wtorek, 26 marca 2013

Tolkienologia




Parę tygodni temu wyciągnęłam stare pamiętniki i oczom moim ukazał się sielski obrazek: przypomniałam sobie, jak Absynt w stanie licealnym, a było to już baaaardzo dawno temu, wpadł w tolkienologiczną manię. To były czasy, gdy internet w naszej małej mieścinie był racjonowany :D "Silmarillion" był tylko w bibliotece, w egzemplarzu zajeżdżonym przez pokolenia, sztuk jedna :D

Przepisywałam sobie słowniczek, alfabety, potem ćwiczyłam pismo i języki nadając nazwy różnym miejscom  okolicy i wymyślając imiona dla gwiazdozbiorów.

poniedziałek, 25 marca 2013

Grafomaństwo gotyckie

Takie małe grafomaństwo mi się urodziło, trochę na faktach, a trochę nie. Może kiedyś przekuję w coś więcej:

Zazwyczaj było ciepło, gdy odwiedzaliśmy okolice wiejskiego kościoła. Był tam sobie przykościelny cmentarzyk, nowy, zatrupiany mniej więcej od połowy dwudziestego stulecia. Samo miejsce zawsze wydawało mi się ponure: kościół był nieduży, ale o bardzo ciemnych witrażach, średnio odrestaurowany, z parchem na elewacji. Dzwon też miał dźwięk bardzo ciężki, zawodzący, przytłumiony. Od czasu do czasu osiemnastowieczny budynek wypuszczał kłęby ciężkiego aromatu kadzidła i ukazywał swoje ciemne, zimne bebechy. Obok kościółka rosły bardzo stare i bardzo wysokie drzewa o koronach pełnych hałaśliwych ptaszysk. Chciałabym wierzyć, że to kruki, ale z pewnością były to wrony, zresztą wtedy kruk nie był mi potrzebny, by odczuć swędzący niepokój, jaki wywołują takie miejsca. Wrony mi wystarczały w zupełności. Poza tymi niewątpliwie ponurymi drzewami i niewątpliwie ponurą, czarną chmurą ptaszysk wirującą w górze, poza wiekowymi, zaniedbanymi witrażami, na których postaci traciły ludzkie kształty rozmyte w ciemnych plamach, było tam coś z jeszcze większym arsenałem środków budzących w dziecięcej głowie grę wyobraźni. Drugi cmentarz.
 
Kościół stał na górce, na którą trzeba było się wspiąć po szerokich schodach. Stokiem tej górki, od płynęły ciemne gęstwiny, w których ukryło się drugie, poniemieckie cmentarzysko. Gniło za zamkniętym, przerdzewiałym ogrodzeniem. Jego części, katolicka i ewangelicka rozdzielone były tylko małym, parszywym murkiem. Razem tworzyły miejsce opuszczone, zapleśniałe i zdecydowanie urocze. Tak naprawdę to nigdy tam nie weszłam. Wszystko było gęsto zarośnięte mrocznym, wilgotnym zielskiem, a zapadnięte groby i płynąca pomiędzy ulicą, a ogrodzeniem struga wody, kiedyś zapewne nieistniejąca w tym miejscu, wlewała się aż na cmentarz, zmieniając go w dolnych partiach w usiane krzyżami bajorko. I nikt się tym specjalnie nie przejmował, pozwalając istnieć gotyckiemu sztafażowi w cywilizowanym wieku dwudziestym. Tuż obok samochodów zaparkowanych na czas mszy pod cmentarzem.

Jako dziecko nie przelazłam nigdy przez ogrodzenie. Opuszczony cmentarz był czymś zakazanym i nęcącym. To nawet dziwne, że jednak tam nie wlazłam, bo byłam dzieckiem bardzo niesfornym, powsinogą i obdartusem z zawsze piękną, ale krzywo zawiązaną kokardą na głowie i podrapanymi kolanami. Podejrzewam, że prawdziwa lub urojona, wiara w to, że miejsce jest nawiedzone pełniła rolę zarazem wabika, jak i straszaka. Wystarczała mi w zupełności rola obserwatora. To, co widziałam przez zardzewiałe ogrodzenie pozostawiło w mojej pamięci trwały osad uwielbienia dla takich miejsc.

