sobota, 24 sierpnia 2013

Zło wcielone (Mary Shelley i akcent polski)

Potraktujmy tę historyjkę jak ciekawostkę, mało istotną, a smakowitą. Takie tam ciasteczko do kawki (nieco makabryczne ciasteczko heheheh). Prawdziwy badacz nie będzie przecież się pochylał nad jakąś tam spekulacyjką, ma poważniejsze zadania, ale takie jedno ciasteczko, do kawki, proszę Państwa, dla odpoczynku, dla relaksu, chwilunię to zajmie, naprawdę... Dziś parę słów o pewnych wydarzeniach (w dawnych Ząbkowicach Śląskich), które były na tyle głośne, że doszło do wydania kazań w Lipsku (i informacji w prasie augsburskiej), więc ich wymiar moralnego straszaka trzeba potraktować z należytym szacunkiem. 

Zwłoki

Czy Mary mogła poznać tę historię i mit, który narósł wokół rdzenia wydarzeń rzeczywistych? A może poznała inną opowieść, która była echem tej właśnie? Myślę, że ścieżki jakimi chadza ludzka wyobraźnia, nasza skłonność do rozwijania narracji bardzo urodziwie się odbijają w losach ząbkowickiej afery sprzed stuleci. A epilogiem do nich jest próba połączenia okoliczności powstania Frankensteina z polskim "wątkiem". Kusi by to zrobić. Na temat powstania powieści gdybał sobie artystycznie niedawno przypomniany przeze mnie reżyser (Ken Russel w Gothic) - myślę, że równie uprawniony do gdybania tego rodzaju jest każdy, kto podjąłby się próby "stworzenia" epizodu z życia Mary, wiążącego powstanie dzieła z polską historyjką makabryczną. W zasadzie taki epizod trzeba by właśnie stworzyć, bo przecież nie wiemy, jak to tam było i czy w ogóle było. Nic mi nie wiadomo o tym, by jakaś fabuła tego rodzaju powstała (w sumie moje zainteresowanie Mary Shelley było dotąd mikre, więc nie ma się co dziwić...).

Może przejdźmy jednak do rzeczy, a raczej do zwłok. Było ich sporo.

20 września 1606 roku odbył się pewien proces. Oskarżonych skazano na śmierć. 5 października tego samego roku odbywał się proces wspólników, których oskarżeni wskazali na torturach. Oczywiście, ich także skazano na śmierć. Ostatnia egzekucja odbyła się 13 lutego 1607 roku. Łącznie stracono 17 osób. Oto i pierwsze, ale nie najważniejsze trupy w tej trupiej historii.

Chronologicznie, oczywiście, musiały się pojawić te inne trupy, wcześniej, bo o cóż to naszych skazanych oskarżono? W czasach, o których mowa epidemie wybuchały często, tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Zaraza, która się przetoczyła przez Ząbkowice miała jednak rozmiary prawdziwej katastrofy. W jej wyniku zmarło 2061 osób, w tym 558 dzieci, co dobrze na przyszłość nie rokowało. Smętny kosiarz wykosił 1/3 mieszkańców ówczesnego miasta. Mór dopadł Ząbkowice i przedmieścia 17 stycznia. Ludzie szukali kozła ofiarnego, śladów jakiegoś tajemnego spisku i udziału czarcich mocy. W kronice miasta, Annales Francostenenses z1655, burmistrz Marcin Koblitz relacjonuje :
„10 września 1606 roku aresztowano dwóch ząbkowickich grabarzy - Wacława Förstera, grabarza od 28 lat i jego pomocnika Jerzego Freidigera pochodzącego ze Strzegomia, z powodu mieszania i preparowania trucizn. Obaj zostali wydani przez parobka Förstera. Dnia 14 września został aresztowany niejaki Weiber - były więzień i trzeci grabarz - Kacper Schleiniger, a 16 września aresztowano 87-letniego żebraka Kacpra Schettsa - wszystkich pod zarzutem trucia i rozprzestrzeniania zarazy. 4 października odprowadzono do więzienia Zuzannę Maß - córkę zmarłego urzędnika miejskiego Schuberta, jej matkę - Magdalenę Urszulę, obecnie żonę grabarza Schleinigera oraz Małgorzatę - żonę żebraka Schettsa”.

