poniedziałek, 25 marca 2013

Grafomaństwo gotyckie

Takie małe grafomaństwo mi się urodziło, trochę na faktach, a trochę nie. Może kiedyś przekuję w coś więcej:

Zazwyczaj było ciepło, gdy odwiedzaliśmy okolice wiejskiego kościoła. Był tam sobie przykościelny cmentarzyk, nowy, zatrupiany mniej więcej od połowy dwudziestego stulecia. Samo miejsce zawsze wydawało mi się ponure: kościół był nieduży, ale o bardzo ciemnych witrażach, średnio odrestaurowany, z parchem na elewacji. Dzwon też miał dźwięk bardzo ciężki, zawodzący, przytłumiony. Od czasu do czasu osiemnastowieczny budynek wypuszczał kłęby ciężkiego aromatu kadzidła i ukazywał swoje ciemne, zimne bebechy. Obok kościółka rosły bardzo stare i bardzo wysokie drzewa o koronach pełnych hałaśliwych ptaszysk. Chciałabym wierzyć, że to kruki, ale z pewnością były to wrony, zresztą wtedy kruk nie był mi potrzebny, by odczuć swędzący niepokój, jaki wywołują takie miejsca. Wrony mi wystarczały w zupełności. Poza tymi niewątpliwie ponurymi drzewami i niewątpliwie ponurą, czarną chmurą ptaszysk wirującą w górze, poza wiekowymi, zaniedbanymi witrażami, na których postaci traciły ludzkie kształty rozmyte w ciemnych plamach, było tam coś z jeszcze większym arsenałem środków budzących w dziecięcej głowie grę wyobraźni. Drugi cmentarz.
 
Kościół stał na górce, na którą trzeba było się wspiąć po szerokich schodach. Stokiem tej górki, od płynęły ciemne gęstwiny, w których ukryło się drugie, poniemieckie cmentarzysko. Gniło za zamkniętym, przerdzewiałym ogrodzeniem. Jego części, katolicka i ewangelicka rozdzielone były tylko małym, parszywym murkiem. Razem tworzyły miejsce opuszczone, zapleśniałe i zdecydowanie urocze. Tak naprawdę to nigdy tam nie weszłam. Wszystko było gęsto zarośnięte mrocznym, wilgotnym zielskiem, a zapadnięte groby i płynąca pomiędzy ulicą, a ogrodzeniem struga wody, kiedyś zapewne nieistniejąca w tym miejscu, wlewała się aż na cmentarz, zmieniając go w dolnych partiach w usiane krzyżami bajorko. I nikt się tym specjalnie nie przejmował, pozwalając istnieć gotyckiemu sztafażowi w cywilizowanym wieku dwudziestym. Tuż obok samochodów zaparkowanych na czas mszy pod cmentarzem.

Jako dziecko nie przelazłam nigdy przez ogrodzenie. Opuszczony cmentarz był czymś zakazanym i nęcącym. To nawet dziwne, że jednak tam nie wlazłam, bo byłam dzieckiem bardzo niesfornym, powsinogą i obdartusem z zawsze piękną, ale krzywo zawiązaną kokardą na głowie i podrapanymi kolanami. Podejrzewam, że prawdziwa lub urojona, wiara w to, że miejsce jest nawiedzone pełniła rolę zarazem wabika, jak i straszaka. Wystarczała mi w zupełności rola obserwatora. To, co widziałam przez zardzewiałe ogrodzenie pozostawiło w mojej pamięci trwały osad uwielbienia dla takich miejsc.

Kiedyś to musiał być wcale niebrzydki, dość rozległy przykościelny cmentarzyk. Teraz był epitafium dla dawnej ludności, która razem z całą swoją kulturą nagle zniknęła z tego miejsca. W szybkim zapomnieniu, jakie po wojnie przetoczyło się po okolicy, zostawiono w spokoju stary cmentarz i opuszczoną ewangelicką świątynię, gdzie zamieszkały nietoperze. Budynek patrzył ślepymi oknami na drugą stronę ulicy, na przystanek autobusowy. Zdawał się obrażony na osiemnastowieczny kościółek, z którym kiedyś dzielił się cmentarzem. Drugim śladem po całym, małym świecie, który został zmieciony przez wichrzyska historii był cmentarzyk, gdzie opuszczeni zmarli powoli zarastali parchem i bluszczem. Teraz miejsce pełne było prawie niewidzialnego dla ludzkich oczu życia. Zwiastowały je wypasione ślimaki pełzające nieraz po ogrodzeniu, wzdłuż którego lubiłam chodzić. Wiem, że ślimaki nie jedzą trupów, ale zawsze miałam w głowie pytanie: na czym one się tak wypasły, co? Gdzieś głębiej w cieniu czasem połyskiwały ślepia, pewnie kot na łowach. Niewidzialne stworzenia szeleściły w zielsku, gdzieś tam siedziała jakaś sowa, bo majowe spacery, gdy w kościele słychać było senne wieczorne nabożeństwo z sową kojarzą mi się ewidentnie. Oczywiście, nietoperze przyfruwające z ruiny ewangelickiej kaplicy. I wiele innych drobnych, lubiących rozpadliska i morowe powietrze, niewidocznych żyjątek. Pachniało konwaliami, jaśminem, wilgocią, ziemią, kruszącymi się murami i rdzą. Gdzieś w głębi tliła się smuga czegoś ostrego, mdlącego, zwiędłego - może opar z bagnistych części cmentarza, może wypłukiwało tam jakieś kosteczki... W ciemności i gęstwie moje dziecięce oczy widziały wiele kształtów i może nie o wszystkich chcę mówić. Zwłaszcza o tych, które lekko senna główka roiła sobie przy akompaniamencie upalnych, majowych wieczorów, które tam przyszło przespacerować.

