środa, 27 listopada 2013

Kropla słońca i lekka psychodelia w listopadzie

W listopadzie należy posłużyć się jakimś słonecznym dodatkiem do życia. W innym przypadku jest całkiem możliwe, że ktoś skończy w kaftanie bezpieczeństwa.

Lata 60/70. XX wieku, hippisi, te sprawy. Nie wiem jak Wam, ale mi te klimaty nieco ładują akumulator. Pomyślałam o zaserwowaniu sobie trzech filmów łączących się ze wspomnianą tematyką. Dwa sobie przypominam, trzeciego jeszcze nie widziałam. Nie wybieram leciutkich kawałków, ale i tak mi to nie przeszkadza w przeniesieniu się na chwilę w jakąś słoneczną krainę, w tęsknotę za beztroską, swobodą, strach powiedzieć: wolnością. Każdy w sobie to ma? Ja na pewno. I wszystkie te filmy są o tej wolności, o złych sposobach jej pożądania i o klęsce, którą ostatecznie poniósł pewien styl życia. Styl życia do pewnego stopnia bardzo atrakcyjny, nie tylko dla nieopierzonych dziewczątek uciekających z domu. Styl życia możliwy do realizacji dla każdego nonkonformisty. I tu trzeba uważać, bo łatwo jest wpaść w poślizg, nawet na drodze tak szerokiej jak w Easy Riderze.


No i pierwszy - Easy Rider z 1969. Nie podejmuję się tu jakiegoś solidnego zrecenzowania tego filmu. Wiem, że można go odczytać bardzo powierzchownie, co przy dość gorzkiej wymowie daje dziwny efekt. Kiedy odczytujemy film powierzchownie jesteśmy gotowi zachłysnąć się nim i zachwycać byle czym. Tu pojawia się odwrotny efekt: ktoś może uznać, że przy paru dodatnich plusach ;) wychodzi jednak wartość ujemna. Mamy motocykle, epickie krajobrazy z dużą dawką amerykanskich dróg, bezdroży i prowincji, buntowniczych bohaterów. Ale wszystko ciąży tu raczej w stronę finalnej katastrofy. Film kultowy nie bez powodu. To bardzo ciekawe, że właściwie jeszcze w samym środku zjawiska Hopper robi film, który ukazuje tego zjawiska klęskę. Nie mamy tu jeszcze przewartościowania, bo kontrkultura, ofiara tej klęski, pozostaje niewinna, ale ewidentnie trąci już dekadencją. Z wielką przyjemnością odświeżę sobie wrażenia z tego filmu. Motocyklowe klimaty, drogi-bezdroża, wertepy - niektórzy wiedzą, że po prostu to lubię.


źródło
Drugim filmem, który sobie przypomnę jest Sunset Strip (2000). To filmidełko pamiętam jeszcze z liceum. Minęło ponad 10 lat, a ja przez ten czas wiele razy ten film gdzieś tam znalazłam w zwojach pamięci. Przymykam oko na to, że to ot, taki tam filmik skierowany raczej do raczej młodocianej publiczności. W sumie stara nadal nie jestem. Chodzi przede wszystkim o to, że perypetie kilku bohaterów tego filmu przerabiałam w swoim własnym, osobistym, absyntowym życiu. Nie będę wnikać w szczegóły. Powiedzmy tak - Absynt nie taki grzeczny (bywał) na jakiego wygląda. Ma słabość do pokręconych facetów, używek (niektórych, bywało) i różne takie tam.


Jeśli nie lubicie pana Leto, możecie zrobić wyjątek. W tym filmie jest zupełnie w porządku, a właściwie to nie ma wiele w nim do robienia, a jak już coś robi, to dobrze robi...

Trzeci film to niemiecki Das wilde Leben. Historia życia (właściwie to tylko tych przełomowych dla niej lat) niemieckiej modelki Uschi Obermaier, która wypowiedziała wojnę wielu normom społecznym, gziła się z takimi sławami jak Mick Jagger i w końcu stała się symbolem swojej epoki. Po filmie spodziewam się raczej kaca, ale sobie obejrzę. Lubię tę słodziaszną piosenkę, która promowała ten film. Niekoniecznie w tym wydaniu, ale niech będzie, żebyście wiedzieli o jakim filmie mówię.


Ogółem lubię tę epokę. Muzykę. Ciuchy nawiązujące do niej (tylko z dzwonami nam kompletnie nie po drodze, tak myślę, bo wyglądam w nich strasznie nieproporcjonalnie). Lubię, na przykład, ciuchy FP - pierwsze zdjęcie w tym wpisie pochodzi z ich bloga.

