środa, 20 listopada 2013

Wichrowe Wzgórza w reżyserii Andrei Arnold

Adaptacja pięknej powieści Emily Brontë raczej mnie rozczarowała. Przyznaję, jest w tym filmie jakiś pomysł na nastrój (zamiast mroków gotycyzujących jest poetycka surowość), klimat, który bardzo pasuje do powieści. Kiedy czytałam Wichrowe Wzgórza, a jest to dzieło niezwykłe, dziwaczne, miałam wrażenie poruszania się po podobnej przestrzeni. Powieść jest miejscami bardzo głęboka, powiedziałabym, że polukrowana takim egzystencjalnym smętkiem, który sączył się dopiero z XX-wiecznej literatury, ale nie, to nie lukier - Emily sięgała faktycznie w zaplątane losy wydobywając nutki prawdziwej tragedii. To dlatego pisało o  Wichrowych Wzgórzach paru filozofów czy filozofujących literatów. Powieść momentami jest nieznośnie "natchniona", naiwna dziewczyńską egzaltacją. Miałam wrażenie, że była pisana w gorączce i w tych krótkich przerwach między jej atakami, gdy umysł jest w stanie prowadzić fabułę logicznym ciągiem zdarzeń. I do tego mi wizja reżyserki pasuje. 

Moje wrażenie ogólne dotyczące filmu jest jednak negatywne - chyba ten pomysł się rozwodnił, rozpłynął w błocie wszechobecnym, w "poetyckich" dłużyznach. Bardzo żałuję, że sensualność filmu, która mi bardzo odpowiada, która mogła być szczególnym walorem estetycznym tego dziełka po prostu gdzieś w tym błocku się utopiła. Film oglądało mi się ciężko, a nie jestem słabym zawodnikiem, bo całkiem, całkiem lubię kino Tarkowskiego, na przykład, a do lekkich ono nie należy.

Poetycki nastrój przeszywany jest co jakiś czas pełnymi okrucieństwa scenami, pojawia się też dość brutalny styl wypowiedzi, który mógłby się Emily spod pióra wymknąć, owszem - tu reżyserka jest dość wierna wizji pisarki (Emily używała słów w jej czasach uważanych za mocne, a zdecydowanie na zbyt mocne jak na piszącą kobietę). Cóż, reżyserka faktycznie chciała pokazać miłość obdartą z romantyczności, a zanurzoną w mrocznym romantyzmie. Miłość jako siłę natury. Bezwzględną, dającą złudzenie szczęścia, niosącą zniszczenie zamiast wybawienia, zanurzającą czułość i współczucie w surowych prawach instynktów. Niestety, zamiast nurzania się w gęstej, ciemnej masie namiętności mamy głównie błocko.

Pozytywnie wypada część zagrana przez aktorów dziecięcych. Do tej pory nie spotkałam się z takim podejściem, gdzie dzieciństwu bohaterów Wzgórz poświęca się aż tyle uwagi. To ciekawe podejście do tematu. Lekkości i świeżości filmowi mogła dodać też charakterystyczna, popularna, młoda aktorka (Kaya Scodelario) - do tej pory tę rolę brały aktorki, które mi się wydawały za stare (albo miały taki typ urody) - i przyznaję, że dość podoba mi się w roli naiwnej, rozkapryszonej Catherine, ale nie ma w niej żadnego promyka nadziei na prawdziwe szaleństwo, a Catherine oszalała, jeśli nie była szalona od samego początku. I nie ma zmiłuj. Kaya gra bohaterkę rozkapryszoną, niepewną czego chce, a prawdziwą, książkową Catherine kierowało raczej jakieś fatum, nie głupota młodości.

zdjęcie - filmweb

Zdjęcia do filmu są piękne i przywołują obrazy romantycznych malarzy, jednak świat ukazany w filmie nie tylko nie jest ładniusi (dlatego ciężko jest przyznać temu filmowi status kostiumowca - reżyserka wręcz rozkoszuje się tym, co brzydkie i brudne, a nawet pozwala by kostiumy leżały na aktorach krzywo heheh). Ba, nie jest też groźny i wzniosły. Jest po prostu albo piękny surowym pięknem, światłem złapanym w brudnej szybie, tańcem tęczujących odblasków na twarzy (moja ulubiona scena) albo brzydki. Reżyserka trzyma się zasady naturalizmu do tego stopnia, że spokojnie można jej przypisać dość dużą wierność zasadom słynnego manifestu Dogmy 95, a przecież to trochę jak wykopywanie trupa. 