W sprawę wyjaśnienia źródeł zarazy zaangażowano zespół lekarzy, któremu przewodniczył świdniczanin Jan Schweps. Ponoć w domu aresztowanego Förstera znaleziono pojemniki z "trującym proszkiem". Proszek taki, zgodnie z ówczesnym przekonaniem, wytwarzano ze zwłok ludzkich. Lekarze, początkowo nastawieni sceptycznie w obliczu tych dowodów musieli zmienić śpiewkę. W 1606 roku całą aferę opisano i zgrabnie zilustrowano w "Newe Zeyttung" (gazeta augsburska). Możemy tam poczytać, między innymi, o przebiegu procesów i torturach, jakie wykonano na skazanych. Oskarżeni przyznali się do sporządzenia "trującego proszku" i do stosowania go w zbrodniczych celach: do rozsypywania na progach, smarowania kołatek i klamek. Oczywiście, w ten sposób sprowadzili zarazę do miasta, wiadomo. Oskarżono ich również o kradzieże (w tym okradanie trupów), do czego się przyznali. Charakter afery skłaniał do szukania dalszej sensacji, więc po drodze wymuszono (tak zakładam) przyznanie się do: rozcinania brzuchów ciężarnych kobiet i wyjmowania płodów, zjadania serc małych dzieci (na surowo, szczegół istotny!) oraz kradzieży dokonywanych w kościołach - obrusy i dwa nakręcane zegary. Kościelne artefakty posłużyły im do czynienia dalszych praktyk czarnoksięskich, a jakże. Tak przynajmniej donosi gazeta. Gazeta wspomina też o pohańbieniu ciała młodej dziewicy. Mamy komplet zbrodni.

Proces, odbył się 20 września 1606 roku  (w Annales Frankostenenses podaje się 4 października), wykazał, oczywiście, winę oskarżonych. Ile było w tym prawdy? Całkiem możliwe, że oskarżeni (przynajmniej część) sporządzali jakiś proszek kierując się swoimi wierzeniami. Raczej na pewno nie miał on nic wspólnego z wybuchem zarazy. 5 października tego samego roku trwał jeszcze proces wspólników grabarzy (wspólnicy wskazani oczywiście na torturach). Ich również skazano. Oskarżonych skazano na śmierć poprzez okaleczenie i spalenie żywcem. Jak podaje „Newe Zeyttung”: „Najpierw ich wszystkich oprowadzano po mieście. Potem rozdzierano ich rozżarzonymi obcęgami i oderwano im kciuki. Starszemu grabarzowi oraz jednemu z pomocników mającemu 87 lat obcięto prawe dłonie. Potem obu razem przykuto do słupa, z daleka zapalano ogień i ich upieczono. Nowemu grabarzowi ze Strzegomia rozżarzonymi obcęgami wyrwano członek męski. Potem i jego wraz z innymi przykuto do słupa, gotowano i pieczono. Pozostałe osoby wprowadzono na stos i spalono”.

Ilekroć czytam opisy procesów czy wykonywania wyroków z zamierzchłej przeszłości, zastanawiam się jak to możliwe, że narzędzie utrzymania porządku społecznego jakim ma być wymiar sprawiedliwości jest często wielokroć okrutniejsze niż sprawcy zbrodni (nie mówiąc już o niewinnie oskarżonych).* Zaraza wygasła dopiero na początku 1607 roku - tyle sensu w tym procesie i wyrokach.

Narodziny potwora 

To nie koniec historii. Tu dopiero się zaczyna wątek, z którym bezpośrednio można wiązać ewentualne echa ząbkowickiej afery w powieści Shelley. W październiku 1606 r., a więc zupełnie na świeżo, ewangelicki proboszcz Samuel Heinnitz wygłosił w kościele parafialnym 6 dziękczynnych kazań. Kazania ukazały się w 1609 r. drukiem (wydawnictwo Bartolmeusza Voigta w Lipsku) pod tytułem: Historia prawdziwa o kilku wykrytych i zniszczonych trucicielskich dziełach diabelskiego łowcy w czasie zarazy roku 1606 w mieście Frankenstein na Śląsku.  Odwoływały się one oczywiście do afery grabarzy.

Tytułowy "diabelski łowca" to metafora zła, które zakrada się do ludzkich umysłów. Większość mieszkańców nie była jednak wyczulona na tak subtelne, filozoficzne niemalże refleksje i szybko "diabelski łowca" przywdział na siebie bardzo dosłowne szatki.  Podróżnicy odwiedzający Ząbkowice trafiali już na opowieści o obrzydliwym potworze Frankensteinie. Tak, tak. Nie do końca naszym, dobrze znanym Frankiem, którego stworzyła Mary, ale jednak...

Legenda potwora była tak silna, że przetrwała kilkaset lat, więc czemu nie miałaby dotrzeć do pisarki? Na przykład, Władysław Grabski pisząc 300 miast wróciło do Polski w latach 60-tych XX wieku powoływał się na wciąż obecną miejscową legendę: „ Na zamku w Ząbkowicach mieszkał potwór Frankenstein, który swoimi niecnymi praktykami pozbawił życia ponad 2000 istnień ludzkich, póki nie tknęła go ręka sprawiedliwości bożej”.