Kiedyś to musiał być wcale niebrzydki, dość rozległy przykościelny cmentarzyk. Teraz był epitafium dla dawnej ludności, która razem z całą swoją kulturą nagle zniknęła z tego miejsca. W szybkim zapomnieniu, jakie po wojnie przetoczyło się po okolicy, zostawiono w spokoju stary cmentarz i opuszczoną ewangelicką świątynię, gdzie zamieszkały nietoperze. Budynek patrzył ślepymi oknami na drugą stronę ulicy, na przystanek autobusowy. Zdawał się obrażony na osiemnastowieczny kościółek, z którym kiedyś dzielił się cmentarzem. Drugim śladem po całym, małym świecie, który został zmieciony przez wichrzyska historii był cmentarzyk, gdzie opuszczeni zmarli powoli zarastali parchem i bluszczem. Teraz miejsce pełne było prawie niewidzialnego dla ludzkich oczu życia. Zwiastowały je wypasione ślimaki pełzające nieraz po ogrodzeniu, wzdłuż którego lubiłam chodzić. Wiem, że ślimaki nie jedzą trupów, ale zawsze miałam w głowie pytanie: na czym one się tak wypasły, co? Gdzieś głębiej w cieniu czasem połyskiwały ślepia, pewnie kot na łowach. Niewidzialne stworzenia szeleściły w zielsku, gdzieś tam siedziała jakaś sowa, bo majowe spacery, gdy w kościele słychać było senne wieczorne nabożeństwo z sową kojarzą mi się ewidentnie. Oczywiście, nietoperze przyfruwające z ruiny ewangelickiej kaplicy. I wiele innych drobnych, lubiących rozpadliska i morowe powietrze, niewidocznych żyjątek. Pachniało konwaliami, jaśminem, wilgocią, ziemią, kruszącymi się murami i rdzą. Gdzieś w głębi tliła się smuga czegoś ostrego, mdlącego, zwiędłego - może opar z bagnistych części cmentarza, może wypłukiwało tam jakieś kosteczki... W ciemności i gęstwie moje dziecięce oczy widziały wiele kształtów i może nie o wszystkich chcę mówić. Zwłaszcza o tych, które lekko senna główka roiła sobie przy akompaniamencie upalnych, majowych wieczorów, które tam przyszło przespacerować.

Wielkanoc przypadała zawsze przed okresem upałów, w tym czasie świeżej, zielonej wiosny. Jeszcze jakaś kurteczka na grzbiecie, czasem lekki szaliczek. Pierwiosnki, sasanki, które tak dobrze pamiętam z mazurskich lasów nie były zwiastunem wiosny na tym opuszczonym cmentarzu. Zaczynał się już wić po ogrodzeniu bluszcz. Coś pachniało świeżo ze środka zieloności w głębi. Ten zakątek jeszcze ciągle był na tyle nagi, że dało się dojrzeć wyraźniej zapadliska grobów, powycierane napisy, krzyżyki i detale w kutych ogrodzeniach rodzinnych grobowców. Co prawda zarośnięty cmentarz zawsze wydawał się chronić swojej tajemnicy, nie tylko przerdzewiałą kłódką i łańcuchem, ale wczesną wiosną słońce śmielej i weselej sobie poczynało w koronach drzew i nawet zaglądało w najciemniejsze zakamarki. W niektórych miejscach dawało się nawet z daleka odczytać piękne niemieckie napisy, zwłaszcza w części ewangelickiej. Nic z tego nie rozumiałam i nie pamiętam tych magicznych nazwisk, które brzmiały bardzo surowo i wyniośle. Utkwiło mi za to w pamięci jedno z powtarzających się zaklęć: Auf Wiedersehen, które literowałam sobie po cichu, nie mając pojęcia co znaczy i oczywiście, kompletnie nie po niemiecku, ale w jakimś swojskim, dziecięcym narzeczu.
Wiedziałam już jakie święta zapowiadają te kolorowe gałązki, że mówi się wtedy o radosnym pokonaniu śmierci, a śmierć była wtedy dla mnie tylko ciekawą abstrakcją, powodem do zadawania tych głupio-mądrych pytań, jakie zadają wszystkie bachorzęta świata. W głowie literowała sobie pięknie wyryty koronkowym pismem napis, słowa, których przecież nie wypowiada nikt, kto nie ma nadziei na to, że zmarli też kiedyś spotykają się ponownie z żywymi, jak na rodzinnym obiedzie: Auf Wiedersehen. Zasiadaliśmy z resztą rodziny przy świątecznym stole. Byli tam ci, których już nie ma.

czwartek, 14 marca 2013

Kappa, japoński demon wody

Gratka zarówno dla folklorysty, jak i dla krypozoologa. Stwór raczej złośliwy. Wabi dzieci do rzek, żeby je utopić. Posądzany jest o skłonności wampiryczne: wysysa organy wewnętrzne, krew, wątrobę. Zdarza się, że przez część ciała raczej wstydliwą, tę, którą wystawia, na przykład, z lekka podpity człeczyna, by oddać przysługę swoim jelitom. Jeśli bezmyślnie robi to nad zbiornikiem wodnym, który kappa sobie upodobał...