Wielkanoc przypadała zawsze przed okresem upałów, w tym czasie świeżej, zielonej wiosny. Jeszcze jakaś kurteczka na grzbiecie, czasem lekki szaliczek. Pierwiosnki, sasanki, które tak dobrze pamiętam z mazurskich lasów nie były zwiastunem wiosny na tym opuszczonym cmentarzu. Zaczynał się już wić po ogrodzeniu bluszcz. Coś pachniało świeżo ze środka zieloności w głębi. Ten zakątek jeszcze ciągle był na tyle nagi, że dało się dojrzeć wyraźniej zapadliska grobów, powycierane napisy, krzyżyki i detale w kutych ogrodzeniach rodzinnych grobowców. Co prawda zarośnięty cmentarz zawsze wydawał się chronić swojej tajemnicy, nie tylko przerdzewiałą kłódką i łańcuchem, ale wczesną wiosną słońce śmielej i weselej sobie poczynało w koronach drzew i nawet zaglądało w najciemniejsze zakamarki. W niektórych miejscach dawało się nawet z daleka odczytać piękne niemieckie napisy, zwłaszcza w części ewangelickiej. Nic z tego nie rozumiałam i nie pamiętam tych magicznych nazwisk, które brzmiały bardzo surowo i wyniośle. Utkwiło mi za to w pamięci jedno z powtarzających się zaklęć: Auf Wiedersehen, które literowałam sobie po cichu, nie mając pojęcia co znaczy i oczywiście, kompletnie nie po niemiecku, ale w jakimś swojskim, dziecięcym narzeczu.
Wiedziałam już jakie święta zapowiadają te kolorowe gałązki, że mówi się wtedy o radosnym pokonaniu śmierci, a śmierć była wtedy dla mnie tylko ciekawą abstrakcją, powodem do zadawania tych głupio-mądrych pytań, jakie zadają wszystkie bachorzęta świata. W głowie literowała sobie pięknie wyryty koronkowym pismem napis, słowa, których przecież nie wypowiada nikt, kto nie ma nadziei na to, że zmarli też kiedyś spotykają się ponownie z żywymi, jak na rodzinnym obiedzie: Auf Wiedersehen. Zasiadaliśmy z resztą rodziny przy świątecznym stole. Byli tam ci, których już nie ma.

3 komentarze:

  1. będziesz pisać kiedyś swoje własne Wspomnienia, jako autobiografię? :D chcę tego ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się, że nigdy nie będę dość sławna czy bogata by usprawiedliwić tym pisanie autobiografii :D I obawiam się, że jednak poskładam do kupy to, co się latami zbierało, posplatane ze wspomnieniami w opowiadania-muchomoreski i wydam to jakoś. Patrząc na stan tej tu oto prezentowanej prozaicznej twórczości: tak, obawiam się :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisanie może przynieść też sławę po śmierci... przynajmniej tak było z Jędrzejem Kitowiczem i jego Opisem obyczajów... a nikt przed nim nie wpadł na prosty pomysł by spisać wszelakie plotki i doniesienia z epoki (dziś jest to kapitalne źródło dotyczące czasów schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej) :P Co prawda to marne pocieszenie, bo się żyje "tu i teraz", ale zawsze jest to jakieś wytłumaczenie, by pisać "ku potomnym". Także pisać, pisać i jeszcze raz publikować :))

      Usuń

Witam w mojej baśni!
Zostawiając komentarz, tworzysz to miejsce razem ze mną.
Ze względu na spam moderuję komentarze do starszych postów.