Ząbkowicki zamek (http://zabkowice-slaskie.naszestrony.pl/?info=zdjecia&zdjecie=10)
Zamczysko na starej pocztówce straszące.
http://fotopolska.eu/128027,foto.html

Źródła i źródełka:
Marcin Dziedzic, Gabriela Połutrenko Afery śląskich grabarzy, "Sudety" nr 2/35 (luty 2004)
F. Toenniges,  700 Jahre Frankenstein Schlesien 1286-1986 (Eine Sammlung zeitgenössischer Dokumente), Kürten 1986
Joanna Lamparska, Frankenstein – historia prawdziwa, 26 marzec 2009 National Geographic

* Małe sprostowanie: Nie chcę przy tym rozgrzeszać tu naszej współczesności. Po prostu częściej zdarza mi się czytać o tych dawnych okrucieństwach. Poza tym, to trzeba zaznaczyć, współcześnie takie rzeczy zdarzają się w specjalnych, z punktu widzenia demokracji europejskiej, okolicznościach (proszę mi wybaczyć mój ewidentny europocentryzm w tym przypadku ;) ): totalitaryzmy, tyrania, wojna.

10 komentarzy:

  1. O mój chłopak jest z Zabkowic więc historię znam dość dobrze :D Z tego co wiem co roku odbywa tam się Frankenstein festiwal ale dosyć kiepsko z jego organizacją :/ I z tego co wiem, jedyne co straszy na ząbkowickim zamku to lokalne menele które znalazły tam wspaniałe miejsce do spożywania trunków wysokoprocentowych :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie to już są te nasze polskie zamki :D Może Potwór już jakiś nieświeży po tylu setkach lat i się nie chce pokazywać, wiadomo - dziś aparat, jakiś ajfon i weź tu strasz :D Można turystycznie nieźle wykorzystać ten potencjał, ale musiałby się ktoś porządnie do tego zabrać.

    Czyli co? Czyli samych legend o Potworze już nie uświadczysz, ale historia nieszczęsnych grabarzy jest pamiętana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też o tym rozmawialiśmy z chłopakiem- miasteczko ma mega potencjał (jest straszne! xD) i nawet piękny klimatyczny cmentarz ale nikt nie potrafi wyciągnąć z tego profitów a szkoda.

      Mniej więcej na zasadzie- od nas się wziął potwór bo jest taka a taka historia grabarzy :)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. A dziękuję w imieniu ciekawego potwora i afery grabarzy ;)

      Usuń
  4. Ken Russel, mój idol. reżyserski, no dobra jeden z wielu ulubieńców, a film Gothic jeden z mych faworytów. lubię tę jego dziwaczną, barokową wyobraźnię.
    tekst ciekawy, bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahah Jak zobaczyłam trailer do "Gothic", to się srodze ubawiłam. Zresztą film też ma swoje momenty (gdy nie wiem czy to na serio czy nie), ale jest magnetyczny - taki porządny trip :D Powiem szczerze, że ta wydumana historyjka i histeryczny sposób podania bardzo dobrze oddają ducha sprawy, bardziej niż poprawne kostiumowe przedsięwzięcia. Zarówno "gotycy", jak i ta akurat grupa romantyków byli bardzo ciekawymi ludźmi, entuzjastami dziwactw i pokonywania granic (też tych estetycznych), emocji raczej na granicy obłędu niż nawet złego smaku :D a nie gładkimi pomnikami ;) A tu się dzieje! :D

      Bardzo lubię "Diabły" Kena Russela.

      Usuń
    2. zgadza się, nie można pompatycznie przedstawić czegoś, co samo w sobie było pojechane, jak te okoliczności, które doprowadziła do napisania Franka. ;d

      Diabły są świetne, tez mój ulubieńszy film, cenię sobie jeszcze
      Zbrodnie namiętności (Anthony Perkins zawsze najlepiej sprawdza się w rolach opętanych sprzecznymi żądzami psycholi ;D), Kryjówka białego węża też niezłe.

      Jedynie Odmienne stany świadomości jakoś mi nie podeszły, ale może to nie był ich dobry dzień dla nich u mnie .

      A książkę na podstawie której Diabły powstały czytałaś? (Diabły z Loundyn Aldousa Huxleya). mam na półce, czeka na swój wielki dzień otwarcia ;d

      Usuń
    3. Nie czytałam, ale Huxleya ogółem lubię, więc pewnie kiedyś na nią trafię. Może nawet niedługo, bo na fali sentymentu płynąc, właśnie mam zamiar sobie jeszcze raz "Diabły" obejrzeć :D "Odmiennych stanów" nie oglądałam. Pewnie też nadrobię, póki będę pamiętać :D

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.