To jak już jesteśmy w takich klimatach: Janis zanuci smętnie -

...a panowie zaśpiewają na dobranoc -

Cóż. Lubię ten okres (znacznie wyidealizowany, oczywiście) i za tę słodką naiwność, utopijność myślenia, gdzie pospolite "ajlowju" jest po prostu jakieś takie...od serca. Nie bez powodu mówili o sobie dzieci kwiaty, prawda?

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kącik orientalny - przypowiastka o mistrzu zen i bandycie

Pewnego razu zagroził Buddzie śmiercią bandyta zwany Angulimal.
„Bądź, zatem łaskaw spełnić moje ostatnie życzenie”, powiedział Budda.
„Odetnij tę gałąź z tego drzewa”.
Jedno ciecie mieczem i było zrobione!
„Co teraz?” zapytał bandyta.
„Przyłóż ją z powrotem, tak aby się zrosło”, powiedział Budda.
Bandyta roześmiał się. „Musisz być szalony, jeśli uważasz, że ktokolwiek może to zrobić”.
„Wprost przeciwnie, to ty jesteś szalony, jeśli sądzisz, że jesteś potężny, bo możesz ranić i niszczyć. To jest zadanie dla dzieci. Tylko wielcy wiedzą, jak tworzyć i leczyć.

Zadane mi do pomyślenia/przypomnienia przez zenforest ;)

A przy okazji:
Na stronie Los Angeles County Museum of Art  pojawił się dostęp online do kolekcji sztuki z Azji Południowo-Wschodniej. Wirtualny katalog prezentuje 34 eksponaty z profesjonalnymi opisami. Są też teksty na temat ich symboliki oraz wpływu buddyzmu na sztukę tego rejonu.

niedziela, 24 listopada 2013

Moje prawdziwe "ja" - niedzielna wróżka :D

Tak. Tylko nie mam skrzydełek :D
Autorką tej lubieżności cudnej jest Aly Fell.

Przy okazji chciałam podzielić się jeszcze z moimi szanownymi czytaczami:
1. Żądzą prezentową:

(nie wiem czy widzicie to zdjęcie, bo jakoś dziwacznie wchodzi, więc wrzucam link...)

Szalony Nos dotąd nie skusił mnie na żadną swoją awangardową wizją zapachu. Blisko był jego haszyszowy wyczyn, ale jednak... W końcu jednak kusi. Po głębszych rozmyślaniach (w sumie to wychodzi na to, że to bardzo podstępna żądza, a nie ta z tych oczywistych żądz, które napadają człowieka niespodziewanie). Żądza głęboka. Pewnie będę żałować, bo wierzę święcie, że NIE MA prawdziwych absyntowych pachnideł. Niektórzy uważają ten zapach za brzydki, drażniący. Są też podobno nietrwałe, ale tego nie potwierdzam (zresztą, nie pierwszy raz nietrwały zapach na mnie jest trwały, cichnie, ale tuli się do mnie do ostatniego akordu). Jest w nich jakiś wibrujący obłęd. Są brudne. To jest jeden z tych zapachów, z którymi się walczy. Zobaczymy czy ulegnę czy polegnę. Zdecydowanie wolę to pierwsze :D

2.Arcymiłą historią - dobre siły na świecie przeważają nad złymi :D Ostatnio wiele rzeczy w moim życiu zaczęło przywdziewać smutne szatki depresyjne (i to nie wina aury, powiedzmy, że już tak mam, miewam, bywam - teraz głównie dlatego, że cielesne ustrojstwo mnie dobija), więc cieszę się każdą pierdółką. Jakimś cudem odnalazł mnie i skontaktował się ze mną jeden z moich ulubionych wykładowców (pozdrawiam bardzo, bardzo!). Nie widzieliśmy się przez wiele lat :) Zaprosił mnie do współpracy przy tworzeniu pewnego pisma, które będzie wychodzić w necie. To bardzo miłe, że takie osoby sobie o mnie przypominają: Co ja tak Pani nie widuję? Wywiało Panią na doktoranckie do innego ośrodka? Myślałem, że Pani zostaje na naszej uczelni :D Musiałam odmówić, bo mam swoje obowiązki i nie dałabym rady tak się angażować (żałuję jednak). Pismo będzie siedzieć w tematyce folklorystyczno-etnologicznej, więc możliwe, że chociaż coś tam napiszę :D Nie wiem czy się pochwalę tu tak publicznie, bo jednak wolę chyba pozostawić swoje nonszalanckie wypowiedzi występując jedynie "pod artystycznym pseudonimem" :D

