy. Jackson wykorzystuje to, co Tolkien napisał w dodatkach do LOTR i w Silmarillionie (w przypadku tego ostatniego - po cichu, bo historia krasnoludów, której echo pojawia się w wydarzeniach z Hobbita, sięga daleko wstecz, a wątek Białej Rady i Saurona, który zostaje rozwinięty w filmie też się z nią łączy ściśle, chociaż w Hobbicie Tolkiena ze świecą tych wydarzeń szukać, są właśnie wspominane w innych dziełach). Mało tego, należy brać pod uwagę to, co nie zostało wydane, rzeczy, do których P.J. nie ma prawa (jeszcze) itd. Nie jestem tu znawcą, internet aż huczy od plotek. Z tego, co wiem autentyczny Hobbit jest dużo dłuższy niż to, co powszechnie jest wydawane (nie wiem czy wydano kiedykolwiek tę całą oryginalną wersję, wiem, ze jest Hobbit z objaśnieniami). Ba, nawet ten oryginalny Hobbit to nadal będzie tylko bajka dla dzieci (zdaje się, że autor pisał ją dla swoich), a Tolkien miał w planach połączyć Hobbita i Władcę jeszcze jednym dziełem - szczegóły nie są mi znane, to znów ploteczki - gdzie wydarzenia z Hobbita byłyby chyba rozwinięte (?) O co mi tu chodzi: doczepione przez Jacksona wątki mogą być jakoś związane z tym, co nie jest powszechnie znane, jeśli chodzi o dorobek Tolkiena. Z tego, co wiem twórcy filmu negocjowali zakup praw do Silmarilliona i właśnie innych tolkienowskich sprawek (chodzi tu o Wyprawę do Ereboru z Niedokończonych opowieści, czy Hobbita z objaśnieniami?) - przy okazji mimo oświadczenia rodziny Tolkiena, że dalszych ekranizacji nie będzie, jest jeszcze przecież opowieść o upadku Númenoru (scenariusz filmu, którego autorem jest Helge K. Fauskanger, z tego co pamiętam jest gdzieś nawet tłumaczenie na polski tego scenariusza). O ile w przypadku historii z Hobbita fragmenty z Silmarilliona po prostu ładnie się pokrywają z tym, co napisano w dodatkach do Władcy, o tyle nie wiem jak to się ma do tego, co nie zostało wydane (właściwie to nie wiem o czym w końcu mowa w tych pogłoskach :D). Krótko mówiąc tej ekranizacji towarzyszy już spore zamieszanie, które zaczęło się w momencie, gdy to nie P.J. miał być reżyserem (zdecydował się po rezygnacji del Toro). Czy twórcy filmu znali treść zapisków Tolkiena, które nie zostały wydane czy jak? Co kombinowali? Może te durne wątki są jakoś związane z tym, czego o całym tle historii nie wiemy. Jackson raczej nie mógłby się pokusić o wtrącenie wątków, które są obecne w tym do czego nie ma praw, bo mu nie wolno, ale przecież mógł je lekko zmienić i wpuścić bezproblemowo do filmu jako pomysły autorskie. To mu wolno. Tak czy inaczej, Tolkien miewał durne pomysły (patrz: wiolonczela zza pazuchy) i szczerze mówiąc chyba nie zdziwiłabym się, gdyby najdurniejsze fragmenty filmu, które zdają się być koszmarnym dzieckiem inwencji twórczej reżysera (lub scenarzystów), były jakoś związane z grzeszkami samego Mistrza. Tyle w wątpliwej obronie, która niechcący przywołuje bardzo interesujące kwestie.