Stwór uwielbia dzikie jeziora, rzeki, ich brzegi, miejsca ponure i wilgotne. Zawsze z odpowiednią dawką wody w pobliżu, gdzie schowa się w razie zagrożenia.

Potrafi zamordować. Gwałci kobiety. Porywa dzieci. Czasem zdarza się, że oddaje się złośliwościom zupełnie niewinnym. Stroi sobie nieznośne żarty w wiosce: straszy ludzi, kradnie, rozrabia. Nie przepada za ogniem, nic więc dziwnego, że  w ten sposób można go przepłoszyć podczas festiwalu pełnego świateł i fajerwerków. Nietrudno go przechytrzyć, bo nie grzeszy bystrością.

Jak wygląda?
Raczej demonek nieduży, wielkości dziecka. Zgodnie z wierzeniami jest hybrydą żółwia (w innych wersjach: małpy lub żaby) i człowieka. Na pysku ma dziobek, palce połączone błoną, wierzch głowy łysy i wklęsły, otoczony zielonymi włosami. Miska wody, która powstaje w ten sposób na głowie kappy daje mu demoniczną moc. Nic dziwnego, że nikt nie ma z nim szans w bezpośrednim zetknięciu się, jeśli miska na łbie demona nadal będzie pełna wody.

Zdradzam sposób, dzięki któremu każdy łatwo poradzi sobie z demonem -

Otóż kappy, mimo niewątpliwych wad charakteru, są niebywale uprzejme. Wystarczy mu złożyć bardzo głęboki pokłon powitalny, a nasz gagatek nie oprze się pokusie by pokazać swoją dystynkcję. Kappa zawsze oddaje ukłon. Magiczna miseczka na jego głowie opróżnia się wtedy niesfornie i demon przez jakiś czas przynajmniej jest bezsilny.

Kolorystycznie kappa wpisuje się w trendy bagienne: czasem pokryty łuską (skorupą) zieloną, żółtą bądź niebieską. Jeśli chodzi o zamiłowania do aromatów, niech nie zdziwi nas, że demon wydziela rybi odór. Nam przeszkadza. Jemu nie bardzo.

Kappa nie jest wegetarianinem, zdecydowanie. Lubi jednak ogórki. Lubi tak bardzo, że wzgardzi nawet świeżym dzieckiem, gdy w pobliżu ma ogórka. Japończycy wrzucają do rzeki to warzywo, aby kappę zniechęcić do samodzielnych poszukiwań smakołyku, a przy okazji zaskarbić sobie jego względną życzliwość. Bywa, że kappa tak obdarowywany może się nawet odwdzięczać: pomagać w nawadnianiu pól ryżowych czy leczyć chorych. Ba, może się nawet zaprzyjaźnić z  człowiekiem, a jest nienajgorszym kolegą. Nieźle mówi po japońsku, grywa w shogi (odmiana gry w szachy). Dla tak życzliwych demonów budowano nawet świątyńki.

Ile razy jem sushi z ogórkiem przypominam sobie, że przecież Japończycy mają nawet swoje kappamaki :)

W kulturze współczesnej i popkulturze kappa stał się zdecydowanie mniej groźny. Zaginął jego dwuznaczny charakter, tak żywo obecny w folklorze tradycyjnej Japonii. Żółwie Ninja zdecydowanie mają coś z kappy. Demonki trafiają do anime, książek dla dzieci, gier komputerowych. Z drugiej strony kappa nadal jest symbolem zagrożenia czającego się w wodzie. Współeczenie umieszcza się wizerunki demona na tablicach zakazujących kąpieli.

Kappa bywa uznawany za istotę z krwi i kości (a nie tylko mieszkańca ludowej wyobraźni ), obiekt zainteresowań kryptozoologów. Istnieją liczne relacje osób, które widziały kappę. Szuka się również źródeł wyobrażenia demona.  Mogły być nim zwyczaje wrzucania porońców lub dzieci urodzonych jako martwe do rzek. Niektóre jego cechy, takie jak łysy środek głowy przywodzić mogą na myśl mnichów-misjonarzy (tonsura?), którzy przybyli do Japonii i z pewnością budzili sporą fascynację swoją odmiennością.