środa, 20 listopada 2013

Wichrowe Wzgórza w reżyserii Andrei Arnold

Adaptacja pięknej powieści Emily Brontë raczej mnie rozczarowała. Przyznaję, jest w tym filmie jakiś pomysł na nastrój (zamiast mroków gotycyzujących jest poetycka surowość), klimat, który bardzo pasuje do powieści. Kiedy czytałam Wichrowe Wzgórza, a jest to dzieło niezwykłe, dziwaczne, miałam wrażenie poruszania się po podobnej przestrzeni. Powieść jest miejscami bardzo głęboka, powiedziałabym, że polukrowana takim egzystencjalnym smętkiem, który sączył się dopiero z XX-wiecznej literatury, ale nie, to nie lukier - Emily sięgała faktycznie w zaplątane losy wydobywając nutki prawdziwej tragedii. To dlatego pisało o  Wichrowych Wzgórzach paru filozofów czy filozofujących literatów. Powieść momentami jest nieznośnie "natchniona", naiwna dziewczyńską egzaltacją. Miałam wrażenie, że była pisana w gorączce i w tych krótkich przerwach między jej atakami, gdy umysł jest w stanie prowadzić fabułę logicznym ciągiem zdarzeń. I do tego mi wizja reżyserki pasuje. 

Moje wrażenie ogólne dotyczące filmu jest jednak negatywne - chyba ten pomysł się rozwodnił, rozpłynął w błocie wszechobecnym, w "poetyckich" dłużyznach. Bardzo żałuję, że sensualność filmu, która mi bardzo odpowiada, która mogła być szczególnym walorem estetycznym tego dziełka po prostu gdzieś w tym błocku się utopiła. Film oglądało mi się ciężko, a nie jestem słabym zawodnikiem, bo całkiem, całkiem lubię kino Tarkowskiego, na przykład, a do lekkich ono nie należy.

Poetycki nastrój przeszywany jest co jakiś czas pełnymi okrucieństwa scenami, pojawia się też dość brutalny styl wypowiedzi, który mógłby się Emily spod pióra wymknąć, owszem - tu reżyserka jest dość wierna wizji pisarki (Emily używała słów w jej czasach uważanych za mocne, a zdecydowanie na zbyt mocne jak na piszącą kobietę). Cóż, reżyserka faktycznie chciała pokazać miłość obdartą z romantyczności, a zanurzoną w mrocznym romantyzmie. Miłość jako siłę natury. Bezwzględną, dającą złudzenie szczęścia, niosącą zniszczenie zamiast wybawienia, zanurzającą czułość i współczucie w surowych prawach instynktów. Niestety, zamiast nurzania się w gęstej, ciemnej masie namiętności mamy głównie błocko.

Pozytywnie wypada część zagrana przez aktorów dziecięcych. Do tej pory nie spotkałam się z takim podejściem, gdzie dzieciństwu bohaterów Wzgórz poświęca się aż tyle uwagi. To ciekawe podejście do tematu. Lekkości i świeżości filmowi mogła dodać też charakterystyczna, popularna, młoda aktorka (Kaya Scodelario) - do tej pory tę rolę brały aktorki, które mi się wydawały za stare (albo miały taki typ urody) - i przyznaję, że dość podoba mi się w roli naiwnej, rozkapryszonej Catherine, ale nie ma w niej żadnego promyka nadziei na prawdziwe szaleństwo, a Catherine oszalała, jeśli nie była szalona od samego początku. I nie ma zmiłuj. Kaya gra bohaterkę rozkapryszoną, niepewną czego chce, a prawdziwą, książkową Catherine kierowało raczej jakieś fatum, nie głupota młodości.

zdjęcie - filmweb

Zdjęcia do filmu są piękne i przywołują obrazy romantycznych malarzy, jednak świat ukazany w filmie nie tylko nie jest ładniusi (dlatego ciężko jest przyznać temu filmowi status kostiumowca - reżyserka wręcz rozkoszuje się tym, co brzydkie i brudne, a nawet pozwala by kostiumy leżały na aktorach krzywo heheh). Ba, nie jest też groźny i wzniosły. Jest po prostu albo piękny surowym pięknem, światłem złapanym w brudnej szybie, tańcem tęczujących odblasków na twarzy (moja ulubiona scena) albo brzydki. Reżyserka trzyma się zasady naturalizmu do tego stopnia, że spokojnie można jej przypisać dość dużą wierność zasadom słynnego manifestu Dogmy 95, a przecież to trochę jak wykopywanie trupa. 