Cóż. Zrzuciłam kamień z serca. A teraz będzie właśnie o tym bebechu. Po co pisałam na początku o swojej wyprowadzce z domu? Nadal do domu wracam, chociaż nie tylko nie jest to realna kraina mojego dzieciństwa, miejsce zaczarowane, gdzie łąki pełne były magicznych pająków, niebo rozśpiewane skowronkami, moje stopy wieczne utytłane w piachu i błocku, a kolana poobcierane przy włażeniu na drzewa. Nie czuję już również aż takiej magii tęsknoty za utraconym rajem, całe to miejsce spłaszczyło się i spłowiało na tyle, że go nie przywołuje w wyobraźni. Być może do czasu, gdy zamieszkam (jeśli) tam znów, w swoim własnym domu. Moje Shire rozkwitnie na nowo. Wiecie, żeby tak było trzeba to ziarenko trzymać w sobie, pielęgnować, aby nie umarło. Życie męczy. Dorosłość ściera w nas po kawałeczku dziecięcą wrażliwość. Stajemy się znużeni, rozgoryczeni, dostrzegamy coraz więcej wad, ślepniemy na pozytywy. To przystosowanie. Uczymy się dostrzegać i uchylać przed tym, co nam szkodzi, martwi nas, zagraża albo zwyczajnie wkurza. Stajemy się zgorzkniali lub cyniczni. Kiedyś tłumaczyłam komuś jaką przewagę ma Tolkien nad Martinem. Aby czytać tego pierwszego i się nim zachwycić potrzebne jest "czyste serce", dowiadujemy się czegoś o sobie czytając Tolkiena i są to dobre rzeczy, rzeczy, które warto w sobie pielęgnować. Martina lepiej się czyta, ale nie sądzę, by istniał ten konieczny warunek, co przy Tolkienie, by wsiąknąć w jego dzieła, wystarczy, że pan jest dobrym pisarzem. Dzięki pierwszej części Hobbita odkryłam w sobie serce dziecięce, które leżało pochowane pod dorosłym krytycyzmem, ilością literatury, która się przewinęła przez moje dłonie, wyrobioną opinią na tę i tamtą rzecz, krótko mówiąc, pod stertą smrodliwych uprzedzeń. Sięgnęłam ponownie po bajeczkę Tolkiena z tym bebechem już we właściwym miejscu i życzę takiej przyjemności i Wam. A film? Choćby nie wiem jakie grzechy na sumieniu miał Jackson, ja byłam w Śródziemiu ponownie i mogę się założyć, że to niedawno odtajniona przewaga dziecięcej wrażliwości nad dorosłym instynktem przetrwania zrobiła swoje.

źródła zdjęć: Filmweb

7 komentarzy:

  1. Mam już rezerwację do kina, chociaż po pierwszej części upierałam się, że na drugą nie pójdę. A pogłoski o zakupie praw do sfilmowania Silmarilliona brzmiały dla mnie przerażająco. Z tego można przecież wykroić z 10 trzyczęściowych filmów po 3 godziny każdy - tak minimum. Albo zrobić długaśny serial, tylko, że wtedy szkoda magii. Bo Silmarillion to dla mnie magia, magia czytania i odkrywania wciąż nowych wątków i powiązań oraz znaczeń. Ekranizacji mówię zdecydowane NIE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam tylko dorzucić, że też mam własne Shire w sercu i wspomnieniach może dlatego też Tolkien jest dla mnie mistrzem słowa :)

      Usuń
    2. Myślę, że gdyby mieli robić coś z Silmarilliona to pewnie jakąś wykrojoną część, jedną z tych historii, które da się opowiedzieć jako odrębną całość (na dobrą sprawę "Władca" przecież jest taką historią ;)). Być może tym razem chodziło o zrobienie filmów o wydarzeniach poprzedzających "Władcę" bezpośrednio, "Hobbit" też tam był na liście, ale w końcu musieli ograniczyć się tylko do tej historii, więc zamiast "Hobbita" jako materiału poszedł "Hobbit" jako podstawa wyczynu :D Druga część kończy się w fatalnym momencie, gdyby w ten sam sposób ktokolwiek robił dowolną opowieść z Silmarilliona, gdzie skala zdarzeń jest miejscami gargantuiczna, to strach się bać :D

      Usuń
    3. No tak, pewnie wybraliby któryś wątek romansowo-wojenny. Na przykład historię Luthien. Albo początki Galadrieli. Boje się tego zakończenia Hobbita drugiej części. Wciąż się upieram, że trzy filmy to gruba przesada.

      Usuń
  2. Nie mogłam przeczytać tego tekstu, bo nie znoszę czytać recenzji zanim sama coś obejrzę. ;-) Ale przeczytałam początek i zdziwiłam się, bo myślałam, że jesteś młodsza (nie, żebym Ci wiek wytykała, sama jestem starsza od Ciebie na pewno). Też wcześnie wyprowadziłam się od rodziców i usamodzielniłam z daleka od nich i mam podobnie, gdy wracam do "krainy dzieciństwa".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż recenzja to raczej nie jest, bo o samym "Pustkowiu Smauga" zaledwie parę zdań :D Nie, no ja jestem dzieciuch z 30 na karku (2014) :D Większość osób patrząc na zdjęcia i bez obecności tych zdjęć tak samo, myśli, że jestem dużo młodsza, więc się przyzwyczaiłam.

      Usuń
  3. Drugiej części Hobbita jeszcze nie widziałam, ale może wkrótce będę w stanie stwierdzić, czy również mi się spodobała.
    Jeśli zaś chodzi o Twoją osobistą krainę dzieciństwa - Shire młodości - dobrze jest mieć takie miejsce, kojarzyć je z samymi pozytywnymi odczuciami i emocjami. I nigdy nie tracić do końca dziecka, które w każdym z nas głęboko jest.

    OdpowiedzUsuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.