A oto i kappy:

Hokusai



Arcyurocze netsuke autorstwa artysty Ko Baasa: http://www.netsuke.nl/

Ko Baas, netsuke

niedziela, 10 marca 2013

Muchomorowe zainteresowania, mikrowpis

Kiedy byłam małym Absyntem, sporo chorowałam. Przesiadywałam sobie w przychodni, gdzie na ścianie wymalowany był las wielkich muchomorów i raźno spacerujący między nimi krasnoludek. Ten obrazek tak wyrył się mojej pamięci, że dziś muchomory są dla mnie jednym z najmilszych motywów, zawsze budzą uśmiech. Osładzały mi niezbyt miłe chwile czekania na wejście do lekarza. Bo jestem tak zwanym "chorobździlem".To słowo istnieje w ogóle? Tak się u mnie mówiło żartem. Raczej to było miłe, przyjazne określenie.

Interesuje mnie symbolika muchomora, sama dłubię sobie muchomory w ramach szalonej twórczości, a więc także folklor, mit, kult związany z intoksykacją tym grzybkiem nie pozostają dla mnie zupełnie obojętne, chociaż na uparte pytania tych, którym zainteresowania muchomorem tłumaczą sobie w jednoznaczny sposób pozostaję głucha. Martwi mnie, że w naszej współczesnej kulturze wszystko się ochoczo spłyca lub sprowadza do sensacji. Długiej tradycji kultów psychodelicznych też się oberwało, zupełnie niesłusznie, bo w dzisiejszych warunkach nadal używa się psychodelików, ale kultura radośnie pozbawiła się jednej z pożytecznych możliwości trzymania tego tematu w ryzach, czyli kanałów rytuału i wierzeń, gdzie rekreacyjny sposób użycia substancji pozostawał podrzędny. Urodziwy muchomorek związany był w folklorze, jak w naturze, z drzewami (szczególnie z dębami, bo i grzybek lubi to dostojne towarzystwo) i z symboliczną rolą ogółu przyrody ożywionej. Wiąże się również psychodeliczne działanie grzyba z inicjacjami wojowników, z bojowym szałem, z wiarą w przekształcenie człowieka w zwierzę (bestię), z wiarą w wilkołactwo. Obfity zestaw.

Muchomor zażyty po odpowiedniej preparacji wywoływał psychiczne zjawisko mikropsji i makropsji (widzenie przedmiotów małymi lub powiększonymi). Ślady takich przeżyć możemy odnaleźć w folklorze w wierzeniach we wszystkie małe ludki, które pałętają się po dzikich ustroniach (oczywiście, nie musi to być jedyne źródło powstawania takich wyobrażeń) lub przeciwnie, mieszkają niedaleko ludzi: małe elfy, gnomy, krasnoludki i inne pokrewne stwory. Olbrzymy też mają tu coś do powiedzenia... No i przemiana samego człowieka w małego ludzika. Z wyobraźni ludowej przeniosły się te motywy do baśni literackich, innych rodzajów literatury, w końcu do popkultury.

Z działaniem muchomora tradycyjnie łączy się wizję krainy szczęśliwości. E.Rowan Laurie i T. White piszą o znajomości tych psychodelików u Celtów ("Speckled Snake, Brother of Birch: Amanita Muscaria Motifs in Celtic Legends", http://www.seanet.com/~inisglas/AmanitaArticle.pdf). Wielu badaczy łączy wizje psychodeliczne po zażyciu muchomorów (ale też i innych halucynogenów) z wizjami krain zmarłych i krain bogów (przywoływane są: Uttarakuru, Pola Elizejskie, Avalon, Eden, Ogród Hesperyd, Ynys Vitrin - Wyspa Szkła, Glasberg). Niektórzy, jak R.G.Wasson, uważali, że to właśnie z muchomora czerwonego robiono najświętszy napój, mityczną wedyjską somę (lub zaratusztriańską haomę). Polecam również teksty Wassona: http://www.newalexandria.org/archive/ http://books.google.pl/books?id=Jj8EAAAAMBAJ&pg=PA100&redir_esc=y#v=onepage&q&f=true numer z artykułem Seeking the Magic Mushroom.


Źródło