Wydaje mi się, że to film ze zmarnowanym potencjałem, ale nie zjechałabym go tak zupełnie od początku do końca. Film nie ukazuje całej historii, ale za to przeciąga dziecięce epizody z życia bohaterów zdecydowanie nieoczekiwanie. W sumie skoro reżyserka postanowiła tę historię uciąć w połowie i nie zobaczymy adaptacji reszty opowieści, to może można było uciąć jeszcze fragment, zostawić samo dzieciństwo bohaterów i dać tylko jakieś końcowe sceny? Nie wiem jak to miałoby się trzymać kupy, ale mam wrażenie, że taki film podobałby mi się bardziej. Efektowny klimat nie wystarczy za cały film.




Nieważne w sumie do jakiego stopnia ta piosenka pasuje do samego filmu i historii (pan Kołodyński z Kina strasznie wybrzydzał). Jest w niej coś, co kojarzy mi się bardzo, ale to bardzo właśnie z tą powieścią. I tak strasznie żałuję, że nadal nie ma filmu, który byłby czymś więcej niż pięknym romansidłem na podstawie Wichrowych Wzgórz (mam tu na myśli poprzednie ekranizacje). Jest tylko ta piosenka (leci pod koniec filmu) i klip zmontowany z ujęć, który udaje, że jest pełnoformatowym filmem.

Szkoda, bo Wichrowe Wzgórza to opowieść o bardzo głębokiej, bardzo raniącej i bardzo szalonej miłości - przynajmniej raz każdemu się w życiu zdarza, prawda? :D Jest w niej tęsknota za czymś nie z tego świata i budzenie demonów autodestrukcji, o których istnieniu wcale nie chcemy z reguły wiedzieć. Do tej pory nikt nawet nie spróbował w filmie sięgnąć tak głęboko. 

Give me hope in silence,
It's easier, it's kinder.
And tell me not of heartbreak,
It plagues my soul, it plagues my soul.

We will meet back on this road,
Nothing gained, truth be told.
But I'm not the enemy,
It's not me the enemy

But I came and I was nothing.
Time will give us nothing.
So why did you choose to lean on
A man you knew was falling

Give me hope in silence,
It's easier, it's kinder.
And tell me not of heartbreak,
It plagues my soul, it plagues my soul.

And bury me beside you,
I have no hope in solitude.
And the world will follow,
To the earth down below.

But I came and I was nothing.
Time will give us nothing.
So why did you choose to lean on
A man you knew was falling


Mumford & Sons - The Enemy

poniedziałek, 11 listopada 2013

Japońskie koty, znów :D

W ramach poniedziałkowego "kącika orientalnego" - japońskie koty, znów :D Powtarzam się?

:D

Możliwość ustawienia postów automatycznych daje mi miłe poczucie, że blog idzie swoim stałym rytmem. Podoba mi się opcja paru wpisów o ustalonej tematyce i ustalonych dniach tygodnia. Bardzo to ułatwia życie blogini ;)

Hishida Shunsō, detal, 1910
Hiroshige Andō (Hiroshige Utagawa), studium kotów, XIX wiek
Ohara Shoson, Kot łapiący mysz, 1930
Takahashi Shotei (Hiroaki Takahashi), Bawiące się koty, 1930
Kawanabe Kyōsai, XIX wiek
Kawabata Gyokushô
Ostatnie zdjęcie pochodzi ze zbiorów The Metropolitan Museum of Art.

(wpis automatyczny, na komentarze pod tym wpisem, poprzednim i następnymi pozwolę sobie odpowiedzieć pod koniec tygodnia, podobnie będzie z odwiedzinami u Was)

niedziela, 10 listopada 2013

Niedzielne wróżki - Amelia Jane Murray (1800-1896)

Postawiłam sobie jakiś czas temu ambitne blogowe zadanie - odnajdywać ilustracje z wróżkami (zobowiązuje mnie mój nick), które nie są jawnie tandetne, kiczowate złym kiczem, co najwyżej wpadające w kiczyk nostalgiczny (lubimy!), bo jest to swego rodzaju wyczyn w dobie internetów. Wyobrażenie wróżki jest bardzo ciekawym zjawiskiem, spłaszczonym przez popkulturę. Wróżki rozmaitego rodzaju i pokrewne stwory zamieszkiwały wyobraźnię człowieka od bardzo dawna i na wielu obszarach całej naszej planety (pamiętam swego rodzaju szok, gdy odkryłam, że w Japonii również wierzono w coś na kształt wróżki, a byłam pewna, że to typowo europejski produkt wyobraźni). Mają też swój, nie tak znów mały, udział w wykreowaniu wizerunku aniołów (chociaż wróżki zazwyczaj zbyt cnotliwe nie bywały).