Wydaje mi się, że to film ze zmarnowanym potencjałem, ale nie zjechałabym go tak zupełnie od początku do końca. Film nie ukazuje całej historii, ale za to przeciąga dziecięce epizody z życia bohaterów zdecydowanie nieoczekiwanie. W sumie skoro reżyserka postanowiła tę historię uciąć w połowie i nie zobaczymy adaptacji reszty opowieści, to może można było uciąć jeszcze fragment, zostawić samo dzieciństwo bohaterów i dać tylko jakieś końcowe sceny? Nie wiem jak to miałoby się trzymać kupy, ale mam wrażenie, że taki film podobałby mi się bardziej. Efektowny klimat nie wystarczy za cały film.




Nieważne w sumie do jakiego stopnia ta piosenka pasuje do samego filmu i historii (pan Kołodyński z Kina strasznie wybrzydzał). Jest w niej coś, co kojarzy mi się bardzo, ale to bardzo właśnie z tą powieścią. I tak strasznie żałuję, że nadal nie ma filmu, który byłby czymś więcej niż pięknym romansidłem na podstawie Wichrowych Wzgórz (mam tu na myśli poprzednie ekranizacje). Jest tylko ta piosenka (leci pod koniec filmu) i klip zmontowany z ujęć, który udaje, że jest pełnoformatowym filmem.

Szkoda, bo Wichrowe Wzgórza to opowieść o bardzo głębokiej, bardzo raniącej i bardzo szalonej miłości - przynajmniej raz każdemu się w życiu zdarza, prawda? :D Jest w niej tęsknota za czymś nie z tego świata i budzenie demonów autodestrukcji, o których istnieniu wcale nie chcemy z reguły wiedzieć. Do tej pory nikt nawet nie spróbował w filmie sięgnąć tak głęboko. 

Give me hope in silence,
It's easier, it's kinder.
And tell me not of heartbreak,
It plagues my soul, it plagues my soul.

We will meet back on this road,
Nothing gained, truth be told.
But I'm not the enemy,
It's not me the enemy

But I came and I was nothing.
Time will give us nothing.
So why did you choose to lean on
A man you knew was falling

Give me hope in silence,
It's easier, it's kinder.
And tell me not of heartbreak,
It plagues my soul, it plagues my soul.

And bury me beside you,
I have no hope in solitude.
And the world will follow,
To the earth down below.

But I came and I was nothing.
Time will give us nothing.
So why did you choose to lean on
A man you knew was falling


Mumford & Sons - The Enemy

4 komentarze:

  1. No własnie zastanawiam się nad tym filmem. Z jednej strony kusi strasznie klimatem, z drugiej odpycha Kayą, która mimo wszystko jest aktorką strasznie drewnianą. Wszyscy go krytykują, ale chyba i tak obejrzę i przekonam się na własnej skórze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbować warto, najwyżej odpadniesz albo będziesz się wkurzać jak ja :D Tak. Kaya jest drewniana dlatego ciężko u niej z rozwojem postaci w tym filmie. Generalnie między dwójką głównych bohaterów się zupełnie nic nie dzieje. Jakby przyszli odegrać swoje role w teatrzyku - na koniec jest oczywiście scena, która powinna rozdzierać serce, ale mnie nie ruszyła po tym jak sztucznie przedstawiono relację między nimi ;)

      Usuń
    2. Ale nie dzieje się z powodu kiepskiej gry aktorskiej czy takie było założenie?

      Usuń
    3. Dzieciaki z pierwszej części filmu grają wyśmienicie. Potem są dorosłe postacie i tu już jest lipa. Aktor grający Heathcliffa, czyli łotra-amanta powinien mieć nawet więcej niż "to coś", a jest dla mnie zupełnie nie do strawienia. Kaya początkowo bardzo mi pasuje, bo jest młoda, świeża, sprawia wrażenie ukrywającej swoją prawdziwą, nieokiełznaną naturę, to reżyserka mogła ją poprowadzić jakoś. Potem jej postać się nie rozwija już dalej i wychodzi tylko rozkapryszona pannica, więc raczej moje nadzieje utonęły w tym wszędobylskim błocie :D Jak grają razem jest jeszcze gorzej. Zero miłosnych fajerwerków. Nie mam pojęcia czy takie było założenie pani reżyserki. Może oboje mieli być introwertyczni, chłodni na zewnątrz, w środku nie? Tak czy siak końcowe sceny, gdy mamy tragiczny finał wypadają nienaturalnie i histerycznie i nie kupuję ich w tym filmie. To raczej wina aktorstwa albo może źle poprowadzonych aktorów, bo chłopaka w ogóle w niczym innym nie widziałam, a Kayę kojarzę tylko z paru odcinków Skins i w sumie co ja mam na tej podstawie powiedzieć heheh (serial też już nie moja bajka).

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.