piątek, 1 czerwca 2018

Wycieczka po imperialnej Rosji (Siergiej Michajłowicz Prokudin-Gorski)

W przypadku tak wielokulturowych organizmów politycznych zazwyczaj mówi się o mozaice, ale w tym przypadku być może lepszym nawiązaniem byłby... barwny dywan. Do dziś, najczęściej w kontekście humorystycznym, mówi się o rosyjskich dywanach na ścianach. W tym skojarzeniu Rosji z dywanem jest zaskakująco wiele prawdy. 

Współczesne śmieszkowanie z dywanów robiących za tło do zdjęć, już chyba nieco przeterminowane, bo Rosja się zmieniła, dotyczy realnej mody, która z kolei wyrosła na bazie przyzwyczajeń wyniesionych z dawnego ustroju. Ściany ciasnych mieszkań sowieckich przyozdabiano dywanami, nie tylko z powodów estetycznych i jako znak ekonomicznego sukcesu (w nowym budownictwie było po prostu zimno i przewiewnie - cienkie ściany, hałasy sąsiedzkie). Upodobania do dywanów mają w Rosji znacznie dłuższą tradycję, związaną z kulturowym położeniem między Europą i Wschodem. I w Polsce dywany sprowadzano jako orientalny dodatek do wystroju wnętrz, który miał świadczyć o statusie. Rosja imperialna miała jednak ten egzotyczny Bliski Wschód w swoich granicach jeszcze na początku XX wieku. Patrząc na zdjęcia Siergieja Michajłowicza, widzimy różnorodność kulturową niczym wielokolorowy wzór utkany z różnych tradycji, religii i pochodzenia etnicznego.

Chłopskie dziewczęta, 1910

czwartek, 17 maja 2018

Wiosenna kartka z kalendarza (marzec, kwiecień, maj)

Proszę moich drogich czytelników o wybaczenie, ale byłam zbyt zajęta, żeby dodawać regularnie wpisy. Wymagają one ode mnie więcej pracy i uwagi niż wrzucenie posta na Fb, gdzie możecie zaglądać, gdy tu niczego nie publikuję (zapraszam!). W ten sposób uciekły nam miesięczne kartki z kalendarza, ale z drugiej strony odszukane przeze mnie przykłady są tak do siebie podobne, "wymienne", że tym razem nie zaszkodzi wrzucić ich do jednego wpisu.

maj 1896 (NYPL Digital Gallery) 


środa, 4 kwietnia 2018

O pannie młodej, która utopiła się w studni

Historię opowiedziała mi pewna starsza pani, której rodzina pochodziła z Mazur. Rok temu, wiosną, spacerując nad brzegiem Wisły, natknęłam się na pochylonego nad studnią ducha panny młodej. Wiatr rozbierał ją płatek po płatku aż do nieistnienia. Zastanawiałam się, co jest bardziej ulotne - miłość czy życie i czy śmierć nie bywa czasami jedynym sposobem na nieśmiertelność uczuć, zasuszonych jak kwiaty między kartkami książek.



Było to tuż przed pierwszą wojną światową, w mazurskiej wiosce, leżącej między jeziorami, lasami, w pobliżu pałacu, po którym dziś, jak po wielu mazurskich pałacach, zostały tylko ruiny. Panna młoda nie była już taka młoda, bo miała lat dwadzieścia parę, co w tamtych czasach groziło staropanieństwem. Nie była też podobno zbyt urodziwa, chociaż miała długie, piękne włosy i nadal panieński rumieniec. Los bywa jednak przewrotny i w czasie, gdy już wydawało się, że nie grozi jej zamążpójście, oświadczył się jej pewien wdowiec. Starszy od niej o dziesięć lat, z piątką dzieciaków na karku, ale nadal niczego sobie. Ona pracowała jako pomoc na plebanii, on w leżącym niedaleko majątku. Wiosna w pełnym rozkwicie. Panna młoda miała już gotowy bukiet z okolicznych kwiatów i długi, biały welon, który przypominał poranną mgłę nad jeziorem. Zanim doszło do ślubu, zdarzył się jednak wypadek. W dobrach majątku wybuchł pożar i mężczyzna zginął, przygnieciony przez walący się mur. Niedoszła panna młoda podobno utopiła się z żalu w studni, a został po niej na brzegu ten welon biały, lekki, jak mgła, jak płatki kwitnących drzew.