Amelia Jane Murray zwana też Lady Oswald była artystką zorientowaną bardzo konkretnie w kwestii wyboru tematu. Jej prace to praktycznie same akwarelowe wróżki. Pochodziła ze szkockiej wyspy Man i tworząc w tych malowniczych okolicznościach przyrody, sięgała po nie mniej malowniczy rodzimy folklor. Najciekawsze wydaje się jednak to, że artystka urodziła się w miejscowości Port-e-Chee, co po gaelicku znaczy mniej więcej tyle, co "muzyka wróżek". Jej prace wyglądają zupełnie bajkowo, ale musicie wiedzieć, że miejscami przedstawiają całkiem precyzyjnie okoliczną florę, gatunki owadów i krajobraz, co oznacza, że artystka poprzedziła pracę twórczą badaniami terenowymi. Tworzyła w latach 20. XIX wieku, a jej prace wydano w A Regency Lady's Fairy Bower z 1985 roku. 























środa, 6 listopada 2013

Galeria miesiąca - nowość na tym blogasku :D

Drodzy moi Czytacze, bardzo lubię zaglądać na blogi, które wylewają się z ekranu "obrazkami" - nostalgicznymi, przywołującymi bajkowy klimat. Jednocześnie wolę widzieć swoje miejsce cnotliwym, dość czystym i przejrzystym ;) Postanowiłam iść na kompromis. Mam nadzieję, że nie zgniły ;)

Od teraz na samym dole strony będzie kwitła sobie tu jedna grafika wybrana przeze mnie ze stosu, którym zawaliłabym chętnie brzegi tego bloga, ale tego, jak pisałam, nie zrobię. Stos ten za to raz w miesiącu zaprezentuję w jednym z wtorkowych wpisów (wiem, że jest środa, ale tak wyszło heheheh). W tym miesiącu takie stosiki powinny być dwa: jeden jeszcze jesienny w pełni - na pamiątkę października i drugi bardziej listopadowy. W jednym wpisie. Jeśli chodzi o rodzaj grafik - nie są to wybitnie dzieła, często nie znam nawet ich autorów, bywa, ze to stare pocztówki, zdjęcia sprzed stulecia z bezimiennymi bohaterami, stare książkowe ilustracje, karty z kalendarza, ot taki nostalgiczny dryf :D  Właśnie o to w tej galerii chodzi - to taki mój mały skarbczyk na grafiki Babuni ;) Początkowo chciałam umieścić go na blogu kostiumologicznym, gdzie trzymam większość staroci (ile tam się nazbierało niezedytowanych wpisów...), ale ponieważ większość tych grafik dotyczy stylizowanej przyrody, baśniowych ilustracji, folkloru i przywołuje klimat dziecięcego zaczytania w "książkach z obrazkami" - ich miejsce będzie jednak tu.

To co? Idżoj? :D

Listopadowa grafika - Ezio Anichini (?), 1921; uwielbiam - połączenie szarości i brudnej żółci (takie brudy w tym wydaniu bardzo smaczne), motyw kropek/groszków, pełna wdzięku postać i niestety,widzę oczyma duszy jak zapala sobie papierocha ;)
October, Ladies’ Home Journal, 1895
Jack Frost :) (czyli mróz malujący liście)
Olga Lehmann
Emma Florence Harrison, Faries, 1912
Rie Cramer

Jan Toorop, Siakuntala, 1892 (nie jest to może obraz jesienny, ale wybitnie kojarzy mi się z listopadem, a nie z Indiami i dramatem Kālidāsy ;))

Vernon Hill, The Arcadian Calendar, 1910

wtorek, 5 listopada 2013

Artysta tygodnia - strachy i muchomory Jaroslava Panuški

(proszę, poprawcie mnie, jeśli źle odmieniłam nazwisko ;))

Wodnik (Vodník)(1)
Nie będę się rozpisywać. Jaroslav Panuška to jedna z tych osób, do których bym napisała maila, a potem w miarę możliwości przeszła się na piwo :D Szkoda, że nie da się nawiązać kontaktu z już nieżyjącymi artystami (przynajmniej ja nie próbowałam hehehe). Szkoda, że dwa słowa o sobie mogą specjalnie dla Was skreślić tylko nam współcześni ;) Te z prac, których tytuły znam, zostawiłam także z czeskimi, oryginalnymi, bo sami rozumiecie, czeski jest uroczy ;)

Wodnik (Vodník) (2)
Śmierć patrząca w okno umierającego (Smrt díval z okna umírající?), 1900

Diabelski młyn


Wampir (Upír)

Wiedźma (Čarodějnice), 1905
Mchomory (Muchomůrky), 1905
klik

klik

klik

Możecie sobie poczytać po czesku :D i tu.